nowy film z lily collins pokazuje, że trzeba otwarcie mówić o zaburzeniach odżywiania

Aktorka opowiada o „Aż do kości” – nowej produkcji Netflixa o dwudziestolatce cierpiącej na anoreksję, mierzącej się z oczekiwaniami rodziny.

tekst Ryan White
|
18 Lipiec 2017, 7:55am

Still via YouTube

Tekst pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

Zgodnie z trendem, by otwarcie mówić w filmach na tematy należące wcześniej do sfery tabu (jak na przykład samobójstwo w „Trzynaście powodów" lub gwałt w „iBoy"), nadeszła pora na realistyczne pokazanie zaburzeń odżywiania. Zdecydowanie zbyt często można usłyszeć dowcipy uderzające w szczupłe modelki lub niepewne siebie nastolatki. Co więcej, sposób przedstawienia anoreksji i bulimii w kinie pozostawia wiele do życzenia. Ostatni film Netflixa, „Aż do kości", zainspirowany jest doświadczeniami reżyserki, Marti Nixton, i pokazuje drogę 20-letniej Ellen (zagranej przez Lily Collins), mierzącej się z kolejnymi nieskutecznymi terapiami, by wreszcie odnaleźć nadzieję w specjalnym domu, prowadzonym przez lekarza o niekonwencjonalnych metodach.

Skoro film dostępny jest od dzisiaj na platformie streamingowej, postanowiliśmy porozmawiać z Lily o sztuce zachowania równowagi między grą aktorską a rzeczywistym światem, o tym, dlaczego trzeba mówić o zaburzeniach odżywiania, oraz o presji idealnej sylwetki w świecie kinematografii.

Co skłoniło cię do pracy nad „Aż do kości"?

Akurat tydzień wcześniej skończyłam rozdział o moich zaburzeniach odżywiania w autobiografii, którą piszę, więc synchronizacja czasowa była naprawdę zastanawiająca. Przeczytałam scenariusz i zakochałam się w nim; to było zupełnie instynktowne.

Jak wspomniałaś, sama publicznie mówisz o swoich doświadczeniach z anoreksją. Czy znalazłaś jakieś punkty wspólne między tobą a graną przez ciebie Ellen, kiedy czytałaś scenariusz?

Tak, było dość dużo cech, z którymi mogłabym się utożsamić. Czytałam wcześniej swój pamiętnik, by napisać ten trudny rozdział mojej książki, więc wszystko to było żywe w moim umyśle. Wiele rzeczy w scenariuszu było zdumiewająco podobnych do tego, co wcześniej przeżyłam. Na szczęście realizacja tego projektu z kimś, kto także miał podobne problemy, sprawiła że atmosfera na planie była bardzo zdrowa.

Mogłam odnieść swoją historię do przeżyć reżyserki Marti Nixon na wiele sposobów; czułam też na tyle duże zaufanie, by opowiedzieć jej o swoich problemach. Nie, żeby scenariusz się znacznie zmienił, ale pojawiły się pewne modyfikacje w niuansach, a ona była ogromnie otwarta, by słuchać o moich doświadczeniach i przekuwać to we współpracę. Postarałam się więc włożyć w to tyle siebie, ile tylko było to możliwe.

Dlaczego zdecydowałaś się niedawno wypowiedzieć na temat zaburzeń odżywiania?

Pisałam książkę, o której wspomniałam, i wiedziałam że pojawią się tam wszystkie te rzeczy, o których młodzi ludzie wstydzą bądź boją się mówić. Gdy zorientują się, że nie zmagają się z tym jako jedyni, może to doprowadzić do naprawdę ważnego dialogu. Jednym z tych tematów była moja walka z zaburzeniami odżywiania. Zorientowałam się, że jeśli nie teraz, to kiedy mam o tym napisać? Nie chciałam, by w jakikolwiek sposób wpłynęło to na moją przyszłość. Wiedziałam, że nie będzie na to lepszego momentu.

Przygotowanie do roli musiało być dla ciebie bardzo trudne, bo koniecznym było do pewnego stopnia odcięcie się od twoich doświadczeń. Jak udało ci się przyjąć ten sposób myślenia, bez jednocześnie angażowania się zbyt głęboko?

Spotkałam się z grupą osób cierpiących na anoreksję, gdzie poszłyśmy z Marti porozmawiać z terapeutami i młodymi dziewczynami podczas leczenia. Spotkałam się też z szefem kliniki leczenia zaburzeń odżywiania w Kalifornii, który zaskoczył mnie ilością medycznych faktów na ten temat. Pracowałam z dietetykiem, by nieco schudnąć, ale nie miałam w głowie magicznej cyferki na wadze, do której chciałam dojść. Cały czas zachowuję kontrolę nad filmem i rzeczywistością. Przyznaję, to było ciężkie, ale zrobiłam to dla większego dobra.

Nie było chwili, żebyś poczuła, że porywasz się z motyką na słońce?

