dzień po imprezie

Ludzie wracający z imprezy w obiektywie Richarda Renaldi. Zobacz, jak wygląda niedzielny poranek w Nowym Jorku.

tekst Hannah Ongley
|
14 Listopad 2016, 11:20am

Richard Renaldi pierwszy raz udał się do klubu w wieku 11 lat. Była to dyskoteka w stylu „Gorączki Sobotniej Nocy" w Chicago o nazwie „Zorine's". Po raz pierwszy zetknął się z ociekającym cekinami światem, w którym problemy codzienności nie istniały. Dorastając w przyspieszonym tempie - głównie dzięki new wave'owi, klubom bez ograniczeń wiekowych, starszym chłopakom i wycieczkom do nowojorskiej Danceterii - Richard miał sporo na głowie. Studia na NYU zaczął w 1987 roku, w samym środku epidemii HIV, która szalała wtedy po Nowym Jorku już od sześciu lat. To dzięki undergroundowej scenie imprezowej wielu gejów mogło uciec od ciągłego strachu. Ale w całym tym pięknie i niecodzienności klubów Palladium czy Sound Factory, wszystkich feromonów i poppersów, kryło się coś mrocznego. W pewnym momencie AIDS odebrało życie chłopakowi Richarda i zagroziło jemu samemu. 

Na szczęście Renaldi ocalał dzięki nowej metodzie leczenia. Wtedy postanowił rzucić pracę jako wizualny researcher, zajął się własną fotografią, i rzucił clubbing. Kiedy poznał nowego chłopaka, a jego optymizm i nadzieja na lepszą przyszłość odżyły, wrócił do imprezowania. „Granice rasy, płci i seksualności zawsze były bardziej płynne wewnątrz klubów, niż pozwalała na to polityka poza nimi", pisze we wstępie do „Manhattan Sunday", swojego nowego albumu składającego się z czarno-białych fotografii zrobionych przed nowojorskimi klubami (choć niekiedy też wewnątrz) w niedzielne poranki. „Stopień swobody oraz inne małe oznaki mody i zachowań sugerują coś, co wkrótce być może pojawi się wszędzie - ekstrawaganckie, inspirowane dynastią Burbonów drag-bale Susanne Bartsch w klubie Copacabana w latach 80. i 90. czy współczesne, poliseksualne i tolerancyjne imprezy Holy Mountain, których gospodynią jest genderfluidowa Ladyfag. Tego typu imprezy są przeważnie zwiastunami zmiany". Spotkaliśmy się z fotografem, żeby pogadać o nostalgii, sile imprezowania i niedzielach na Manhattanie. 

Dlaczego w tej serii postawiłeś na czerń i biel?
Chodziło o przekazania pałeczki kolejnemu pokoleniu imprezowiczów. Często się słyszy: „Kiedyś kluby były lepsze", ale moim zdaniem istnieje pewna ciągłość, łącząca Studio 54 z Paradise Garage i Sound Factory, aż po Roxy czy Cielo ze wczesnych lat 2000. Teraz wszystko przenosi się w stronę Brooklynu - mamy tam Output i inne miejsca, imprezy Ladyfag - są naprawdę fantastyczne. Ludzie myślą: „wszystko było lepsze, kiedy byłem młody". To dlatego, że po prostu wtedy imprezowali. Czarno-białe zdjęcia są nostalgiczne i ponadczasowe, myślę że trafnie obrazują to zjawisko. Kolejnym powodem była nowojorska sceneria. Chciałem pokazać zarówno prostotę jak i okazałość miasta. 

Kiedy byłeś młodszy, sporo imprezowałeś. Nadal to robisz?
Tak, uwielbiam to. Jasne, nie baluję aż tyle co kiedyś, ale przez ten projekt imprezowałem jeszcze więcej. Szczególnie kiedy zacząłem fotografować we wnętrzu klubów, jakieś 16 miesięcy temu. Kiedy projekt był w fazie wstępnej, myślałem przede wszystkim o ludziach, którzy bawili się w klubie, a następnie wkraczają w strefę niedzielnego poranka - strefę bezludną i opustoszałą, jak gdyby miasto przyhamowało. Do klubów wszedłem dopiero kiedy zacząłem myśleć o sekwencji i narracji albumu. To zmieniło mój styl fotografii, chciałem zrobić coś nieco bardziej nastrojowego niż typowa fotografia klubowa. Zdecydowałem się więc na długi czas ekspozycji przy zastanym świetle i wykorzystanie aparatu wielkoformatowego. Pomysł był trochę szalony bo istniało ryzyko, że wszystko się przewróci, albo ludzie potkną się o sprzęt.

