Reklama

„yoyo” – krótki metraż o utracie dziewictwa w obliczu końca świata

Reżyserka żartuje jednak, że może być to też „metafora randkowania w LA”.

tekst Emily Kirkpatrick
|
17 Lipiec 2017, 7:28am

still from 'yoyo,' courtesy of nicole delaney

Artykuł pierwotnie ukazał się w amerykańskim wydaniu i-D.

Krótkie filmy Nicole Delaney balansują pomiędzy głęboko personalnymi projektami a kinowymi hitami. Do tej pory nagrała krótkometrażową opowieść o dziewczynie szukającej jednocześnie miłości i lekarstwa na jej fetysz papieru, a także o mężczyźnie odnajdującym towarzystwo po śmierci żony dzięki nauce korzystania z Internetu. Wszyscy jej bohaterowie, jak wyjaśnia reżyserka, „muszą radzić sobie z różnymi lękami i z samotnością". To samo powiedzieć można o protagonistce ostatniego projektu 31-letniej artystki: kobiecie zupełnie pochłoniętej obsesją utraty dziewictwa w obliczu końca świata.

Delaney, rodowita mieszkanka L.A., wróciła do swojego miasta po niemal dekadzie spędzonej w Nowym Jorku i ukończeniu NYU's Gallatin School of Individualized Study (gdzie, co ciekawe, utworzyła swój własny kierunek pod nazwą „Sztuka opowiadania opowieści") oraz po otrzymaniu tytułu magistra  szkoły filmowej Columbii. Pracując dla Netflixa po powrocie do Los Angeles, Delaney zorientowała się, że „po prostu musi coś zrobić albo oszaleje". To doprowadziło do powstania „YOYO".

W filmie, który zadebiutował na Festiwalu Filmowym Tribeca, występują Martin Starr i Sophie von Haselberg (czyli, swoją drogą, córka Bette Midler) jako dwoje ostatnich ludzi na Ziemi. Caroline (w którą wcieliła się von Haselberg) jest poważnie zmartwiona swoim statusem dziewicy. Na tyle poważnie, że nie raczyła się nawet pofatygować, by opuścić swoje mieszkanie w poszukiwaniu życia, które mogło przetrwać apokalipsę. „Jest na tyle skupiona na utracie dziewictwa, że nie może sobie uświadomić całej reszty spraw, których doświadcza", wyjaśnia Delaney.

Z kolei Francis (zagrany przez Starra) po utracie żony w tajemniczej katastrofie, która położyła kres niemal całemu życiu na Ziemi, został nihilistą. Przejmuje on w życiu Caroline rolę mentora (wypełnionego melancholią i wysoce krytycznego, ale jednak), starając się pokazać, że życie i miłość nie ograniczają się wyłącznie do samego seksu.

W kwestii szerszego kontekstu opowieści, Delaney uzupełnia: „Chciałam, aby film przekazał, że więzi między ludźmi są skomplikowane, ale jednocześnie nieuniknione, niezależnie czy tego chcesz, czy nie. Jeden z bohaterów jest szczęśliwy, że przeżył, jednak drugi żałuje, że nie zostali oboje zmiecieni z powierzchni planety razem z resztą populacji. Myślę że najistotniejszą kwestią, która mi przyświecała, jest pytanie: czy życie jest czegoś warte, jeśli nie masz nikogo obok siebie?". Para protagonistów do samego końca zmaga się z tym pytaniem.

W „YOYO" Delaney chciała także zbadać temat utraty dziewictwa jako formy rytuału przejścia; czegoś wybitnie dla niej osobistego, biorąc pod uwagę, że straciła swoje własne nieco później niż większość jej przyjaciół. „Myślę, że opowiadam tę historię lepiej niż ktokolwiek inny, bo to moja historia", mówi reżyserka. Jak wyjaśnia, w Ameryce dziewictwo to wciąż granica oddzielająca dziewczynkę od kobiety, tam ludzie „mają poczucie bycia na wyższym poziomie egzystencji tylko dlatego, że się z kimś pieprzyli i mogą wreszcie o tym opowiedzieć". Z drugiej strony, podczas pisania scenariusza, artystka zorientowała się że, o ile poruszane przez nią problemy mogą być istotne dla nastolatków, to jednak nie będą wystarczająco ważne dla przeciętnego widza. „Wreszcie dotarło do mnie, że świat się musi skończyć", mówi. 

Pomimo ambitnych założeń przyświecającym filmowi, Delaney przyznaje: „Nagraliśmy to za psie pieniądze. To w dużej mierze kwestia systemu przysług, np. moja mama robiła dla nas posiłki. Wszystko bardzo na wariackich papierach". Jako, że dodatkowo twórczyni pracowała wówczas na pełnym etacie jako koordynator rozwoju w firmie produkcyjnej, wraz z jej zespołem, (który składał się głównie z kobiet) zdecydowały się nagrywać podczas przedłużonego weekendu wynikającego ze Święta Pracy, z odpowiednio opustoszałym Los Angeles jako scenerią. Upiornie ciche miasto było idealne dla nagrywania upadku ludzkości w wersji oszczędnej.

„'YOYO' narodziło się z najprostszej chęci zrobienia czegoś. Jeśli to było złe, to moja wina, jeśli dobre - to także moja wina", mówi Delaney. Mimo wszystko, wierzy, że „'YOYO' to historia o odnajdywaniu więzi między ludźmi, koniec kropka". Jest także o różnych sposobach radzenia sobie z życiowymi traumami, na równi z tymi olbrzymimi, jak i mniejszymi. „Każdy ma prawo lamentować i radzić sobie bądź nie radzić ze sprawami na swój własny sposób. Myślę, że o to walczy postać Sophie. Odebrano jej dużą część życia, więc skupia się na dziewictwie; to pojedynczy problem, którym może zająć głowę. Z kolei Martin miał okazję doświadczyć tych wszystkich pięknych rzeczy, na co ona mówi: Dlaczego ja nie mogę mieć swojej opowieści? Wszyscy jej szukamy".

Jaką historię opowie nam Delaney jako następną? Aktualnie pracuje ona nad komedią Netflixa i rozwija dla kanału TBS swój własny serial animowany z Elizabeth Olsen w roli głównej oraz Danem Harmonem i Lesley Arfin jako producentami wykonawczymi. Biorąc jednak pod uwagę jej poprzednie trzy projekty, poruszające temat miłości, utraty i apokalipsy, możemy tylko dywagować, jakie tematy poruszy w kolejnych.

Kredyty


Tekst: Emily Kirkpatrick

Tagged:
YoYo
Kultura
Nicole Delaney