juergen teller o obrazach i słowach

Juergen Teller to wybitnie uzdolniony fotograf, który osiągnął rzecz prawie niemożliwą, a mianowicie zaskarbił sobie dzikie uwielbienie ze strony obu światów jednocześnie – świata mody i sztuki. W wywiadzie dla Terry’ego Jonesa (założyciela i-D...

tekst i-D Staff
|
21 Kwiecień 2015, 12:15pm

Juergen Teller

Juergen Teller za młodu uczył się robić łuki, jednak ku jego rozczarowaniu okazało się, że jest uczulony na pył drzewny, co zadecydowało o zakończeniu stażu. Utrata potencjalnej kariery łuczarskiej okazała się jednak być szczęśliwym dniem dla fotografii - od tego czasu Juergenowi udała się niesamowicie trudna rzecz - jednoczesne zjednanie sobie świata mody i świata sztuki.

W 1986 przeprowadził się do Londynu, gdzie poznał stylistkę Venetię Scott i zaczął pracować dla i-D; dotychczas ma już na koncie 11 okładek, w tym z Kristen McMenamy, Lindą Evangelistą i Vivienne Westwood. Przez ponad rok współpracował z niemieckim tygodnikiem Die Zeit, na łamach którego co tydzień publikował zdjęcie wraz z opisem. W trakcie tej współpracy, Die Zeit przesyłał Juergenowi opinie czytelników w formie listów, a te różniły się nieprzeciętnie - od zachwytów po rzucanie kamieniami. Naturalnie dla Juergena oznaczało to zrobienie rzeczy, której w tej sytuacji nie zrobiłby nikt, czyli wydanie każdego z nich do konsumpcji publicznej. Jego książka Pictures and Words, zawiera zdjęcia z opisami, które ukazały się w Die Zeit, a także listy od czytelników w formie oddzielnej broszurki, wetkniętej w okładkę i zatytułowanej Literature, z tymże należy dodać, że tytuł wymawia się tylko i wyłącznie w sarkastyczny sposób. Założyciel i-D - Terry Jones, przy talerzu krewetek porozmawiał ze swym kolegą Juergenem o książce, listach i wielu innych rzeczach.

Terry Jones: Powiedz mi więc trochę o książce i o tym, jak to się wszystko zaczęło…

Juergen Teller: Redaktor naczelny i dyrektor artystyczny The Zeit powiedzieli, że będą w Londynie i że chcą się spotkać. A że podpasował mi design tygodnika, to postanowiłem, że się z nimi spotkam. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, aż tu oni zaoferowali mi rubrykę. Na wpół słuchając, pomyślałem, że to idealna szansa na pokazanie swoich zdjęć szerszej publiczności - no po prostu super. Niestety umknął mi po drodze fakt, że oni chcieli, żebym również coś napisał, więc gdy wysłałem im zdjęcia, oni zapytali: „gdzie jest tekst?". A ja na to, „jaki tekst?". Potem rozmawiałem z nimi parę razy przez telefon o zdjęciach, oni to wszystko zapisali i wysłali z powrotem do mnie. Nie podobało mi się to zupełnie, więc musiałem przysiąść i napisać od nowa samemu.

Terry: Widać, że cały proces był emocjonalny, choćby sama selekcja i to, że nie obowiązuje tu żadna chronologia, co mi akurat bardzo mi się podoba.

Juergen: Czasami za bardzo mocnym zdjęciem nie ma żadnej historii. Po prostu nie ma nic do powiedzenia. Weźmy chociażby zdjęcie Victorii Beckham, która siedzi w wielkiej torbie na zakupy od Marca Jacobsa - obraz jest mocny, ale nie ma sensu go tłumaczyć, bo to zabija jego esencję.

Terry: A z każdym tygodniem dostawałeś kolejne listy…

Juergen: Było trochę pozytywnych, ludzie pisali, że im się podoba i że zdjęcia są świetne. Napomknąłem o tym ludziom z gazety, ale podobno było też sporo tych okropnych, więc chciałem je od razu zobaczyć. Powiedzieli mi, żebym poczekał, aż nazbiera się ich więcej, wtedy dopiero mi wyślą. Była tego cała sterta, z której zresztą bardzo dużo potem wybrałem. I tak bujając się na krześle, pomyślałem, że, ja pierdolę, czy ja naprawdę jestem aż tak złym człowiekiem? Ja chyba muszę być do cna zły. Bo to były naprawdę miażdżące, okropne listy. Wiesz, takie w stylu, że nie umiem prosto wykadrować, że nie umiem doświetlić, i że w szkolnym konkursie ich córki ja bym był ostatni. Co prawda nigdy się nie przejmowałem podobnymi rzeczami, ale atak był akurat tak personalny i bezpośredni, że zabolało. Chwila chwila, pomyślałem, nie można tego tak zostawić. Zbiorę te listy i zatytułuję „Literatura", a były one akurat bardzo dobrze napisane, naprawdę widać było, że ktoś się przyłożył.

Terry: A kiedy wybierałeś zdjęcia, to oczekiwałeś, że będą prowokować?

Juergen: O tym akurat nie myślałem. Właściwie nigdy o tym nie myślę. Po prostu robię to, co akurat mi się nasuwa, co mnie porusza, co chcę uwiecznić i o czym chcę napisać.

Terry: Czy śmierć jest powtarzającym się motywem twojej twórczości? Czy siedzi ci bezustannie w głowie przez samobójstwo twojego ojca?

