disco ponad wszystko

Wspominamy ostatnie chwile ery disco zatrzymane na czarno-białych fotografiach.

|
09 Luty 2017, 5:10pm

„Muzyka dosłownie wprawiała organy wewnętrzne w drganie", Bill Bernstein mówi, opisując nagłośnienie w Studiu 54. Głośniki — zaprojektowane przez legendarnego dźwiękowca, Richarda Longa —były podobno ukształtowane tak, by tancerze czuli basy całym ciałem.

Bernsteinowi po raz pierwszy udało się wejść do Studia 54 w grudniu 1977 roku. Był wtedy fotografem-freelancerem, pracującym na zlecenie The Village Voice. Był po dwudziestce i gdy wcześniej próbował dostać się do środka, nie zrobił wrażenia na bramkarzu. Tego wieczoru miał sfotografować bankiet na cześć matki prezydenta Cartera, Lillian. Gdy uprzątnięto już stoły i zaczęli się schodzić stali bywalcy, Bernstein postanowił zostać w środku z ciekawości — myślał, że już nigdy nie uda mu się wrócić.

„Ta noc otworzyła mi oczy, bardzo szeroko", mówi. „Tłum, który przyszedł był niesamowitą mieszanką ludzi, nikogo nie wykluczano. Nie stali w klikach po kątach, wszyscy się wymieszali, tańczyli i bawili się razem".

W ciągu dwóch kolejnych lat Bernstein odwiedził około 26 klubów disco w Nowym Jorku, New Jersey i na Long Island. Uchwycił błyszczące tłumy w Le Clique, Hurrah i Xenon na Manhattanie oraz w legendarnym Ice Palace na Fire Island. Jego zdjęcia pokazują akrobatów latających pod sufitami w GG's Barnum Club, legendarnego DJ-a Larry'ego Levana w Paradise Garage, skórzane kanapy w Studiu 54, a w każdym zakątku widać imprezowiczów w ciasnych spodniach. „Pod całą tą otoczką i kulami dyskotekowymi, a nawet muzyką, kryło się coś więcej", mówi. „Istny zwycięski taniec społeczności LGBT+ po Stonewall, ruchu kobiet, Afroamerykanów i Latynosów, w imię równouprawnienia. Jakby mówili: 'Udało nam się, oto jesteśmy, a teraz świetnie się bawimy!'".

Wystawa „Night Fever: New York Disco 1977-1979, The Bill Bernstein Photographs" (Gorączka nocy: nowojorskie disco 1977-1979, zdjęcia Billa Bernsteina) w Muzeum Seksu w Nowym Jorku pokazuje pozytywne podejście do seksu oraz wspólnotę na parkiecie. W wielkiej, klubowej sali zawisły zdjęcia Bernsteina z książki „Disco". Znajdziecie tam nawet dudniące głośniki Richarda Longa.

Jaką reputację miało disco, gdy zacząłeś je uwieczniać pod koniec 1977 roku?
Postrzegano je jako chwilowy trend, który zaraz przeminie. Ale w ciągu lat 70. disco szerzyło się w undergroundzie. Trzeba się teraz temu przyjrzeć i przypomnieć sobie tę ideę wspólnoty. Nowy Jork był w fatalnym stanie gospodarczym, szalała homofobia, nie akceptowano transpłciowych ludzi — byli postrzegani jako wyjątki, a nawet odmieńcy. Powstawały jednak wyjątkowe miejsca, do których mógł pójść każdy, bez względu na kolor skóry czy orientację. Zabawa i taniec były niepowtarzalne. Po prostu niezwykłe czasy.

Niedawno przeczytałem w niemieckim Rolling Stone artykuł o disco, zilustrowany zdjęciami z mojej książki. Opowiadał o początkach kultury disco za III Rzeszy, podziemiu dla ludzi, którzy nienawidzili nazizmu. Miejscu, w którym mogli się po prostu rozluźnić i wyszaleć. To było bardzo podobne zjawisko, próba ucieczki od rzeczywistości. Demokratyczne, niewykluczające środowisko, w którym się imprezowało.

Po „Gorączce sobotniej nocy" w grudniu 1977 roku disco trafiło do głównego nurtu. Nagle wyszło z podziemia, pojawiły się takie miejsca jak The Loft (prowadzony przez niedawno zmarłego Davida Mancuso) i The Gallery z Nickym Siano, który potem został pierwszym DJ-em w Studio 54. Studio 54 było pierwszym klubem disco na scenie. Oczywiście przeszedł do legendy! To nie była jedyna taka dyskoteka w mieście, ale pierwsza do której poszedłem. Sfotografowałem różne kluby, które wtedy działały.

