55 lat w zdjęciach

Rozmawiamy z fotografem Markiem Cohenem, pionierem fotografii ulicznej, który nieprzerwanie przez 55 lat robił zdjęcia swojego kawałka miasta.

tekst Emily Manning
|
16 Październik 2015, 4:15pm

Wilkes-Barre to miasteczko liczące 40 tys. mieszkańców w północno-wschodniej Pensylwanii - regionie zamieszkiwanym przez ok. 560 000 osób. Wymienione liczby blakną w porównaniu do liczby zdjęć zrobionych przez Marka Cohena na ulicach miasteczka przez ponad pięć ostatnich dekad. Mark szacuje, że wciąż ma ponad 800 tys. niewywołanych negatywów z tego okresu.

Zabandażowany chłopiec na rowerze, sierpień 1988

Mimo że nigdy nie opuścił swojego rodzinnego miasta dla galerii Nowego Jorku ani nigdy nie studiował sztuki, to właśnie on jest pionierem poetyckiej fotografii ulicznej. Jego inwazyjny, konfrontacyjny styl zdjęć „robionych z biodra" stał się normą długo po jego pierwszej wystawie indywidualnej (w 1973 roku w nowojorskim MoMA, gdy Cohen miał zaledwie 30 lat). Jego metody zostały prawdopodobnie rozwinięte najbardziej dopiero w cyfrowej erze przez ulubieńca Instagrama i snajpera chodników - Daniela Arnolda.

Cohen jest zresztą świadom wpływu, jaki wywarł - „Jeśli przejrzysz reklamy w Vogue'u znajdziesz tam pełno zdjęć, które mógłbym zrobić 30, czy 40 lat temu", powiedział, kiedy rozmawialiśmy przez telefon. „W New York Timesie cały czas są obecnie publikowane zdjęcia ludzi kadrowanych bez głów. Kiedy ja zaczynałem robić takie zdjęcia, było to uznane za niesamowicie radykalne, a teraz to standard".

Palący chłopiec w żółtej koszuli, 1977

Mimo niezacieralnego wpływu i ożywczego wkładu aż do dziś, Cohen nie doczekał się swojej retrospektywy. Książka wydana przez wydawnictwo Uniwersytetu Teksańskiego i zatytułowana „Frame" zawiera ponad 250 agresywnych i pełnych emocji zdjęć Cohena, z czasów, gdy Willes-Barre wydawało się odległe jak Dziki Zachód. „To najbardziej kompleksowy spośród wszystkich albumów, które dotychczas tworzyłem, ponieważ zawiera zarówno białe, jak i kolorowe zdjęcia, a także ponad sto zdjęć, które nie były dotychczas publikowane", mówi.

Dziewczynka do góry nogami, 1974

Czy robienie selekcji zdjęć do albumu, sprawiło, że spojrzałeś na nie z nowej perspektywy?

Kiedy zobaczyłem książkę w druku, bardzo ucieszyłem się, że dodałem niektóre fotografie z moich podróży. 99% moich zdjęć zawsze powstawało w Wilkes-Barre albo Scranton, ale chciałem też zawrzeć fotografie z wycieczek do Hiszpanii, Irlandii czy Meksyku. Wplotłem niektóre z nich w całość i uważam, że zyskały na sile przekazu pośród mojej typowej twórczości, osadzonej w małej mieścinie. 

Twarze i dłonie chłopców, Madryt, 1968 rok

Jakieś trzy lata temu przeprowadziłeś się do Filadelfii. Czy twoje metody fotografowania zmieniły się z czasem albo za sprawą nowego miejsca?

Cały czas jest mniej więcej tak samo. Nie przyjechałem tutaj, żeby robić zdjęcia Dzwonowi Wolności, bardziej interesują mnie stłuczone butelki, pęknięcia w betonie, szczegóły architektoniczne, czyjś łokieć, czy pasy namalowane na jezdniach. Czyli wszystko to, czym zajmowałem się w Scranton i Wilkes-Barre. Zgromadziłem dostatecznie dużo materiału przez te trzy lata mieszkania w Filadelfii i teraz zastanawiam się nad zorganizowaniem wystawy z nowymi zdjęciami, powstałymi tutaj. Jeśli porównasz je ze zdjęciami sprzed 20 lat, zauważysz subtelne podobieństwa. Na przykład zawsze używam tego samego rozmiaru odbitek, 40 cm x 50 cm, już od 50 lat. To trochę jak posługiwanie się tym samym alfabetem.

Dziewczynka trzymająca jagody

Zafascynowały mnie ubrania na twoich zdjęciach. Na wczesnych fotografiach jest mnóstwo świetnych tweedowych rzeczy, lamparcich wzorów i grubych swetrów. Co przyciągało twój wzrok?

Mnóstwo zdjęć przedstawia starszych mężczyzn w płaszczach. Nie chodzi tu o modę, ale o historię: stojący na ulicy albo spacerujący 75-letni facet w jakiś sposób znajduje się w granicznym momencie swojego życia. Robiłem zdjęcia guzikom przy jego płaszczu albo dłoni w kieszeni. Jest w nich jakaś autobiograficzna nić, którą nawet mnie trudno wyjaśnić. To wszystko dotyczy życia, w końcu każde dzieło, jakie tworzysz, w jakiś sposób dotyczy twojego życia. Dokładnie to się dzieje w przypadku tych starszych gości. Wszyscy widzą w nich siebie na przestrzeni lat. 

Mężczyzna i torba na jedzenie, wrzesień 2001

Czego ludzie mogą się nauczyć z tej książki?

Najważniejsze jest moim zdaniem pokazanie, że dzieło sztuki może w całości zostać stworzone w jednym, małym mieście i nie musisz jechać od razu do Nowego Jorku albo Paryża, żeby być artystą. Materiał do tej książki powstał właściwie w całości pięć, może dziesięć kilometrów od mojego domu. Możesz wykonać ogromną pracę, wykorzystując przestrzeń wokół siebie, którą dobrze znasz. Znasz to powiedzenie, żeby uczyć innych tego, co samemu się umie? O to właśnie chodzi we „Frame". Tak naprawdę to bardzo szerokie spojrzenie - są tu zarówno kolana, płaszcze, jak i płatki śniegu. Całe mnóstwo rzeczy i wielka różnorodność zmieściła się w tym małym miasteczku. Pojechałbym pokazać te zdjęcia ludziom w Nowym Jorku, ale nie pracuję w grupie. Nie chodziłem do żadnej szkoły ani nie studiowałem sztuki. To po prostu projekt, który naturalnie ewoluował. Byłem zdany na swoje własne sposoby. 

Jedna czerwona rękawiczka, 1975

Ręka zakrywająca usta, 1971

Dziewczynka i mężczyzna na ulicy, 1975

Sprzedawca noży, Hiszpania, 1968

Dwie młode kobiety przy płocie, London, 1975

Kredyty


Tekst: Emily Manning
Zdjęcia: Mark Cohen, dzięki uprzejmości University of Texas Press