seks, dragi i walka klas, czyli kobiecy rap prosto z serbii

W patriarchalnym kraju, gdzie od kobiet oczekuje się roli gospodyni domowej, rap Mimi Mercedez jest pełen radykalnych, feministycznych i lewicowych treści.

tekst Aleks Eror
|
23 Wrzesień 2015, 11:57am

Serbska raperka, Mimi Mercedez to taka wschodnioeuropejska wersja Brooke Candy: wulgarne, przesycone seksem rymy, minus stylówa na cyborga-striptizerkę. We współczesnym świecie, w którym mamy Lenę Dunham, a 20 lat temu zadebiutowała Lil' Kim, wyzwolona kobieta nie jest niczym wielce kontrowersyjnym. A przynajmniej na Zachodzie. Jednak w zagorzale patriarchalnym środowisku, takim, jakie panuje w Serbii, gdzie od kobiet oczekuje się zachowania domowej gospodyni rodem z lat 50., dziewczyna otwarcie dyskutująca o seksie jak każdy inny koleś na męskich wakacjach, postrzegane jest jak arcyzboczenie.

Odkąd umieściła swoje pierwsze kawałki na YouTubie w 2012 roku, 22-letnia Mimi podważa normy społeczne z taką dosadnością, na jaką nie odważyła się żadna postać w serbskiej kulturze przed nią. „Jest coś w moim głosie, co cię bardzo wkurza / jest coś w moim głosie, co sprawia, że chcesz mnie w gardło wyruchać". Pracowała też jako striptizerka (coś, co prawdopodobnie można wydedukować z jej teledyskówInstagrama), co daje jej szacun ulicy, potrzebny w budowaniu raperskiej kariery.

Pomimo faktu, że czyni ją to celem mizoginii w sieci, zarówno ze strony kobiet, jak i mężczyzn. (Tekst: „szmato, kto by ci pozwolił zostać matką swoich dzieci?" pojawia się niebezpiecznie często), udało jej się ustanowić rzeszę zwolenników wśród modnych grup klasy średniej w Belgradzie, bo jak sama się wyraziła: „lubią kobietę z niewyparzoną gębą, która umie zakręcić tyłkiem". To z drugiej strony jest też dla Mimi dość problematyczne, która podczas naszego wywiadu, nieustannie robi aluzje do pojęcia klasy, kapitalizmu i skrajnie lewicowej polityki. Ona pochodzi z ulicy i jest samozwańczą przedstawicielką proletariatu, ale jej potencjał docierania do mas jest skutecznie ograniczany przez media, jako że hip-hop nie cieszy się w Serbii taką popularnością, jak na Zachodzie. 

Jeśli chcesz przemawiać do mas, musisz być biegły w „turbofolku" - czyli serbskiej „interpretacji" tureckiej muzyki - czegoś, co możesz usłyszeć w radiu w niemal każdym kebabie. Przyprawiające o mdłości zawodzenie, połączone z akordeonem i tandetnym bitem w stylu „Eurodance". Mimi doskonale zdaje sobie z tego sprawę, i mimo że jej muzykę można ogólnie zaklasyfikować jako trap [gatunek charakteryzujący się agresywną tematyką tekstów oraz brzmieniem, z wykorzystaniem automatu perkusyjnego, źródło: Wikipedia], to czerpie też trochę z turbofolku, tym samym ściągając na siebie uwagę lokalnego przemysłu popowego. Ostatnio Mimi ogłosiła nadchodzącą współpracę z Milanem Stankovićem (byłym uczestnikiem Eurowizji) oraz Milem Kitićem, czyli lubieżną, bośniacką wersją Toma Jonesa, którego Mimi określa jako „większego twardziela niż jakikolwiek raper w Serbii".

Wspólny mianownik Turbofolku i jego niski status spowodował niezadowolenie serbskich fanów rapu, którzy mówią, że Mimi się „sprzedała", ale ta widzi to inaczej: „turbofolk to nasze krajowe dziedzictwo, w taki sam sposób, jak hip-hop jest dziedzictwem Afroamerykanów", mówi, wzruszając ramionami. „Weźmy kogoś takiego, jak Marlon Brutal, który jest jak Skepta w Wielkiej Brytanii, i usłyszysz w jego muzyce wpływy turbofolku, bo tego właśnie słuchał, zanim zaczął rapować. Ludzie, którzy naśladują zagraniczny rap, są mniej prawdziwi".

I nie myli się. Ale czy jej podejście nie kłóci się z jej ambicją bycia „człowiekiem ludu"? Serbia nie zna kultury dialogu. Tutaj nieporozumienia i różnice zdań zazwyczaj rozwiązuje się siłą, a bardzo rzadko jakąkolwiek debatą, a wszystko, co nieortodoksyjne, spotyka się z nietolerancją. W kraju poranionym przez kryzys trwający 25 lat ludzie łapią się dosłownie wszystkiego, co daje im poczucie bezpieczeństwa i stabilności, a archaiczne normy społeczne właśnie je oferują. Gdy więc Mimi zarzuca wersami jak: „Nie jestem jak inne głupie dziewczynki / które jara rodzina i gotowanie zupy", odrzuca tym samym społeczną, kolektywną podporę. Zachowuje ona jednak poczucie perspektywy, mówiąc: „Mogę chcieć komunikować się z masami, ale nie łudzę się, myśląc, że oni wszyscy będą po mojej stronie".

