Reklama

instagramowa granica między uprzedmiotawianiem kobiet a wyzwoleniem

Millicent Hailes i Nadia Lee Cohen obnażają się całkowicie dla i-D.

tekst Lily Bonesso
|
07 Kwiecień 2016, 9:10am

2014 rok ogłoszono Rokiem Instagrama. A w 2015 roku zaczynamy odczuwać kulturowe reperkusje tego faktu. Dzisiejsze posty stają się szybko wczorajszymi — przysłowiowymi starymi dziejami. Potrzeba konsumpcji powoli nas konsumuje. Każdy, kto posiada smartfona, może zostać artystą. Ale ten gatunek sztuki jest upchnięty pomiędzy ogromne pokłady zdjęć z wakacji i kusicielskiego popisywania się własnym seksapilem. Przez co ciężko odróżnić jedno od drugiego. To wszystko rzeczywiście sprowadza się do przesłania wypowiedzi, na jaką pozwolił sobie niegdyś Andy Warhol: „Jeśli nie starasz się być prawdziwym artystą, nie musisz wszystkiego robić jak należy. To jest właśnie sztuka". Dziś każdy udaje, że tworzy sztukę, by się wybić. Jednak jeśli jest akurat twój serwis, to nic nie powstrzymuje cię od zdobycia punktów. Dlatego też Instagram to platforma dla artystów i osób wyrażających siebie, z którą nic nie może się równać.

Jeśli znasz kogoś osobiście, a potem poznajesz tę osobę ponownie przez instagramowy filtr, wypada to zwykle odświeżająco, ale i trochę dziwnie. Doświadczyłam tego, kiedy zaczęłam śledzić profil Millicent Hailes. Mój ogląd szczerej do bólu, bezpośredniej i chłopczycowatej Millicent zderzył się z wizerunkiem bajecznie mrocznej i uwodzicielskiej kobiety z ekranu komputera. Jej fotografie, przyprawione odrobiną humoru, przedstawiają dziewczynę, która ma gdzieś to, co o niej myślisz. Chociaż wolałaby, żebyś ją lubił. Jej najlepsza przyjaciółka i współpracowniczka, Nadia Lee Cohen, ukazuje nam siebie w podobnym tonie i guście. Wykorzystuje peruki i kostiumy, by utworzyć alternatywną rzeczywistość. Rządzą nią kobiety, mężczyźni rzadko sie pojawiają. Na jej profilu przewija się też mnóstwo piersi - ocenzurowanych lub przybranych serduszkami i emoji. Co nadaje zdjęciom ironicznego smaczku. Prace, które Lee tworzy jako zawodowa artystka, są bardzo teatralne. Stanowią grę zarówno z luksusowym, jak i obskurnym obliczem amerykańskiej kultury. Natomiast Hailes wykonuje swoje fotografie z żartobliwą, prześwietloną spontanicznością zbliżoną do dokonań Juergena Tellera czy Terry'ego Richardsona. Mimo że dziewczyny mają odmienny styl, ich instagramowe konta wyglądają jak kolaboracja. Zlewają ich charaktery w odrębny, trzeci nurt.

Stopień erotyzmu, jakim nasycono te zdjęcia, wywołał sporo dyskusji. Nie zawsze spotykając się z pozytywnymi reakcjami. To, jak bardzo nagość i otwarte prezentowanie seksualności potrafią obrazić wiele osób, wydaje się wręcz zaskakujące. Żyjemy w końcu w czasach, gdy kobiety uwalniają sutki (#freethenipple), a na modowych wybiegach debiutują penisy. Nie, żeby protesty powstrzymały Hailes i Lee od publikowania swoich fotografii. To dla nich sposób na nawiązanie kontaktu z odbiorcami i przekazywanie idei oraz intencji stojących za ich pracami. „Lubię widzieć, kto stoi po drugiej stronie obiektywu - uważam, że robi to piorunujące wrażenie" - zauważa Hailes. Jej followerzy z pewnością zgadzają się z tym stwierdzeniem. Przekonanie, że należy „żyć własną pracą", jest główną motywacją napędzającą regularne pojawianie się w sieci postów dziewczyn. „Ty też musisz sobie robić nagie zdjęcia. Jeśli sama tak się nie pokażesz, kto zaufa ci na tyle, by pozwolić ci sfotografować się nago? Nie jesteś wtedy godna zaufania" - wyjaśnia Hailes. Obu artystkom przyświeca idea siostrzanego wsparcia. Skoro obnażanie się lub prowokacyjność to wystarczająco dobry sposób zachowania dla ich modelek, to będzie też dobry dla nich. Chodzi w tym o szacunek dla ludzi, którym robią zdjęcia. I na tyle wysoki szacunek dla własnej pracy, że nie boją stać się jej przedmiotami.

