czy to początek końca ery zakupów przez internet?

Australijski rząd właśnie pracuje nad ustawą wprowadzającą 10% podatku od towarów kupionych online. Co to oznacza dla Europy?

tekst Rosie Dalton
|
14 Październik 2015, 3:55pm

Gdy handel elektroniczny pojawił się po raz pierwszy 20 lat temu, cała grupa malkontentów zgodnie stwierdziła, że jest on z góry skazany na porażkę. W momencie, kiedy Natalie Massenet założyła portal Net-a-Porter w 2000 roku, ludzie mówili jej, że oszalała. Dziś mamy rok 2015, a mało kto potrafi wyobrazić sobie świat bez internetowych zakupów, które drastycznie zmieniły nasze nawyki konsumenckie. Dni, kiedy prosiło się ciotkę z Ameryki czy wujka z Londynu o przywiezienie rzeczy niedostępnych w kraju, minęły bezpowrotnie. Dziś wszystko dostępne jest do kupienia w sieci, co z kolei zmusiło wielu lokalnych sprzedawców do obniżenia cen, by pozostać w konkurencji.

Wygląda jednak na to, że historia zatacza koło, a przyszłość zakupów w internecie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Australijski rząd pracuje właśnie nad ustawą regulującą podatek od towarów kupionych drogą handlu elektronicznego, mającą wejść w życie w 2017 roku. Poprzednio Australijczycy płacili go tylko w momencie, kiedy wartość koszyka przekraczała 1000 dolarów. Od lipca 2017, tzw. GST [goods and services tax], czyli odpowiednik naszego europejskiego VAT-u ma zostać nałożony w wysokości 10% na wszystkie produkty kupione w Australii drogą internetową. A to z drugiej strony dobra wiadomość dla lokalnych sprzedawców, dla których próg 1000 dolarów był czymś bardzo trudnym do pokonania w walce o konsumentów.

Co to jednak oznacza dla przyszłości zakupów w internecie? Według Forbesa, tempo, w jakim rozwija się e-handel w ostatnim czasie znacznie zmalał, co z kolei może sugerować, że wielki boom na zakupowe szaleństwo w sieci mamy już za sobą. Zdaniem Natalie Massenet, matki chrzestnej zjawiska, przyszłość oznacza dużo bardziej spersonalizowane doświadczenia konsumenckie. Z jednej strony uważa, że moda stanie się jeszcze bardziej elitarna, z naciskiem na tzw. slow fashion [wolną modę], robioną na miarę. Z drugiej strony zaś wyobraża sobie świat, w którym projektanci będą w stanie tworzyć na podstawie potrzeb swojej klienteli. To ma oczywiście sens, zważywszy, że czasem parę dobrze umieszczonych zdjęć z Instagrama pomaga sprzedać produkt.

Jakkolwiek nie miałaby wyglądać przyszłość cyfrowych zakupów, to proponowany przez Australię podatek (śladem którego może przecież pójść też Europa), a także nowoczesne technologie, pozwalające sprzedawcom detalicznym na pozyskiwaniu naszych preferencji, sugerują, że zmiany wiszące w powietrzu są raczej pewne. I jeżeli Massenet się nie myli, zakupy w internecie rzeczywiście mogą nabrać niszowego charakteru. Tutaj jednak nasuwa się kolejne pytanie, co z naszą prywatnością i co z naszą kieszenią? Czas pokaże. 

Czytaj też: japońskie hotele miłości.

Kredyty


Tekst: Rosie Dalton
Tłumaczenie: Zuza Bień

Tagged:
Internet
Newsy
Kultura
E-Commerce
Zakupy