Mimi zajmuje dość osobliwe miejsce w lokalnej kulturze popularnej. Serbia to nie Iran. Duża część lokalnego popu balansuje na granicy miękkiego porno, ale nagie ciała i wszelkie insynuacje mają na celu zaspokoić męskie potrzeby oraz narzucić wąskie, patriarchalne standardy kobiecości. Piosenkarki turbofolku nawiązują oczywiście do seksu, ale dynamika jest zupełnie inna: bo zarówno seks, jak i one same stanowią coś w postaci marchewki na kiju. Są nagrodą do wygrania, trofeum do zdobycia, ale nigdy inicjatorkami, które pieprzą się w celu zaspokojenia swoich własnych potrzeb. Poza tym seks zawsze jest zawoalowany w metaforach, nigdy nie występuje podany na tacy w śmiałych wersach takich jak: „Nie jestem Barbie, a mój chłopak to nie Ken / On jest mym Manuelem Ferrarą, a ja jego Lisą Ann".

Właśnie ta szczerość i dosłowność są po części powodem, dla którego ludzie czują się zagrożeni. „W seksualnym niedostatku, jeśli odejmiesz od seksu całą zasłonę tajemniczości, to właściwie nic nie zostaje, bo przecież nie ma aktu samego w sobie", tłumaczy Mimi. „Dużo łatwiej jest to zaakceptować, gdy dodasz do niego całą gamę znaczeń. Tutaj, kobiety przeraża ich własna seksualność, a kolesie, w większości, nie są w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb fizjologicznych. Więc ja totalnie rozumiem, że ludzie to owijają w bawełnę i prezentują jako coś innego. Jeśli obedrzesz te rzeczy ze wszystkiego, to czeka cię stawienie czoła szorstkiej rzeczywistości, a to dla każdego zbyt mocne doświadczenie".

Mimi jest wkręcona w girl power: posiada trzy inne rapowe przydomki tylko po to, aby sztucznie podkręcić statystyki raperek w Serbii, poza tym do gry wprowadziła też wiele swoich kumpelek, jako część dziewczyńskiej grupy raperskiej. Mimo odrzuca jednak łatkę feministki, którą wszyscy tak próbują jej przypiąć. W jej oczach feminizm istnieje tylko i wyłącznie w liberalnych, kapitalistycznych środowiskach, którym się w całości sprzeciwia. Uważa, że niemożliwym jest tak naprawdę przeskoczyć brak równowagi płci w systemie, który by funkcjonować, potrzebuje nierówności na szeroką skalę.

„Nie chcę walczyć o prawa kobiet w kapitalizmie, bo jestem przeciw kapitalizmowi. Koniec kropka. Nie potrzebuję, aby rząd chronił moje prawa jako kobiety, bo nie wierzę, żeby kierowali się moim interesem. Feminizm to kolejna nieistotna bitwa, która tak naprawdę niczego nie zmienia. W takim pojęciu to nieważne, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną, a cała ta gadka o byciu uciśnioną kobietą odciąga od tego uwagę".

Na pierwszy rzut oka, jej mocno zaakcentowany materializm wydaje się kompletnym zaprzeczeniem jej lewicowych poglądów. W końcu jej przydomek wziął się od nazwy luksusowej marki samochodów, jej teledyski pokazują fruwającą kasę i sztuczne złoto, a jeden członek ekipy ma nawet wytatuowane na klacie logo Ralpha Laurena. Jednak całkowite odrzucanie marek i materializmu to przywilej w większości przysługujący tzw. szampańskim socjalistom, którzy nigdy nie musieli ich pożądać.

„Mam kompleks związany z markami i czuję potrzebę pokazania ludziom, że mam kasę i że mnie stać", argumentuje Mimi. „Pamiętam, jak w szkole były dzieciaki, które miały Nike'i i te, które nie miały. Wtedy nie zdajesz sobie sprawy, że ci, którzy są lepiej ubrani od ciebie, są po prostu bogatsi, więc to naturalne, że gdy zaczynasz zarabiać własną kasę, czujesz potrzebę sobie to zrekompensować".

Tak czy inaczej, ta ostentacyjna poza to bardziej gra niż prawdziwa chciwość, poza tym rap oferuje drogę ucieczki od rzeczywistości: „Non stop wymyślamy różne rzeczy w naszej muzyce", przyznaje Mimi. „Myślę, że fantazjowanie i przesada to ważne elementy w rapie, bo dają nam możliwość wyobrażenia nas sobie w sytuacjach, których możemy nigdy nie zaznać, ze względu na warunki, w jakich zostaliśmy wychowani".

@slandr

Zobacz też: Palestynki ścigające się furami.

Kredyty


Tekst: Aleks Eror
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcie: Nemanja Knezevic