rick owens bawi się siusiakiem

Jego ostatni pokaz to kolejny dowód tego, jakim jest mistrzem w łamaniu konwenansów: wypuścił na wybieg modeli z siusiakami na wierzchu. Bo czemu by nie? W końcu takie mamy czasy.

|
27 Styczeń 2015, 1:50pm

Dawno, dawno temu, jeszcze na początku jego kariery, i-D opublikowało zdjęcie Ricka Owensa, na którym siusia sobie sam do buzi. Okej, tak naprawdę było to zestawienie dwóch zdjęć, z których na jednym naprawdę siusia, a na drugim łyka to jak orangutan (który słynie z tego, że pije swoje siki). Sam nie wiem, co zrobiłbym, gdybym mógł się rozdwoić, ale raczej nie poszedłbym tym tropem. Tak czy inaczej, na nasze nieszczęście, zostaliśmy na lata wycofani ze sprzedaży w niektórych stanach Ameryki, gdy Rick - jak gdyby nigdy nic - szokował świat mody dalej. Tym razem wypuścił na wybieg pół tuzina modeli z wszystkim - tak, dokładnie tym - dyndającym na wierzchu. Nie wyglądali, jakby byli z tego zadowoleni, ale cóż, każdy miał jakąś pracę, której nie lubił. Sytuacja jak z najgorszego koszmaru, co nie? Idziesz przez zatłoczony pokój, wszyscy się na ciepie gapią, śmieją, aż nagle dociera do ciebie, że nie założyłeś gaci, a masz na sobie tylko sukienkę z dziurą między nogami.

Chciałbym opowiedzieć wam kilka historii z imprez Ricka Owensa, ale najpierw pogadajmy o najgorętszych trendach sezonu. Jak grzyby po deszczu na wybiegach pojawiły się raptem przeróżne wycięcia, dekolty i kołnierze. Obcisłe golfy pod długimi, powłóczystymi płaszczami, pyszniły się na wybiegach J.W. Andersona i Rafa Simonsa, choć wyglądały jak coś, co na popołudniową przechadzkę po lesie założyłby Alan Partridge, radiowa parodia komentatora sportowego. Były też u Craiga Greena, uwielbianego ostatnio projektanta - wiele zawdzięczającego Rickowi: wijące się klapy, szaroburą paletę barw, marsjański seksapil - który przeniósł okrągłe dekolty swetrów z szyi na brzuchy, niczym okienka. I nagle na prowadzenie wyszedł Rick Owens, który poszedł ze swoimi otworami jeszcze niżej, wręcz na całość - prosto do jaj. Ostatnim razem, gdy widziałem modela z siurkiem na wierzchu, było to wtedy, gdy pewien pijany chłopiec kuśtykał po dziedzińcu Somerset House, wokół namiotu z wybiegiem londyńskiego Fashion Weeku. Kłócił się z ochroniarzami, przed którym nie udało mu się ukryć, mówił że „ma zaraz pokaz do zrobienia", gdy ci krzyczeli, że „obnażył się nieznajomemu". Ale Rick w „obnażaniu się nieznajomym" poszedł jeszcze dalej. Tam, gdzie nie był nikt.

Photography Ash Kingston

Za kulisami, amerykański, pracujący w Paryżu, projektant tłumaczył, że inspirował się starym francuskim filmem o życiu w łodzi podwodnej, jej okrągłymi okienkami, które były tak naprawdę przenośnymi glory hole [otworami w ścianach pomiędzy kabinami, służącymi do nawiązywania anonimowych kontaktów seksualnych - red.]. Były zaproszeniem dla świata, żeby zajrzał ci do majtek, albo nawet zrobił coś więcej. To jak spacer po parku ze szczeniaczkiem, z nadzieją, że ktoś spyta czy można go pogłaskać. Jak okrywająca cię od stóp do głów pokutna szata, która bardzo, ale to bardzo komuś nie wyszła. Dziwne - a może nie? - że to wcale nie pierwszy raz, gdy pomyślałem jednocześnie o Ricku Owensie i glory hole'ach. Byłem kiedyś na jego imprezie w lochu sado-maso dla mężczyzn, ukrytym w którymś zakątku londyńskiego Mile End. Czymś, co mnie tam zadziwiło, było to, że w męskich toaletach - były tam wyłącznie męskie toalety - porozklejane były ogłoszenia z zaleceniami o tym, jak nie złapać kiły. Było to coś, czego wcześniej raczej nie widziałem, ale zobaczyłem tam też mnóstwo wspomnianych wcześniej otworów. Były wszędzie, absolutnie ogromne, rozmiaru twarzy, ulokowane tylko kilka centymetrów od ziemi. Za nic nie miałem pojęcia do czego miałyby służyć. Może jestem na to za grzeczny.

