​muza vetements pochodzi z elbląga

Poszła w pierwszym pokazie Vetements, a później następnym i następnym... należy do ekipy. Ma 19 lat, pochodzi z Elbląga. Poznajcie Coco.

|
lip 6 2016, 8:00am

Vetements to coś więcej niż marka ‒ to zjawisko w świecie mody. Odkąd Demna Gvasalia przestał być anonimowym projektantem w Maison Martin Margiela i postanowił stworzyć markę na własnych zasadach, świat mody na chwilę wstrzymał oddech, żeby po chwili obrać nowy kierunek.

„My tylko staramy się nie pracować wbrew swojej naturze i nie robić rzeczy, które nam się nie podobają" ‒ mówi w jednym z wywiadów z rozbrajającą otwartością. Jego pomysł na szczerość w modzie jest realizowany z żelazną konsekwencją. Demna zaczyna od historii swojej rodziny ‒ uchodźców z Abchazji, którzy w dramatycznych okolicznościach uciekli z rodzinnego kraju i po wielu perypetiach zamieszkali w Europie Zachodniej. Doświadczenie przekuwa w filozofię marki. W swoim zespole zatrudnia projektantów i modeli z różnych krajów. Świadomie odcina się od świata celebrytów i supermodelek, stawia na wyrazistych zwykłych ludzi, bo nietuzinkowa uroda i nieokrzesany charakter inspirują go równie mocno.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Od pierwszego pokazu członkinią tej ekipy jest Coco, 19-latka z Elbląga. Ma długie blond włosy, jasną cerę, zero makijażu i dużo luzu. Klasyczną słowiańską urodę łamie ciuchami ‒ ortalionem, rzemykiem na szyi i sportowymi okularami z wczesnych lat 00. Jej styl można określić jako gabberowy romantyzm.

Trudno umówić się z Coco, bo wciąż podróżuje z przyjaciółmi, choć w końcu udało nam się złapać w Warszawie. Rozmawialiśmy o jej przygodzie z modą, modelingiem i gangiem Vetements…

Jak byś określiła wasz wspólny mianownik. Co was wyróżnia?
Modele Vetements to zbieranina wielu narodowości, z kilkoma z nich marka współpracuje od samego początku. Każdy z nas jest na swój sposób dziwny, zachowuje indywidualność i odwagę bycia sobą, ale łączy nas podobna energia. Prawie wszyscy możemy opowiedzieć nietypową historię o swym życiu. Ostatnio poznałam Litay z Izraela ‒ obecnie jest na przepustce z wojska. Z kolei Rosjanin Gosha pracuje jako fotograf w fabryce dewocjonaliów w Moskwie. A Ellen z Finlandii, gdy szła do pracy w sklepie, musiała pożyczać ubrania od siostry, zmywać makijaż i przebierać się za ,,człowieka". Mimo iż tak naprawdę nie znam tych ludzi, czuję się bardzo komfortowo w ich towarzystwie, zawsze dobrze się bawimy ‒ najpierw na backstage'u, a potem na afterparty. Z większością utrzymuję pewien kontakt tylko przez Instagram czy Facebooka, ale udało mi się zawrzeć też trochę bliższe znajomości, np. z Angie Sherbourne, Sashą Melnychuk, Stine Omar czy Niki Geux.

Zacznijmy od początku: jak to się stało, że zostałaś modelką?
Wszystko zaczęło się dwa lata temu ‒ miałam wtedy 17 lat i pojechałam odwiedzić siostrę w Londynie. Od jakiegoś czasu mocno fascynował mnie świat mody, a to była moja pierwsza duża wycieczka ‒ w dodatku jechałam sama! Wydawało mi się, że ten świat jest dużo bliższy temu, co znam z internetu. Po kilku dniach udało mi się znaleźć jakiś casting.

O, brzmi niebezpiecznie, to była twoja pierwsza styczność ze światem modelingu?
Nie, wcześniej wysyłałam zdjęcia do polskich agencji, ale zazwyczaj nie odpisywano. Czasami dostawałam wiadomość typu: „Jesteś interesująca, ale nie pasujesz do naszej agencji" albo „Wyglądasz ciekawie, ale niestety jesteś dla nas za niska". To były supermaile…

W Londynie potraktowano cię inaczej?
Tak, zgłosiłam się do pierwszej przypadkowej agencji i od razu podpisałam umowę (śmiech).

Mogłaś to zrobić jako osoba niepełnoletnia?
Nie, ale wtedy tego nie wiedziałam. Nikt mnie o tym nie poinformował, nie miałam takiej świadomości. Czułam się ogromnie szczęśliwa i zupełnie nie interesowało mnie, co tam było napisane, po prostu chciałam podpisać umowę. Dopiero później, gdy opowiedziałam mojej siostrze, co się stało, strasznie się zdenerwowała, a ja razem z nią.

To była nowa agencja, dopiero zbierali zespół. Pod koniec wakacji kobieta z agencji powiedziała mi, że jeśli zostanę na fashion weeku we wrześniu, to będę chodzić w pokazach. Zabrzmiało, jakby ktoś przepowiedział mi: „Polecisz w kosmos". Zadzwoniłam do mamy i oświadczyłam, że muszę jeszcze zostać (śmiech). A to był początek mojej klasy maturalnej.

