teledyski wciąż się liczą

Nie żyjemy już w złotej erze MTV. Jednak teledyski do utworów muzycznych i tak zajmują ważne miejsce w obecnej kulturze masowej.

tekst Daisy Jones
|
16 Kwiecień 2015, 8:55am

W latach 90 reżyserzy tacy jak Spike Jonze czy Chris Cunningham pompowali miliony dolarów w pięciominutowe klipy. Wideo Michaela i Janet Jackson do ich piosenki Scream z 1995 roku pozostaje do dziś najdroższym teledyskiem w historii. Kosztowało, jak donosiły media, 7 milionów dolarów. Niemniej dziś telewizja muzyczna ma tak niewielkie znaczenie, jak płyty CD. MTV została zastąpiona przez YouTube. Teledysk obejrzymy zaś prędzej dlatego, że jakiś celebryta polecił go na Twitterze - a nie trafiwszy na niego przypadkiem podczas przełączania z kanału na kanał. Mimo to filmowe ilustracje utworów muzycznych coraz bardziej i bardziej przypominają... kinowe filmy. Ich rozwój nie uległ wcale spowolnieniu z powodu upadku muzycznych stacji TV.

Można się zgodzić ze stwierdzeniem, że podstawową funkcję teledysków przejęły od nich media społecznościowe. I to już dość dawno temu. W dzisiejszych czasach, poprzez platformy takie jak Twitter czy Instagram, fani otrzymali możliwość bezpośredniego kontaktu z artystami. A tożsamość gwiazd muzyki jest na tych platformach skrupulatnie kreowana. Weźmy za przykład One Direction. Członków tego boysbandu śledzi na Twitterze łącznie około 100 milionów followerów. Młodzi wokaliści postują około 20 starannie przygotowanych i uważnie monitorowanych wpisów. Podobnie ma się z sprawa z ich feedami na Instagramie. Są one strategicznie zalewane wysypem zdjęć w typie czarno-białych kadrów przedstawiających ulubione zespoły Harry'ego Stylesa, fotek Nialla Horana jeżdżącego na słoniu w Tajlandii czy Zayna łowiącego ryby. Social media zapewniają nam drogę prowadzącą do zrozumienia artystów. Ta sama funkcja była kiedyś istotnym aspektem teledysków, telewizyjnych wywiadów i programów takich jak Top of the Pops. Obecnie teledyski nie muszą przybliżać nam tożsamości muzyka. Wiemy już o nim bardzo dużo.

Mając to na względzie, trzeba zadać pytanie: w takim razie dlaczego teledyski cieszą się nieustającą popularnością? Ciężko powiedzieć, w jaki sposób trzyminutowy klip ukazujący Nicki Minaj wachlującą się baknotami może przemawiać do królującego dziś pokolenia. Które zupełnie inaczej doświadcza muzykę i konsumuje ją. Do tego stopnia, że teraz muzyką napawamy się przy okazji robienia czegoś innego. Słuchamy kawałków ze Spotify surfując po Internecie. Słuchamy empetrójek, kiedy jedziemy metrem, spacerujemy po ulicy albo na zakupach. Wiemy, co robią muzycy - bo tweetują o tym 24/7. Gdzie w tym modelu obcowania z muzyką jest miejsce dla teledysków?

Jedną z możliwych odpowiedzi na to pytanie będzie interaktywność. Na początku bieżącego miesiąca Björk ogłosiła, że swoje najnowsze wideo do utworu Stonemilker przeznaczyła do oglądania w rzeczywistości wirtualnej. Nakręciła je w technologii kompatybilnej z zestawem Oculus Rift. Tę kolaborację z Arcą określiła jako „prawie że bardziej intymną niż prawdziwe życie", jeśli to w ogóle możliwe. Zbliżony do tego pomysłu jest nowy, właśnie wydany teledysk Azealii Banks do Wallace. Jego twórcy użyli rozwiązań technologicznych związanych z kamerkami internetowymi. W efekcie każda z osób oglądających teledysk może wstawić do niego swoją własną twarz. A gdy się poruszasz, Azealia porusza się razem z tobą. „Jestem wielką fanką nowych technologii i wymyślania nowych metod interakcji z fanami oraz angażowania ich w moją twórczość. Dlatego ten projekt był dla mnie stworzony" - oznajmiła raperka w notce prasowej towarzyszącej premierze klipu. „Teledyski są formą sztuki w takim samym stopniu, co sama muzyka".

