lody, guma i pianki marshmallow

Olivia Locher jest jedną z waszych ulubionych artystek, chociaż jej nawet nie kojarzycie.

tekst Wendy Syfret
|
05 Wrzesień 2016, 3:00pm

Pewnie nie znacie Olivii Locher, ale jeśli lubicie ładne obrazki z internetu, to na pewno kojarzycie jej prace. Kto wie, może nawet je gdzieś wstawiliście albo zapisaliście i wrzuciliście na tapetę w telefonie. To dlatego, że urodzona w Pensylwanii fotografka ma wręcz nadzwyczajne wyczucie i wie, co stanie się wiralem. Jej surrealistyczne, zabawne i przemyślane zdjęcia są idealne na Instagrama.

Dostarczanie wyśmienitych internetowych uciech jest czasem niewdzięczną robotą. Sukces Olivii przypomina sytuację wielu innych artystów w dobie internetu: miliony share'ów i mało realnego uznania. Na szczęście jej historia ma szczęśliwe zakończenie: Locher podpisała kontrakt na książkę i w przyszłym roku opublikuje „I Fought The Law".

Twoje prace są surrealistyczne i marzycielskie, ale przeważnie dotyczą pomysłów z prawdziwego świata. Opowiedz nam o przestawianiu rzeczywistości na zdjęciach pełnych fantazji.
Gdy byłam mała, ciągle bujałam w obłokach, aż do przesady. Nie istniała dla mnie żadna granica między fantazją i rzeczywistością. Na szczęście rodzice nie zniechęcali mnie do tego. Później z tego wyrosłam, ale surrealistyczne motywy zakorzeniły się gdzieś w mojej podświadomości.

Gdy zaczęłam robić zdjęcia, bardzo interesowało mnie obrazowanie fantazji i snów. Na trzecim roku szkoły artystycznej zrobiłam w studiu zdjęcie pianek marshmallow, upchniętych w białe rajstopy modelki. Mojemu profesorowi bardzo się spodobało i namówił mnie, abym dalej szła w tym kierunku. Zafascynowała mnie głupota gotowych obiektów i codzienne rytuały.

Zdjęcie z piankami krążyło w sieci. Jesteś jedną z tych artystek, których prace zna się mimowolnie, zanim pozna się nazwisko, bo twoje fotki są często repostowane w internecie. Jak się czujesz, gdy zdjęcie robi taką furorę i staje się hitem, chociaż nie ma pod nim twojego podpisu?
Przeciętna osoba, która wrzuca zdjęcie, raczej nie przejmuje się, skąd ono pochodzi. To efekt uboczny życia w kulturze, w której obrazy są tak łatwo dostępne. Mam także obsesję na punkcie wyszukiwania kopii moich zdjęć autorstwa innych fotografów. Znalazłam około ośmiu dokładnych reprodukcji mojej fotografii z topiącym się lodem, włożonym do tylnej kieszeni jeansów.

Przeważnie mnie to bawi, ale to przykre, gdy ktoś nieźle zarabia, korzystając z twojej koncepcji. Znalazłam dokładną kopię tego zdjęcia na okładce pewnego albumu, inna kalka została wykorzystana jako plakat dużego festiwalu filmowego w Berlinie. Przywłaszczenia pojawiły się także u marek modowych. Nie zarabiam na tych zdjęciach, więc to przygnębiające, gdy ktoś zyskuje na tych pomysłach. To ciągła walka. Nie można opatrzyć pomysłu prawem autorskim, ale przynajmniej miałam nadzieję, że inni będą mieć na tyle godności i szacunku, żeby tak rażąco nie ściągać.

Zdjęcie z lodem pochodzi z serii „I Fought The War", dotyczącej dziwnych amerykańskich praw, która zdobyła popularność online. Na własnej skórze przekonałaś się, jak to jest, gdy twoja praca wypłynie na internetowej fali. Ciekawi mnie jakie to uczucie.
Co ciekawe nawet nie miałam pojęcia, jak to się stało. Wrzuciłam zdjęcie loda na Tumblra i nagle zebrało ponad 20 tys. polubień i repostów. Zaczęli do mnie pisać dziennikarze, którzy chcieli opisać tę serię, a ja miałam dopiero 8 zdjęć. Wszystko się rozkręciło! To zabawne, później wymieniłam cztery z tych pierwszych zdjęć na coś mocniejszego. Fotki, które zrobiły furorę w sieci, były rozgrzewką przed prawdziwym cyklem zdjęć.

Sukces częściowo zawdzięczasz pomocy internetu. Czy uważasz, że bez niego byłabyś inną artystką?
Raczej nie, bo moje pomysły na zdjęcia biorą się z wnętrza. Za to jestem pewna, że moja kariera potoczyłaby się inaczej. Większość ludzi, która zgłasza się do mnie ze zleceniami, odkrywa moje prace na Instagramie. Te cyfrowe platformy całkowicie zastąpiły papierowe portfolio. Nie aktualizowałam go od 2013 roku, nikt nie chce go oglądać. Myślę, że Instagram jest taki potężny i zabawny, bo daje możliwość zajrzenia w czyjeś życie prywatne i zawodowe.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Porozmawiajmy o pracy. Twoje zdjęcia z przymrużeniem oka pokazują idee dotyczące mody, piękna i dobrej kondycji. Twoje spojrzenie jest pobłażliwe czy krytyczne?
Przez kilka ostatnich lat robiłam zdjęcia za kulisami pokazów na nowojorskim tygodniu mody. Inspiruje mnie strona urodowa każdego z nich. W domu staram się odtworzyć to, co widziałam. Bez wątpienia nigdy mi nie wychodzi i powstaje coś niby podobnego, ale jednak wciąż bardzo odległego. Te koślawe dzieła sprawiają mi przyjemność, często wprowadzam bardziej efektowne wersje tych makijaży do swoich prac. Mam nadzieję, że moje zdjęcia są mieszanką uwielbienia i krytyki.

Uczyłaś się w domu, prawda?
Tak! Do publicznej szkoły poszłam dopiero w liceum. Pojawiła się wtedy nowa forma internetowego szkolnictwa, w której w zasadzie chodziło się na lekcje na czacie. Dopiero raczkowała i nie była doskonała, ale błagałam rodziców, żeby pozwolili mi się do niej zapisać. I tak przeszłam od spędzania ośmiu godzin w szkole do niecałych trzech. Zaczęłam robić zdjęcia mniej więcej w tym okresie, w którym porzuciłam tradycyjne szkolnictwo.

Czy to doświadczenie wpłynęło na prace, które teraz tworzysz?
To pozwoliło mi całkowicie skupić się na fotografii. Prenumerowałam mnóstwo magazynów modowych i starałam się odtworzyć to, co w nich widziałam razem z koleżankami, które mi pozowały. Nie znałam świata fotografii poza zdjęciami modowymi. Uwielbiałam wspólne projekty Juergena Tellera i Marca Jacobsa.

Twój dom był bardzo kreatywną przestrzenią — ty i twój brat wyrośliście na artystów. Inspirujecie siebie nawzajem?
Oczywiście! Mieszkamy razem w małym mieszkaniu w Nowym Jorku, które jest także naszą pracownią. Czytamy sobie w myślach. Ostatnio zaczęło nam się zdarzać, że nagle mówimy to samo, synchronicznie. To przeraża ludzi.

@olivialocher

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Wendy Syfret

Tagged:
wywiad
Wywiady
Kultura
słodycze
Surrealizm
wyobraźnia
Olivia Locher​
kultura wywiady