isamaya ffrench, redaktorka działu urody i-D, mówi szczerze o naszym zafiksowanym na punkcie selfie pokoleniu

Redaktor naszego działu urody, Isamaya Ffrench, staje się szeroko rozpoznawalną artystką. Jej prace możemy zobaczyć na twarzach największych nazwisk świata mody. Te unikalne malunki czynią ją najbardziej pożądaną specjalistką w branży. Przewijają się...

tekst i-D Team
|
29 Grudzień 2014, 9:59am

Jest jedną z najbardziej rozchwytywanych makijażystek w branży. I to widać, bo rozkład zajęć Isamayi Ffrench sprawiłby, że nawet najbardziej wytrwały pracoholik poczułby się nim nieco zmęczony. W ciągu ostatnich paru tygodni Ffrench, mieszkająca na co dzień w Londynie, odwiedziła Maroko, Szwajcarię, Capri i Paryż. Pracuje dla takich marek, jak choćby Chloé czy Nike. Tworzy artykuły dla magazynów POP, Vogue Italia, V Magazine i i-D. W tym ostatnim pracuje także jako redaktorka działu urody. Aha, w dodatku ostatnio się przeprowadzała. Nic dziwnego, że potrzeba było aż czterech nieudanych prób, by wreszcie udało nam się umówić na spotkanie.
Biorąc pod uwagę tak szaleńcze tempo pracy, spodziewałam się zastać kogoś wyczerpanego, nawet trochę naburmuszonego. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Otwierając mi drzwi do swojego przewiewnego domu w Londynie Wschodnim, Ffrench emanuje ciepłem i energią. Jej niemal nieprzyzwoicie pełne usta układają się w szeroki uśmiech. Kiedy z gołymi stopami przygotowuje nam w kuchni herbatę, mam wrażenie, że zasiadamy do babskich ploteczek, a nie do wywiadu.

Ffrench to artystka znana z tworzenia podkreślającego pewność siebie, wielobarwnego i kreatywnego makijażu. To, że sama jest prawie nieumalowana, wydaje się więc odrobinę ironiczne. „Mistrzowie kuchni stołują się w fastfoodach" - śmieje się. „Gdy przygotowuje makijaż dla innej osoby, lubię to robić. Ale jeśli mam się sama malować, nie wzbudza to we mnie krztyny zainteresowania".
Ffrench cieszy się obecnie ogromnym zapotrzebowaniem na swoje umiejętności. Jednak w sukcesie tej dziewczyny jest coś specyficznie nieoczekiwanego. Jej kariera to bardziej szczęśliwy przypadek, niż efekt drobiazgowego planowania własnej przyszłości. Ffrench wychowała się w Cambridge. Do Londynu przeprowadziła się w wieku 18 lat, żeby studiować projektowanie 3D na uniwersytecie Chelsea College of Arts. Później ukończyła także kierunek projektowanie produktu/projektowanie przemysłowe na Central Saint Martins. W trakcie studiów zaczęła pracować w weekendy. Malowała twarze dzieciom na przyjęciach, „bo nie chciałam mieć nic wspólnego z kelnerstwem!". Choć na początku był to sposób na zarobienie paru groszy więcej, dorywcza praca szybko zaczęła napędzać jej kreatywność. „To było trochę jak trening" - wyjaśnia. „Kiedy miałam odpowiednio dużo czasu, naprawdę przechodziłam samą siebie. Dzieci myślą w wybitnie kreatywny sposób. Praca z nimi to niezła zabawa". Moment olśnienia nadszedł, gdy jeden ze znajomych poprosił Isamayę o pomalowanie twarzy jego dziewczyny tak, by wyglądała jak tygrys. „Pomyślałam wtedy, że to się sprawdza. Że coś w tym jest. W jednej chwili uświadomiłam sobie, że malowanie twarzy jest w zasadzie niezagospodarowaną sferą".
Ffrench zaczęto wynajmować do profesjonalnych zleceń make-upowych. Jej kariera rozwijała się dzięki rekomendacjom przekazywanym dalej przez zadowolonych klientów. Swoją pierwszą modową sesję przygotowała do i-D, pracując z artystą Matthew Stonem. W jej ramach pomalowała ciała nagich mężczyzn tak, by przemienić ich w prawdziwych bogów. Mimo że największą sławę przyniosły jej zapewne te bardziej teatralne makijaże, Ffrench opiera się przed zaszufladkowaniem. Pracę Isamayi cechują się zazwyczaj wyraźnie dostrzegalną trójwymiarowością - z pewnością jest to echo czasów studenckich - lecz operuje bardzo różnorodnymi środkami estetycznymi. „Nie mam jednego, ustalonego stylu. Z początku mnie to martwiło, ale teraz bardzo to w sobie lubię. Czuję, że gdy nie trzymasz się ustalonego wzoru, czynisz większe postępy. Czasem musisz wycofać z prac swoją osobowość na rzecz szerzej pojmowanego efektu. Jeśli chcesz robić dobre rzeczy, musisz trzymać swoje ego z daleka".

