10 najlepszych garażowych kawałków

Warsaw City Rockers to bohaterowie. Od lat niezmordowanie pchają stołeczną scenę okołogitarową do przodu, sprowadzając z zagranicy najlepsze rokenrolowe składy, pomagając wybić się lokalnym zespołom i – już niestety coraz rzadziej – grając słynne...

tekst i-D Staff
|
09 października 2015, 1:20pm

Zdjęcie: Stanisław Legus

The Kingsmen - „Louie Louie"

Odpowiedź na Brytyjską Inwazję prosto z Portland, Oregon. To jedna z tych kapel dzięki ten region geograficzny zdominował amerykańską alternatywę aż do dziś. Wipers, Nirvana, Mudhoney, Dead Moon, The Sonics to jedna wielka rodzina, której założycielem są właśnie oni. Nigdy nie zrobili kariery, ale nagrali nieśmiertelny hit „Louie Louie", który jest najczęściej kowerowanym numerem w historii muzyki rockowej. Potomni stworzyli dla nich i im podobnych kapel szufladkę - 60s garage /proto-punk.

Grazhdanskaya Oborona - „Chelovek cheloveku volk"

Grazhdanskaya Oborona to pochodzący z Syberii zespół, którego cała dyskografia brzmi jak demówka nagrana w garażu. Może nawet garaż to zbyt wiele. Brzmią, jakby nagrywali w jakieś norze w ziemi, w grobie (Gr.Ob to popularne zdrobnienie nazwy zespołu, znaczące właśnie grób). Ich twórczość oraz lider — Yegor Letov to na wschód od Bugu absolutny kult — Kurt Cobain, Rysiek Riedel, Jim Morisson, Bob Marley, John Lennon i Jezus Chrystus w jednym. Działalność Letova była bardzo kontrowersyjna kilkakrotnie zdarzały mu się dosyć mocne wolty światopoglądowe, z zaszczutego ukrywającego się przed służba bezpieczeństwa bezprizornego punka, przez faszyzującego narodowego bolszewika aż po swoje ostatnie wcielenie — psychodelicznego popa z tajgi ubranego w T-shirt w tie-dye.

MC5 - „Kick out the jams!"

Zaginione ogniwo pomiędzy erą hipisowskiego rocka a nihilistycznym punk rockiem prosto z Motor City - Detroit. Większość amerykańskich muzyków punkowych pierwszej generacji zgodnie powtarza, że MC5 to jedna z ich głównych inspiracji. Ojcowie chrzestni naszego cyklu koncertowego, to im ukradliśmy slogan: Kick out the jams!

Black Lips — „Hippie, Hippie, Hoorah"

Zanim pojawiły się zespoliki jak Tame Impala odgrzewanie sikstisowego, garażowo-psychodelicznego brzmienia było fajne. Black Lips z Atlanty byli w tym jednymi z lepszych, nadal trzymają poziom ale każdy wie, że ich wcześniejsze płyty są lepsze niż te teraz...bo są bardziej garażowe, obscure i w ogóle... Wybraliśmy ich kower utworu Jacques'a Dutronc bo WCR od samego zarania jarało się grzebaniem w wielkim koszu z popkulturą z wyprzedaży. Jak ktoś śledzi nasze zabawy naszymi logo grafikami ten wie.

Dead Moon — „Dead Moon Night"

Kwintesencja garażowego grania z lasów Pacific North-west.
D for disaster
E for my eyes
A for my anger
D before I die
M for mona
O oh good
O oh good
N for the night
Dead moon night

The Reatards — „Memphis blues"

The Reatards to pierwszy zespół Jaya Reatarda. Prosty, brudny i do bólu szczery nagrywany w salonie pod nie obecność mamy punk rock z rock'n'rollowy (pochodzenie zobowiązuje) zacięciem. Jedno z pierwszych wydawnictw nosiło tytuł „Fuck Elvis Here's The Reatards" - i to z grubsza tłumaczy attitude tego pana.

The Gories — „Hey, hey we're the Gories"

Kolejni reprezentanci Detroit. O ile jednak MC5 załapali się jeszcze na życie w czasach prosperity to Gories to już zdecydowanie czasy, gdy miasto przekształcało się w slums. Ich muzyka brzmi, jakby na wysypisku śmieci ktoś zgarnął trochę odpadów i spróbował z nich odtworzyć jakąś klasyczną rzeźbę. W ich wypadku wygląda to tak, że klasyczne sikstisowe brzmienie rock'n'rolla, r'n'b czy doo-woopu zmieszali z momentami prymitywnym wręcz punk rockiem okraszając to refrenami typu „Hey, hey! We're The Gories!". Przed nimi nikt tak nie grał. A później każdy próbował.

Pagans — „Nowhere to run"

Koledzy Dead Boys z czasów, zanim ci nie zrobili jeszcze kariery w NYC. Jedna z tych kapel, która była lubiana w swoich czasach, aby później stać się zapomnianą, a następnie, której nagrania zostają wznowione przez Crypt Records i staje się ulubioną kapelą muzycznych nerdów.

Nocne szczury — „Chodź pójdziemy tam"

Polski punk w swojej wczesnej, jeszcze raczkującej formie. Co zaskakujące pochodzili z Władysławowa, czyli z dala od krajowych epicentrów rozwoju gatunku. Typowy one hit wonder, poza tym numerem nie pozostawili po sobie prawie nic.

Thee Headcoats — „Davey Crockett"

Jedna z wielu inkarnacji Billiego Childisha - poety, malarza, filmowca z Chatham w hrabstwie Kent. Mimo że wielu próbuje grać podobnie, to jego styl - mieszanka punk rocka z 60sowymi brzmieniami jest absolutnie niepodrabiany. Możliwe, że jest to jeden z najbardziej płodnych muzyków z poletka alternatywno/około punkowego. Liczba pozycji w jego dorobku idzie w setki.

Przeczytaj też: „10 najsmutniejszych piosenek o miłości" według Damsels in Distress DJs.

Kredyty


Tekst: Warsaw City Rockers
Zdjęcie: Stanisław Legus