Jak wybierałeś kluby i terminy?
Nie chodziłem na specjalne wydarzenia. Moim zdaniem wtedy chodzili tam celebryci. Bardziej fascynowali mnie ludzie, którzy nimi nie byli, ale przechodzili niezwykłą metamorfozę na jedną noc.

Kogo na przykład tam poznałeś i sfotografowałeś?
Rollerenę ze Studia 54 i Xenon — była po prostu wszędzie. Słyszałem, że za dnia pracowała jako maklerka na Wall Street, a wieczorem zmieniała się w magiczną księżniczkę na wrotkach. Była istotną częścią kultury klubowej i środowiska West Village. Była tam też 76-letnia Disco Sally. Jej mąż zmarł i złamało jej to serce. Pewnej nocy postanowiła wyjść do klubu i od tamtej pory regularnie pojawiała się w Xenonie i Studiu 54. Odrodziła się. Często widywałem parę z okładki mojej książki. Byli niemal jak performerzy. Kiedyś przebrali się jak na safari i postawili namiot na środku Studia 54.

Czy już w 1977 roku jasne było, że era disco ma wyznaczoną datę przydatności?
Nie wiedziałem co się wydarzy. Myślałem: „Ile jeszcze to może się rozwijać?". Przez kilka lat to było po prostu wszystko, czego ludzie chcieli. W radiu grali tylko disco. Rock'n'roll zdobywał popularność w tym samym czasie, ale disco było czymś więcej. Zupełnym przypadkiem idealnie się wstrzeliłem w ten okres — Studio 54 otworzyło się w 1977 roku i zamknęło w 1979. Właśnie wtedy fotografowałem. Studio 54 nie było jedynym miejscem na disco imprezy, ale napędzał to wszystko. Myślę, że punktem zwrotnym w historii disco była epidemia AIDS. Gdy zacząłem robić zdjęcia w dyskotekach, nazywało się to „rakiem gejów". Ludzie rozmawiali o tym, ich znajomi umierali na tę chorobę, coś się działo, ale wszystko było zagadką. Potem wreszcie koło 1981 roku ogłosili, że to wirus. Wybuchła panika, że można się zarazić przez ślinę podczas rozmowy albo przez uścisk spoconej dłoni. Wtedy imprezy się zmieniły. Nadal trwały, ale już nie były takie jak wcześniej.  

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Jak myślisz, z jakiego jeszcze powodu disco umarło w latach 80.?
Pojawiła się słynna już kulturowa krytyka samej muzyki z nocą zniszczeń na stadionie Comiskey Park w Chicago, gdzie ludzie palili swoje płyty z disco. Myślę, że mieli dość i chcieli wrócić do rock'n'rolla. Wszystkie stacje nagle przestały go grać i zamiast tego puszczały disco przez parę lat, ze względów czysto ekonomicznych. Ale ludzie się znudzili. Jak z hula hop, wiecie? Po chwili myślicie sobie: „Ok, starczy". Choć oczywiście było to kulturowo i społecznie o wiele ważniejsze od hula hop.

Jak w porównaniu do tego ducha wspólnoty i postępowości wypada współczesny klimat polityczny?
Gdy moja książka ukazała się w 2015 roku, w Stanach właśnie zalegalizowano związki małżeńskie dla par jednopłciowych. Rozmawialiśmy też o kontrowersyjnej fladze konfederacji, którą często wywiesza się na południu. Transpłciowi ludzie zostali przyjęci do wojska. Działo się to wszystko. Rzeczy, które zadziwiały mnie w latach 70., nagle stały się częścią naszej kultury. Myślę, że zawsze gdy dzieje się coś takiego, pojawia się ostry sprzeciw. Tego właśnie teraz po części doświadczamy. Sądzę jednak, że większość ludzi chce być tolerancyjna, pragnie akceptacji. To w końcu zwycięży.

„Night Fever: New York Disco 1977-1979, The Bill Bernstein Photographs" można podziwiać w Muzeum Seksu do 19 lutego 2017 roku.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Alice Newell-Hanson
Zdjęcia: Bill Bernstein