najlepsze filmy do skręta

W klasykach z lat 90. głupkowaci bohaterowie po prostu robią głupie rzeczy. Historia (rozwijająca się jak nieskładne myśli upalonego lenia) nie jest tak ważna, jak sam haj i zabawa.

tekst Oliver Lunn
|
24 Styczeń 2017, 3:45pm

Filmy dla miłośników marihuany nie były w latach 90. nowością — powstawały przecież od dekad. W latach 60. nastolatki z czerwonymi oczami siedziały na nocnych seansach „2001: Odysei kosmicznej" Kubricka, przyciągane do psychodelicznych obrazów, jak ćmy do światła. Gapiły się na kontrkulturową „Podróż" z 1967 roku i produkcje sci-fi, jak „Odmienne stany świadomości" z 1980. Te filmy nie opowiadały o palaczach, ale były dla idealne dla tych, którzy lubią się drapać po brodzie i rozważać, jak nieistotna jest rasa ludzka.

W latach 90. — które można uważać za złotą erę filmów dla palaczy — to właśnie oni zostali głównymi bohaterami, a ich pretensjonalność była parodiowana dla beki. Nastała wtedy dekada obiboka. W klasykach z lat 90. głupkowaci bohaterowie po prostu robią głupie rzeczy. Historia (rozwijająca się jak nieskładne myśli upalonego lenia) nie jest tak ważna, jak sam haj i zabawa. Jeden z takich filmów powstał 20 lat temu. W „Bongwater" wystąpili Luke Wilson i Brittany Murphy, a ich zenowa podróż jest idealnym przykładem tego, co mam na myśli. Dlatego od niego zaczniemy.

„Bongwater"
„Bongwater" to film o obiboku, palaczu marihuany i komedia romantyczna w jednym. Znajdziecie tu głębokie dialogi na temat szatana, aniołów i diabłów, pojawia się też statek kosmiczny. Do tego jakiś typek okropnie gra na sitarze obok stołu, na którym stoi bongo, puste butelki i pełne po brzegi popielniczki. Luke Wilson gra usychającego z miłości dilera i aspirującego artystę, którego życie zmienia się, gdy zakochuje się w Serenie (Alicia Witt). Jego życie jest nudne („Przeważnie nie wychodzę, to ludzie przychodzą do mnie"), dopóki nie pojawia się ona. Gdy dziewczyna później wyjeżdża do Nowego Jorku, diler rusza na poszukiwanie magicznych grzybków z Brittany Murphy i śpiewa przy ognisku z ekipą Jacka Blacka. Całość jest trochę dziwna, ale wtedy przypominacie sobie, że to przecież film dla palaczy i właśnie taki ma być. Co najlepsze (poza latającym spodkiem oczywiście) podczas seansu można bawić się w wyłapywanie znajomych twarzy z lat 90. — takich jak Elton z „Clueless" i sprzedawca z wypożyczali wideo w „Krzyku".

„Żółtodzioby"
Kolesie z „Żółtodziobów" nie robią praktycznie nic, by obalić stereotypy dotyczące palaczy. Nie mają aspiracji, motywacji ani szarych komórek i rozmawiają jak 12-letni chłopcy w drodze do szkoły (nie oszukujmy się, wiele w tym prawdy). O czym opowiada film? Grupa przyjaciół sprzedaje zioło, żeby zebrać pieniądze na kaucję dla kolegi, który niechcący zabił konia z cukrzycą. Przy okazji palą skręty i o tym też rozmawiają. Gdy na zmianę zaciągają się ze swojego „Billy'ego Bonga Thorntona", widzą gigantyczne batoniki i napoje, a potem łapią gastro i rozmawiają jedynie o możliwościach zaspokojeniu apetytu. Dave Chappelle jest gwiazdą tej szalonej opowieści, ale w ciągu kilku sekund na ekranie przyćmiewają go dwie legendy: Willie Nelson i Snoop Dogg. Bez niespodzianek.