Jak różni się od siebie fotografowanie w klubach od zdjęć na zewnątrz? Czy starasz się pokazać przeciwstawne nastroje?
Nie są aż tak przeciwstawne. W klubie panuje atmosfera stylu, wszyscy są dobrze ubrani i świetnie się bawią. Ci, którzy wychodzą, emanują aurą spokoju, na pewno nie myślą: „Matko, wyglądam tragicznie". Często pojawia się też przestrzeń przejściowa, pomiędzy zaciemnionym klubem a światłem - stąd poczucie spokoju. Oczywiście, masz ochotę założyć okulary przeciwsłoneczne. Ale nikt nie jest upity i nikt się nie zatacza, ludzie nie wychodzą zniszczeni. Są tylko nieco zmęczeni lub opadają z sił. Chyba że wciąż są wczuci. Na paru zdjęciach ludzie poruszają się, jakby wciąż czuli energię klubu.

Czy prace nad albumem napawały cię nostalgią za czasami młodości, czy czułeś raczej podniecenie przyszłością? Czy te uczucia są sprzeczne, czy raczej współistnieją?
Tak jak ze wszystkim. Wszystko w swoim czasie. Uczucia związane z widywaniem tych samych ludzi i dorastaniem w tych miejscach przez lata - one się nie zmieniają. Zmieniają się przestrzenie, zmienia się atmosfera Nowego Jorku. Dziś już niełatwo stworzyć megaklub - zamknięto Roseland Ballroom, zamknięto The Palladium. Są ofiarami stałego ciśnienia, żeby budować miasto na nowo. Oczywiście, przy takiej ilości budynków zawsze otwiera się coś nowego, ludzie wciąż mają nowe pomysły na imprezy w przeróżnych miejscówkach. Muzyka nieco się zmienia, ale często to kwestia odniesień przez sample i remiksy. W pewnym stopniu kluby są jak ciągły remiks. Oderwanie od zmartwień i odreagowywanie przez taniec i wrażliwość - to się nie zmienia. No i strojenie się - życie nocne to doskonała okazja żeby się pokazać, nieważne czy masz sześciopak czy lubisz się przebierać. Spójrzcie na zdjęcia ze Studio 54, ludzie robili tam to samo, co robią dzisiejsi klubowicze. Zobaczcie zdjęcia z Battle Hymn Ladyfag. Są cudowne.

Niektórzy z tych ludzi musieli być ciekawymi rozmówcami. Jak zazwyczaj wygląda więź między wami?
Czasem to zaledwie przelotne spotkania, a niektórych z nich poznałem lepiej i zawarliśmy znajomości. Kiedy idę na miasto, widuję się ze znajomymi, których sfotografowałem. Na początku książki jest jeden koleś, który przystawia się do drugiego - znam go od lat. To całkiem seksowne. Moi bohaterowie są mieszanką kompletnie obcych i bliskich znajomych czy przyjaciół. Tym właśnie nowy album różni się od wszystkich, które dotychczas zrobiłem. Te wgląd w świat, w którym sam się częściowo znajduję. Świat fotografii czy sztuki jest dosyć hermetyczny, czasem przypomina dyskusję w bardzo małym gronie.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Co zazwyczaj zwraca twoją uwagę w bohaterze. Strój czy nastrój?
Myślę że reprezentacja przeróżnych typów ludzi jest dosyć szeroka. Oczywiście, pewne rzeczy przyciągają moją uwagę. Punkowa stylówa, czy ogólnie zadziorny wygląd. Po prostu ludzie z mocną osobowością - patrzysz na nich i myślisz sobie: „Oni mają coś do powiedzenia". Przyciąga mnie moda i ci, po których widać, że przemyśleli swój strój i że przez swoje ubrania wyrażają siebie. Uwielbiam to i chcę to uwiecznić. Niektórzy być może nie są atrakcyjni w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu. W tamtym świecie możesz stworzyć postać i tożsamość opartą na idei szyku. Glamour nie jest domeną jednego konkretnego typu urody. Podoba mi się, że możesz wyjść na imprezę i stworzyć alternatywną wersję samego siebie. Możesz robić co chcesz. W życiu nocnym jest tyle fantazji. 

„Manhattan Sunday" można podziwiać w galerii Benrubi w Nowym Jorku do 23 grudnia. Książkę wyda wkrótce Aperture.

richardrenaldi.com

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst Hannah Ongley
Zdjęcia Richard Renaldi