Nie, ponieważ czułam ogromną potrzebę opowiedzenia tej historii. Nie tylko dla Marti, ale także dla mnie samej. Wiedziałam, że ta szesnastolatka we mnie tego potrzebuje - i jestem dumna, że mogłam to zrobić w ten sposób.

Otwarte mówienie o zaburzeniach odżywiania wciąż nie jest popularne na ekranach.

Nie, faktycznie - to jest pierwszy pełnometrażowy film w Internecie, choć oczywiście temat ten był poruszany w telewizji.

Chodziło mi raczej o to, że jedyną bohaterką o realistycznie przedstawionych zaburzeniach odżywiania, która przychodzi mi na myśl, jest Cassie ze Skinsów. Dla wielu ludzi około dwudziestki, może trochę starszych, to była naprawdę ważna postać. Czujesz jakieś powiązanie z nią?

Tak, kocham Skinsów, to było naprawdę dobre oddanie młodości. Do tego serialu było bardzo łatwo odnieść się całym grupom osób; to sposób, by dotrzeć do różnych środowisk. Zwłaszcza, że robi to Netflix - możesz obejrzeć ten film w komfortowym otoczeniu swojej sypialni. Wierzę, że możemy w ten sposób zwrócić uwagę na problem na nowo.

Podobnie jak w Skinsach, jest też element czarnego humoru.

I to w bardzo dużym stopniu, co jest cudowne! Marti umie go wprowadzić w idealny sposób we wszystkich swoich produkcjach. Znam tę chorobę bardzo dobrze i wiem że czarny humor to sposób na zdystansowanie się od tych kwestii na pewien sposób. W życiu wszyscy potrzebujemy śmiechu, by przetrwać gorsze dni. Oczywiście, na początku może to być lekko niezrozumiałe, gdy bierzesz równie poważny temat i pokazujesz jego zabawne strony, ale to także sposób, by dodać aspekt rozrywki.

Dzięki temu jest bardziej przystępny.

Dokładnie. Chcemy nauczyć czegoś ludzi, ale nie chcemy, by był to wykład.

Jakie historie wydają się tobie, jako młodej aktorce, warte opowiedzenia na ekranie?

Istnieje inny film, który zrealizowałam z Netflixem, „Okja", także całkiem kontrowersyjny - w kwestiach politycznych, środowiskowych i dotyczących odżywiania. Wywołał wiele kontrowersji i rozmów i myślę, że to jest bardzo ważny aspekt w filmach - stymulowanie dialogu. Nawet jeśli nie zgadzasz sie z bohaterami, to sposób, by wyprowadzić dany temat ze strefy tabu.

Trzeba przyznać, Netflix nie boi się podjąć ryzyka, dotykając tych tematów. Zrobienie serialu o samobójstwie, „Trzynaście powodów", to był naprawdę odważny ruch. Myślę, że aktualnie następuje zmiana w mediach: zaczynamy mówić o rzeczach, które wcześniej zamiatane były pod dywan. Netflix bierze elementy kina niezależnego i wprowadza je do mainstreamu. 

Jak powiedziałaś, mierzyłaś się z wieloma problemami tego typu jako nastolatka. Ale czy jako aktorka w Hollywood, grająca w filmowych hitach, również czujesz głęboką presję, by zachować pewien oczekiwany wygląd?

Myślę, że zaszła naprawdę duża zmiana w kwestiach opowiadania o naszych lękach i doświadczeniach. Nie tylko ja, ale dużo innych mężczyzn i kobiet w przemyśle filmowym mówi wprost o ich problemach z fizycznością i naciskiem w tym zakresie. To z kolei sprawia, że aktorzy są bardziej ludzcy - i prowadzi do tego, że zastanawiamy się głośno, czym jest perfekcja, a czym normalność, by docierać do większych rzesz ludzi. Kiedyś sama chciałam być idealna, ale czym jest tak naprawdę ideał? On nie istnieje. Jeśli spędzimy mniej czasu na dążeniu do nieosiągalnego, a więcej na czynieniu z nas lepszych wersji samych siebie, będziemy szczęśliwsi.

Jak sądzisz, jakie wnioski widzowie wyciągną po seansie „Aż do kości"?

To, że proszenie o pomoc nie jest słabością i to, że gdy tylko powiesz głośno o swoich problemach i podzielisz się czymś trudnym, będziesz zdumiony jak wielu ludzi może się do tego odnieść i sprawić, że poczujesz się mniej samotny. Wierzę, że gdybyśmy wszyscy byli bardziej szczerzy, istniałoby więcej możliwości dialogu i pojawiłaby się szansa na zmianę. Jestem przekonana, że musimy pracować nad tym, jak społeczeństwo widzi zdrowie psychiczne; sądzę, że „Aż do kości" to już mały krok w tym kierunku.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Ryan White

Tagged:
Netflix
serial
Newsy
Kultura
anoreksja
zaburzenia odżywiania
lily collins
aż do kości