Podobno, jak mi powiedziano, kilka tygodni przed wydarzeniem, jeden z organizatorów musiał odwiedzić ten loch nago, na czworaka przeczołgać się do baru i błagać o pozwolenie na wyprawienie tam imprezy. Poza tym, sprzedawano tam poppersy, były tam te dziwaczne klatki w kształcie człowieka, służące do zamykania ludzi w czymś w rodzaju sarkofagu, i wszystkie możliwe przyrządy, które służą do więzienia i biczowania facetów. Chyba był tam też jakiś sprzęt do wieszania ich pod sufitem, ale może tylko to sobie zmyśliłem. W skrócie, wyglądało to jak „120 dni Sodomy", ale w sumie było bardzo fajnie, wszyscy byli sympatyczni, nakręciliśmy nawet o tym filmik.

Zapytany po pokazie, czemu kazał swoim modelom się obnażyć, Rick powiedział, że „to najprostszy, pierwotny gest. A myślę, że żyjemy teraz w prostym świecie". Rick Owens - bardziej niż jakikolwiek inny projektant - zajmuje się tworzeniem swoim wyznawcom nowego świata, zapewnianiem im kompletnej ucieczki od rzeczywistości. I to nie tylko ubraniami, ale też klubowymi imprezami w Paryżu, mitycznymi, pełnymi poroży kolekcjami mebli czy niesamowitymi butikami z figurami woskowymi jego samego mutującego w potwora. Podczaj mojej ostatniej wizyty w jego londyńskim sklepie przy 64 South Audley Street, była tam też waza M&M'sów, z tym, że wyłącznie w odcieniach szarości. W jego wizjach nic nie jest zwyczajne. Dzisiaj nawet wpadłem na forum internetowym na plotkę, „że wypuści linię koszulek farbowanych w JEGO WŁASNYCH SIKACH… Będą żółtawe, kremowe, wszystko przez te zacieki".

Kilka miesięcy temu, byłem na jeszcze jednej imprezie Owensa, na parkingu domu towarowego Selfridges, z okazji 20. rocznicy jego działalności. Byli tam półnadzy długowłosi modele na koniach, cali pomalowani na biało. Pracowali tam też wychudzeni barmani, z których jeden został grzecznie wyproszony, po tym jak zamiast stać za barem, wszedł na niego i zaczął siusiać - co było bardzo nie na miejscu. Gdy wszedłem do zadymionej przestrzeni, stał tam też pomalowany na czarno DJ, który wyglądał na najbardziej naćpanego człowieka, którego w życiu widziałem. Grał najmocniejsze techno, jakie w życiu słyszałem, choć raz na jakiś czas muzyka zatrzymywała się na kilka minut, ale nie wydawało mi się, jakby go to przejęło. Wciąż osłaniał swoją twarz i trzymał się jakby umierał. Może tak było.

Photography Ash Kingston

Nie każdy chciałby żyć w świecie Owensa - jasne, że nie, jak można tego chcieć - a jeden z moi kumpli narzeka: „Co w tym nowego? Kto nigdy nie widział kutasa?" i coś w tym jest, no bo kto, szczególnie w tej branży, nigdy nie widział kutasa? Ale ta dziwna, oburzająca cielesność jest ważnym trendem. Rok 2014 był do dupy, to znaczy: należał do tyłka. Zdominował go niemożliwie ukształtowany zadek Kim Kardashian, jej rzekomo ostrzyknięta własnym tłuszczem pupa, która zachowuje dzięki temu balonowy kształt i krągłość rodem z Art Nouveau. Nikt z nas, tak naprawdę, nie mógłby mieć takiej samej. W ten sam sposób za to, Alexander McQueen uformował współczesną historię mody, gdy stworzył „bumstery" - niemożliwie niskie, pokazujące rowek dżinsy-biodrówki - wiosną-latem 1995, ale tak naprawdę nigdy nie widziałem, żeby ktoś miał je na sobie na mieście, na poczcie, albo - na przykład - w zoo. Aż nagle, mamy kolejną część ciała do fetyszyzowania: czy to kość biodrową Anji Rubik, sterczącą przez rozcięcie sukni Anthonego Vacarelli, czy pochwę Lindsay Lohan wystającą spod sukienki, gdy ta bez majtek gramoli się z samochodu. Często wygląda to groteskowo, wręcz sprośnie, ale moda w końcu kręci się wokół prowokacji i popędów, więc czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Pokaz Ricka Owensa był aktem zepsucia, i zupełnie nieprzypadkowo miał przenieść nas w inny świat. W obleśny świat zwariowanej wyobraźni, w którym nasza intymność i ciało tracą wartość. Ale to tylko jedna z wielu fantazji - szyku i bogactwa, przebieranek i brudu, androgynii i zagubienia, próżności i pokazywania członka nawet w środku zimy - którą oferują nam paryskie wybiegi. „Komu innemu", jak projektant zastanawiał się na backstage'u, „coś takiego uszłoby na sucho?".

rickowens.eu

Photography Ash Kingston

Kredyty


Tekst: Dean Kissick
Autoportret: Rick Owens
[The Spectator Issue, no. 220, May 2002]
Zdjęcia z backstage'u: Ash Kingston, na pokazie Rick Owens jesień/zima 15