Juergen: Nie powiedziałbym, że mi siedzi non stop w głowie, ale zawsze tam gdzieś jest. Zwłaszcza, że miałem 24 lata, gdy mój ojciec popełnił samobójstwo, a to zostawia głębokie rany - rok temu byłem dokładnie w wieku ojca, gdy się targnął na swoje życie. Teraz mam 50 lat i to strasznie dziwne, że mam więcej, niż mój ojciec miał kiedykolwiek. Oczywiście, że to gdzieś zawsze we mnie siedzi, ale nie jest tak, że cały czas o tym myślę.

Terry: Wspomniałeś, że to ojciec podarował ci aparat. Kiedy dokładnie?

Juergen: Zgadza się, a wtedy akurat zupełnie mnie to nie interesowało. Miałem 16 lat i zero pojęcia. To jedyny raz kiedy podszedł do mnie i powiedział: „jedziesz na wakacje, weź mój aparat", który, muszę wspomnieć, był dla niego jak skarb. Wiesz, była w domu kamera analogowa 8mm i wieczorne slajdy, czarno-białe TV i sprzęt stereo, ale akurat aparat był dla ojca czymś cholernie ważnym i postanowił go dać właśnie mnie.

Terry: Kiedy więc zacząłeś fotografować?

Juergen: To jest wszystko napisane. Jak miałem jakieś osiemnaście, może dziewiętnaście lat. Akurat studiowałem, a mój kuzyn, który bardzo się interesował fotografią, postanowił, że dobrze mi zrobi zmiana powietrza. Już tyle razy o tym opowiadałem, że to robi się nudne.

Terry: To możemy ominąć, ale opowiedz o swoim przyjeździe do Londynu.

Juergen: Przyjechałem we wrześniu 1986 roku i nikogo nie znałem, miałem tylko swój samochód, w którym zresztą spałem przez następne parę dni. Potem kogoś zapoznałem przez znajomych, kto pozwolił mi przespać się na kanapie. Okazało się, że jakaś ich znajoma akurat miała pokój do wynajęcia na Clapton. Dostanie się tam zajęło mi, wraz z pomocą planu miasta A-Z, jakieś trzy godziny…Drzwi otwiera dziewczyna, a moja pierwsza myśl to: „to musi być kurwa żart". £35 tygodniowo za puszkę sardynek. Było tam tylko łóżko i nic więcej. Ja pierdolę, w życiu nie widziałem mniejszego pokoju. Oczywiście go wziąłem, a moim celem było nauczenie się angielskiego. Nie umiałem nic, bo w szkole byłem zbyt arogancki i myślałem, że po co mi angielski? Duży błąd. Na dole był salon fryzjerski dla czarnoskórych, pracowali tam bardzo serdeczni i fajni ludzie, a wówczas, w 86. nie było dookoła wielu Niemców. Myśleli pewnie: „co on tu robi? Po angielsku ani be ani me…" Zakumplowałem się z nimi i byłem zdeterminowany nauczyć się mówić więcej niż trzy słowa na raz („samochód jest czerwony"). To załatwiło mi pierwszą pracę. Poprosili mnie, abym robił zdjęcia niektórych fryzur. Z moją łamaną angielszczyzną, gdy gdziekolwiek dzwoniłem w celu znalezienia pracy, to każdy po prostu rzucał słuchawką, gdy mnie tylko usłyszał. Na szczęście ci najlepsi ludzie powiedzieli: „ok, bądź tu i tu". Mam tu na myśli przede wszystkim Marka Lebona i Nicka Knighta, bo oni poświęcili mi najwięcej czasu. Dzięki temu poznałem Raya Petri, który jak mnie zobaczył, to powiedział tylko: „obetnij włosy". Od razu mu się spodobałem…Mark mnie zabrał na kilka sesji, gdzie pracowałem u boku Raya, później zadzwonił Nick Knight i spytał, czy mogę przyjść, więc ja się długo nie zastanawiałem, mimo że ledwo byłem w stanie napisać „Old Street". Jak się nazywało to studio?

Terry: To na Curtain Road.

Juergen: Tak, Click studios. Cieszyło mnie już samo to, że dobrze zapisałem nazwę. Byłem tam już półtorej godziny później i cały się trzęsłem, a on akurat z Peterem Savillem robili sesje próbną dla katalogu Yohji Yamamoto. Powiedział tylko „włóż kliszę", a ja, mimo że doskonale wiedziałem jak się wkłada kliszę do Haselblada, to z nerwów zajęło mi to wieki. Miałem przy sobie swoje szkolne portfolio jeszcze z Niemiec, a była tam też jego żona - Charlotte, oboje byli strasznie serdeczni. Zapytał mnie, czemu chcę pomagać i powiedział mi, że moje prace wyglądały zupełnie inaczej niż wszystko, co się wówczas widywało. Ja akurat wtedy byłem w niezłym dołku, kompletnie spłukany, byłem przekonany, że mi się nie uda. Nie mogłem też tak po prostu wrócić jako przegrany do Niemiec, a oni w tym momencie mi dali takiego…

Terry: Kopa?

Juergen: Kopa. I wiesz co, wtedy Charlotte wykonała parę telefonów i daje mi kartkę papieru, mówiąc: "we wtorek o trzeciej masz być tu i tu, w czwartek tam, potem jedziesz tam i tam itd.". Patrzyłem na plan miasta i myślałem, jak ja tam niby trafię!? Wyszedłem w południe, żeby zdążyć na trzecią! I jakoś nagle pojawiły się magazyny - i-D i The Face and Blitz. Portret tu i portret tam. Moje pierwsze opublikowane zdjęcie ukazało się właśnie w i-D.

juergenteller.com

Kredyty


Wstęp: Dean Kissick i Sarah Raphael
Wywiad: Terry Jones
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcie: Juergen Teller

Tagged:
Kultura