Jednak mimo że pojawiają się przypadki takiego kreatywnego wykorzystania technologii, nie występują one aż tak często. Chociaż istnieją inne formy interaktywności. Większość teledysków pop produkuje się obecnie tak, by generowały jak najwięcej udostępnień. Jedynym zamysłem stojącym za niektórymi jest to, że mają się stać viralami (pamiętacie Rebeccę Black?). Klipy muzyczne, w które świadomie włącza się element marketingu viralowego, są świetnym przykładem standardowego modelu dostosowującego się do nowych czasów. Te teledyski są interaktywne w takim znaczeniu, że bardzo szybko przemieszczają się z ręki do ręki, czy raczej z profilu na profil. Stają się więc częścią obiegu typu „tam i z powrotem", tak charakterystycznego dla poruszającego się w zawrotnym tempie świata mediów społecznościowych.


Teledyski mogą być też medium, które przedstawią szerszej publice interesujące, undergroundowe czy mniej znane idee i koncepcje. Przykładem może być niedawne wideo Deva Hynesa i Neneh Cherry do piosenki He, She, Me. Jest ono jednocześnie filmem reklamowym, będącym częścią kampanii promującej nowy, neutralny płciowo sklep pop-up Selfridges. Z tego powodu obala się w nim binarny podział na płcie. Jego twórcy wykreowali stylową queer-utopię, w której androgyniczne dzieciaki tańczą w klubach vogue'a. Teledysk bez żadnego skrępowania wpaja widzom ideę płynności płci. Dzięki temu ujęciu normy związane z podziałem na płcie zaczynają się wydawać nudne i staromodne. Co ukazuje z kolei, że wideoklipy - jak każdy rodzaj popkultury - są ważne. Bo służą za narzędzie do transportowania idei rodzących się w podziemiu na powierzchnię medialnej rzeczywistości. Zmieniają w ten sposób opinie i otwierają umysły. Teledyski są nadal bardzo użyteczne przy wprowadzaniu podobnych koncepcji do mainstreamu.

Do tego należy dodać fakt, że teledyski łatwo się przyswaja. To czyni je wyjątkowo angażującą odbiorców dziedziną sztuki. Wedle badań amerykańskiej instytucji National Center for Biotechnology Information, średni zakres uwagi człowieka obniżył się i trwa dziś 8 sekund (w 2000 roku było to 12 sekund). Czyli sekundę mniej od zakresu uwagi złotej rybki. Co przekłada się na to, że im coś jest krótsze, tym lepiej. Obejrzenie teledysku zajmuje zaś tyle czasu, co zjedzenie kawałka ciasta. Tyle, że wideoklip jest dwa razy bardziej smaczny. Stanowi więc idealne dzieło sztuki dla generacji klikającej co popadnie.

Mimo że wyłuszczone wyżej teorie wyjaśniają w pewnym stopniu współczesną rolę teledysku, nie wyczerpują tematu. Nie każdy klip muzyczny sprowadza się tylko i wyłącznie do powierzchownego marketingu. Nie każdy jest też zaczątkiem, który ma sprowokować szerszą dyskusję na dany temat. Teledyski nadal istnieją same dla siebie. I można je wciąż doceniać jako niezależną formę sztuki, dokładnie jak muzykę. Nie obejrzałam hipnotycznego wideo ze wtrętami rodem z anime do A Message Keleli, czy nawiązującej do japońskiej sztuki wiązania erotycznego choreografii w Pendulum FKA twigs dlatego, że mogę udostępnić te filmiki. Ani dlatego, że są krótkie. Obejrzałam je z tej przyczyny, że dostarczają świetnej zabawy. Są ciekawe i fajnie śledzi się je na ekranie. Kiedy twój ukochany utwór tłumaczy się na język sztuk wizualnych - zwłaszcza w innowacyjnym i niezwykłym stylu - zawsze sprawia to dobre wrażenie. To prawda, że minęły już czasy chłopaków z boysbandów wykonujących bez koszulek salta w ulewnym deszczu. Ale teledyski dalej są jednym z najtrwalej zapisujących się w zbiorowej świadomości mediów wchodzących w skład współczesnej popkultury. A także najpopularniejszych i najbardziej elektryzujących widza. 

Tagged:
muzyka
teledyski