Lecz dlaczego akurat tak? Czemu muszą obnażać się publicznie? Cóż, może z tego powodu, że żyjemy w epoce narcyzów. Wszyscy używają obecnie mediów spółecznościowych, by stać się rozpoznawalnymi. Zyskać uwagę innych i opinie na swój temat. W dzisiejszych czasach to praktycznie jedyna metoda na trafienie do ludzi. Stara mądrość podpowiada: „Jeśli nie możesz ich pokonać, przyłącz się do nich". Hailes i Lee nie miały oporów przed wdrożeniem jej w życie. Wykorzystują Instagram na swój sposób i są w tym naprawdę dobre. Spytałam obie artystki, czym takie wyzywające zdjęcia różnią się od fotek gołej kobiety na stronach tabloidu, gwiazdy porno czy każdej innej dziewczyny, której nagość wydaje się przepustką do sławy. Porównanie nie obraziło ich w żaden sposób. Wytłumaczyły, że intencja, jaka nimi kieruje - obok gustu, wykształcenia i kontekstu, w jakim prezentują swoje prace - jest w tym przypadku największą różnicą. Lee zna z autopsji uczucia, jakie towarzyszą stawaniu się bohaterką fotografii, które ukazują twoje ciało na każdym etapie odsłaniania go. I poleca wszystkim doświadczyć tego na własnej skórze. „Nie jestem zawsze całkowicie pewna siebie. Gdy widzę siebie na odważnej fotografii, to czuję się bardzo dobrze. Chcę, żeby kobiety, które dla mnie pozują, czuły się tak samo. Żeby powstał z tego wizerunek, na którym wyglądają pięknie. Bo jak spoglądasz na takie przedstawienie siebie, to zawsze stwierdzisz: no, to jestem właśnie ja, tak właśnie wyglądam. Nawet, jeśli czasem nie jest ci ze sobą dobrze".

Ta doza fantazji i spełniania życzeń jest cechą charakterystyczną Instagramu. Pytanie „Kim jestem?" zostało wyparte przez „Jak wyglądam?". Co jednak dziwniejsze, to jak wyglądasz zaczyna się coraz mocniej wiązać z tym, kim faktycznie jesteś. Zacytujmy ponownie nieśmiertelnego Warhola: „Znam dziewczynę, która przegląda się w lustrze na drzwiczkach szafki na leki. Przez to nigdy spogląda na to, co ma poniżej ramion. Waży 180 czy nawet 220 kilo. Ale tego nie dostrzega. W lustrze widzi tylko piękną twarz i uważa się za piękność. I właśnie dlatego ja też uznaję, że jest pięknością. Ponieważ zwykle akceptuję ludzi na podstawie ich własnego wyobrażenia o sobie. Ma ono więcej wspólnego z ich sposobem myślenia, niż ich obiektywnie postrzegany wizerunek".

Filozofię głoszącą, że twoje zachowanie kształtuje to, kim jesteś, pięknie streściła także Amy Cuddy w swojej przemowie dla TED z 2012 roku. Zgodnie z tą teorią postuluje się, że ludzie obnoszący się z dużą pewnością siebie, są przez to realnie pewni siebie. Poczucie własnej wartości wywodzi się z wiary w siebie. Idąc dalej, jeśli wyglądasz dobrze, to czujesz się dobrze. Prezentując się w takim stylu światu, Hailes i Lee odkrywają erotyczną i odważną stronę swoich osobowości. Taki sposób postrzegania własnej osoby, całkowicie kreowany i kontrolowany, naprawdę dodaje im pewności siebie i seksapilu. Przenosi się to na ich życie codzienne.

Nieważne, czy zinterpretujemy prace artystek jako soft porno, czy sztukę. Nie zmienia to faktu, że to fotografie wykonane przez kobiety, dla kobiet. I to kobiety reagują na nie masowo. Jeżeli mężczyznom też przypadają do gustu, czy nawet ich podniecają, to fajnie. Lecz dla Hailes i Lee ich działalność dotyczy przede wszystkim autorytarnej władzy nad własnym ciałem i seksualnością. „Ważne, żeby to pokazywało twoją siłę. Nigdy nie opublikowałybyśmy zdjęcia, na którym według siebie wyglądamy na słabo". Rzesze ludzi argumentowałyby, że prace dziewczyn przyczyniają się jedynie do dalszego uprzedmiotowiania kobiet. Niemniej obie wierzą, że jeśli one - i kobiety, które fotografują - czują się dzięki temu wyzwolone i silne, to ich metody się sprawdzają. „Tak długo, jak mamy w intencji doprowadzić do wyzwolenia kobiet i tworzyć wyrazistą wizję, to będzie to dla nas najważniejsze. Nikt nie może podyktować innym, jak mają odbierać te zdjęcia". Lee i Hailey nigdy nie brały własnej twórczości przesadnie serio. I musiały się martwić tylko o osoby bezpośrednio zaangażowane w jej powstawanie. Dzięki temu mogą się pochwalić kolorowym, sugestywnym, frywolnym i zachwycającym dorobkiem artystyczny. A to, czy zachwyca cię on dlatego, że się podnieciłeś, czy dlatego, że dziewczyny robią dobrą sztukę, to już wyłącznie twój interes.

Kredyty


Tekst: Lily Bonesso

Tagged:
Instagram
sztuka
Millicent Hailes
Nadia Lee Cohen