Byłaś totalnie zdeterminowana.
Tak, nie było opcji, żebym wróciła wtedy do domu. Zaczęły się castingi, poznałam świat mody od środka. Było to dla mnie całkiem duże oderwanie od rzeczywistości i spełnienie marzeń. Na początku poszłam w pokazie Marques'Almeida, a później, po castingu, czekało na mnie Vetements…

To był prawdziwy przełom.
Najlepsze jest to, że nie miałam pojęcia, na jaki casting idę ‒ wydaje mi się, że wtedy nie mieli jeszcze nazwy Vetements albo jej nie używali. To był casting Demny Gvasalii do pokazu, który miał się odbyć w Paryżu… Sprawdzałam różne tropy w internecie, ale nadal nie wiedziałam, o co chodzi.

Różnił się czymś od innych castingów?
Chyba nie, było tak jak zwykle, ale ja się spóźniłam. Wszystkie dziewczyny przyszły na casting jak zawsze w legginsach, białych koszulkach i szpilkach, a ja wpadłam spocona. Nie zdążyłam się przebrać. Miałam na sobie jakiś poliester, którego agencja zakazała mi nosić, bo mówili, że jest obleśny (śmiech), i buty, które wyglądały jak samochody. To był taki styl 2012.

Znamy modową przekorę Vetements, musiałaś zrobić na nich wrażenie.
Wiem, że się spodobałam, bo zapytali, skąd pochodzę, zrobili mi zdjęcia. Ale byłam tak zakręcona, że nie pamiętam twarzy i szczegółów. Dopiero po czasie zorientowałam się, że castingowali mnie Demna i stylistka Lotta Volkova. Później znów musiałam przełożyć szkołę, bo po Londynie pojechałam do Paryża na pierwszy pokaz Vetements ‒ było to w moje 18. urodziny.

Vetements znalazło cię albo ty znalazłaś Vetements. Macie bardzo podobną energię. Co dała ci współpraca z tą marką?
Długo miałam kompleks dziewczyny z Polski, w dodatku z małego miasta. Pamiętam te wszystkie agencje, które mnie odrzucały i mówiły, że się nie nadaję... Jeżdżąc za granicę, zobaczyłam, że mimo iż odbiegam pod wieloma względami od polskiej normy, nie jestem jednak aż takim dziwakiem. Poznałam wielu wartościowych ludzi, którzy nie wytykali mnie palcami, tak jak tutaj, ale raczej przyklaskiwali w wielu sytuacjach. Dało mi to dużo energii i odwagi do bycia sobą i do dalszego odkrywania siebie, pozbycia się wielu zahamowań. Poza tym zyskałam sporo kontaktów i możliwości dalszej pracy w modzie, co bez agencji może być kłopotliwe.

Co najbardziej pociąga cię w tej marce?
Kontrasty i śmiałość w przekraczaniu wszelkich granic. Odnoszę wrażenie, że większość rzeczy robią z humorem i dla własnej przyjemności. Vetements nie boi się zorganizować pokazu w kościele z muzyczną oprawą Clary 3000, która momentami gra niemalże symfonie szatana, czy zabrać całą elitę modową do obskurnego klubu gejowskiego. Ci ludzie robią, co chcą, i to jest niesamowite.

Twoja przygoda z Vetements trwa nadal, chociaż nie jesteś już związana z żadną agencją i wróciłaś do Polski, by zająć się studiami.
Tak, to niesamowite. Gdy po pierwszym pokazie wróciłam do Elbląga, zimą na Facebooku napisała do mnie Lotta. Spytała, czy mogłabym przyjechać i znów pójść w pokazie ‒ oczywiście się zgodziłam. A później był następny i następny. Wciąż z nimi jestem.

Jak potoczy się twoja przygoda z modą, jakie masz marzenia?
Byłoby niesamowicie, gdyby w końcu udało mi się znaleźć agencję i pracować na pełen etat. Jeśli tak się jednak nie stanie, spełnieniem moich marzeń będzie przeprowadzka do Madrytu i modowa współpraca ze znajomymi ‒ może nie tylko od strony modelingu…

Co tak bardzo kręci cię w modzie?

Łatwy, dostępny sposób na ukazanie własnej osobowości czy poglądów niemal w każdej sytuacji. Moda daje też możliwość wyrażenia sprzeciwu wobec otaczającej rzeczywistości. Jednak przede wszystkim jest to dobra zabawa. Eksperymentowanie z sobą i ze społeczeństwem ‒ gra w to, jak daleko sama mogę się posunąć i jak dużo mogą znieść ludzie, pozostawiając to bez komentarza. Poza tym to, jak się ubieram, sprawia, że czuję się komfortowo sama z sobą, nie jestem w jakimś mundurku.

Przeczytaj też:

Kredyty


Teskt: Basia Czyżewska
Zdjęcia: Karol Grygoruk