A to, czego dokonuje Ffrench, wykracza znacznie poza zwykłe upiększanie danej osoby. Odkryła, że makijaż pozwala jej na poruszanie problemów związanych z tożsamością i płcią - acz nie zbacza przy tym w żadnym wypadku w potencjalnie świętoszkowate ujęcie tematyki. „Interesuje mnie idea projekcji swojego wnętrza na zewnętrzną powłokę" - snuje rozważania. „Zawsze wracam w końcu do koncepcji tożsamości. Może nie próbując tworzyć komentarzy, traktuję ją bardziej jako przestrzeń do poszukiwań artystycznych. Makijaż zmienia twarz. Jeśli wkładasz na twarz maskę, wykrzywiasz ją, to obserwujący cię ludzie nie tylko zastanawiają się na co i na kogo patrzą... W odpowiedzi na twą przemianę kwestionują też samych siebie". Gdy przyjrzymy się dzisiejszemu społeczeństwu, drążonemu obsesją na punkcie selfie, możemy nabrać przeświadczenia, że tego typu zagadnienia tym bardziej nabrały aktualności. Ffrench odnotowuje, że świat cyfrowy zapewnia nam platformę do „nadzorowania własnego wizerunku i autoprojekcji".
Branża mody i urody jest wyjątkowo przesycona. Często sam talent nie wystarczy, by w niej się wybić. Osiągnięcie w wieku 25 lat tego, co dokonała Ffrench, to praktycznie niespotykane zjawisko. Jak sama uważa, jej sukces nie wynika wyłącznie z ciężkiej pracy i własnej wizji. Za równie ważny czynnik uznaje to, że nie bierze siebie zbytnio na poważnie. „Zawsze mam nadzieję, że uda mi się stworzyć podczas sesji przyjazne środowisko. I że wszystkie zaangażowane w nią osoby będą mi ufały" - mówi. Dodaje też, że to skłonność do żartów pozwala jej spokojnie przetrwać w branży, która często bywa całkowicie szalona. „Staram się jak tylko się da, żeby w moich pracach zawrzeć jakąś dozę humoru" - wyznaje. „Ludzie są tacy ześwirowani. Jeśli nie potrafisz się śmiać z tych wszystkich absurdów naokoło, będzie ci naprawdę ciężko". Nikogo nie zaskoczy, że Ffrench doskonale radzi sobie z współpracą z innymi. Wystarczy poczuć roztaczane przez nią ciepło i usłyszeć zaraźliwy, ukradkowy chichot. Praca z tą dziewczyną musi być cudownym doświadczeniem.
Powodem, dla którego Ffrench potrafi podchodzić do swoich zajęć na luzie, może być to, że jej zainteresowania sięgają daleko poza makijaż. „Mam obsesję na punkcie wielu innych rzeczy. A make-up okazał się akurat dobrym sposobem, żeby wyrażać przezeń różne fascynacje". Isamaya jest kreatywnym multitalentem. Projektuje witryny sklepowe. Udziela się także jako tancerka w Theo Adams Company - kolektywie tancerzy, wokalistów i aktorów. Bez wątpienia jest trochę chłopczycą, stąpającą twardo po ziemi. Można sobie wyobrazić, że lepiej czułaby się biegając na dworze i łażąc po drzewach, niż nakładając sobie szminkę na usta. I rzeczywiście, Ffrench od dawna interesuje się naturą. A raczej pewną jej konkretną częścią. „Bardzo mocno zaangażowałam się w mykologię [naukę badająca grzyby]. Jednego razu udało mi się zaaranżować wywiad z przewodniczącym departamentu mykologii Royal Botanical Society. Spotkaliśmy się w Królewskich Ogrodach Botanicznych w Kew". Czy to jej zapasowy pomysł na przyszłość, gdyby zakończyła pracę w modzie? „Na sto procent" - odpowiada ze śmiechem.
Jednak przyglądając się temu, co dzieje się teraz wokół Isamayi, można wywnioskować, że kariera mykologa będzie musiała jeszcze poczekać. Ma potencjał, by zostać prawdziwą gwiazdą branży. Ffrench z zadowoleniem płynie po prostu z nurtem - podchodzi do tego zdroworozsądkowo i to wydaje się właśnie takie świeże. Czy przygoda musi nieść ze sobą radość? „Oczywiście! Wszystko jest bardzo kolorowe i nie wiem dokąd to zmierza. Co samo w sobie zapowiada się niezwykle interesująco. To prawda, taka praca wiąże się też z poświęceniem. Ale myślę, że jeśli jesteś kreatywną osobą, to nieważne co robisz - dopóki robisz coś kreatywnego".

Oryginalny zapis wywiadu przeprowadzonego dla Humanity Magazine znajdziecie pod tym adresem.

Drukowana wersja magazynu będzie dostępna od 15 stycznia 2015 roku w sklepach Browns, 10 Corso Como, w hotelach Ace Hotels i siedzibach klubu Soho Houses.

Kredyty


Tekst Laura Jordan
Zdjęcia Phill Taylor

Tagged:
isamaya ffrench