„Big Lebowski"
Chyba nikogo nie dziwi, że Koleś stał się ikoną wśród koneserów marihuany. Obibok w kapciach i szlafroku z obsesją na punkcie kręgli jest tak wyluzowany, że nawet nie wie, jaki mamy dzień tygodnia. Obchodzą go tylko kręglarskie mistrzostwa. No i może drink Biały Rosjanin. I dywan. Uroczy nierób jest osią pokręconej historii braci Coen, która zaczyna się od nasikania na dywan. Wszystkie postaci wyglądają jak wyrwane z filmu Felliniego: niezrównoważony weteran wojny w Wietnamie, feministyczna malarka, magnat branży porno, podróba zespołu Kraftwerk (nazwana Autobahn). Dorzućcie do tego kilka snów z Saddamem Husseinem na kręgielni, latającymi dywanami i sekwencjami tanecznymi w stylu choreografa starego Hollywood, Busby'ego Berkeleya — nic dziwnego, że wszyscy uwielbiają Lebowskiego. Klasyk!

„Super balanga"
Na plakacie do tego filmu znajduje się absurdalny cytat: „Lepszy niż 'Uczniowska balanga'". Ktokolwiek to wymyślił, musiał zażyć coś mocniejszego. „Super balanga" z pewnością nie jest lepsza od filmu Linklatera, ale rozumiem to porównanie. Akcja obu rozgrywa się w latach 70., a głównymi bohaterami są długowłosi straceńcy, jeżdżący nocą po mieście do dźwięku płyt Black Sabbath, desperacko pragnący się ujarać i „zaliczać laski". To w zasadzie wszystko, co musicie wiedzieć o „Super balandze". Protagoniści jeżdżą po przedmieściach Los Angeles w gównianym samochodzie z wielką gałką oczną namalowaną na boku. Przy okazji wykłócają się czy Blue Öyster Cult to muzyka dla lamusów. To nastoletnia definicja amerykańskiego snu — co znaczy, że będziecie mieć sporo materiału do przewracania oczami. Jednym z takich momentów jest dziwna parodia „Odysei kosmicznej", w której rudy nastolatek pije z butelki dla niemowlaków. Tak, zabawne, ale jednak to nie to samo, co „Uczniowska balanga".

„Zręczne ręce"
W tym filmie znajdziecie wszystkie typowe elementy filmu o palaczu. Puszczający kłęby dymu protagonista w różowych kapciach całymi dniami drapie się po jajach jak Lebowski. Jego wymarzony scenariusz na życie to „leżenie i oglądanie telewizji, podczas gdy jakaś gorąca laska przynosi mi żarcie". Nie dajcie się zwieść pozorom: to również krwawy horror dla nastolatków, który przypomina posrany koszmar — albo raczej najmroczniejszego tripa. Upalony Anton z przedmieścia (Devon Sawa znany z teledysku „Stan" Eminema!) żyje sobie spokojnie, kiedy nagle w niewyjaśnionych okolicznościach jego prawą rękę opanowują mordercze żądze. Może to przez zioło? Ręka zabija jego dwóch najlepszych przyjaciół, a potem próbuje uśmiercić dziewczynę z sąsiedztwa, w której się podkochuje (Jessica Alba). Pod koniec filmu na halloweenowej szkolnej imprezie ręka dorywa frontmena The Offspring w połowie piosenki. Może jednak lepiej nie oglądać tego na haju.

„Patrz, czuwaj, ucz się"
Plakat tego filmu mówi wszystko: chłopak wprost po rozdaniu dyplomów ma na głowie pudełko po pizzy, na którym leży zgnieciona puszka po piwie, kapsle, pet i resztki pizzy. Właśnie tak wyglądają studia. W filmie elegancki absolwencik odwiedza Port Chester University, by zasmakować życia w miasteczku akademickim. Znajduje tam upalonych kolesi, skejtów i dziwne odłamy, jak „kobiecistki" (radykalne feministki, które narzekają na teledyski Madonny i wyzywają „partię penisów" na kampusie) oraz Jama (rozpadające się bractwo pełne straceńców). Świeżak szuka swojego miejsca w tym chaosie i dowiaduje się najświętszej prawdy o wyższej edukacji: to jedna, wielka, 3-letnia impreza — ale to już pewnie znacie z własnego doświadczenia. Co jest w tym filmie najlepsze? Młody Jon Favreau z dredami (Hogan z „Iron Mana"), który popełnia największą gafę świata i idzie na koncert w koszulce grającego właśnie zespołu. Jego przyjaciel mówi mu dokładnie to, co wszyscy myślimy — „Nie rób tego".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

@OliverLunn

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Oliver Lunn

Tagged:
Marihuana
komedia
Kultura
lata 90.
skręt
bongo