podmiejskie życie, kameralne dyskoteki i nierówności społeczne

Nominowany do nagrody Pulitzera fotograf przez lata zagłębiał się w życie lokalnych społeczności.

tekst Alice Newell-Hanson
|
19 Grudzień 2016, 5:35pm

Pierwsza fotoksiążka Marka Nevilla został dostarczona do 8 tys. domów w Port Glasgow w Szkocji - i nigdzie indziej. W dawnym stoczniowym miasteczku fotograf spędził rok, dokumentując życie jego mieszkańców w okresie postindustrialnej recesji. Po ukończeniu projektu, stworzył listę członków lokalnego młodzieżowego klubu piłkarskiego, po czym chodził od domu do domu, rozdając albumy bohaterom swoich zdjęć. Dzięki temu chłopcy zarobili wystarczająco dużo, żeby zapłacić za wyjazdy na zagraniczne mecze. Jednak niektórzy mieszkańcy miasteczka nie byli zadowoleni. Pewna protestancka grupa zorganizowała nawet publiczne palenie książki tuż obok siedziby klubu Katolików. 

To było w 2005 roku. Od tamtej pory, Neville podjął się wielu projektów, które w podobny sposób pokazywały strudzone społeczności małych miasteczek, a przy tym były dla niego ćwiczeniem z etyki w fotograficznym dokumencie. „Bardzo często albumy trafiają na stoliki do kawy białych członków klasy średniej, takich jak ja", mówi Neville. „Zamiast stolików tych, o których opowiadają". Żeby wypośrodkować hierarchię swoich odbiorców i bohaterów, Neville stara się tworzyć zdjęcia, które nie tylko opowiadają o społecznościach, w które się zagłębia (niekiedy na całe lata), ale są również do nich skierowane. Sposób, w jaki odbiera się jego twórczość, jest dla niego równie istotny co same prace.

Pomiędzy rokiem 2010 a 2012 Neville fotografował mieszkańców Corby, miasta na północy Anglii, dotkniętego toksycznym skażeniem w następstwie likwidacji lokalnej huty stali. Wszystkie kopie albumu, który nazwał „Deeds Not Words" (czyny nie słowa), rozesłał do 433 przedstawicieli lokalnej administracji, próbując zmienić angielską politykę utylizacji odpadów. W 2012 roku Neville udokumentował rozwarstwienie społeczne pomiędzy dwiema podmiejskimi dzielnicami Pittsburghu, w celu zwrócenia uwagi na nierówności społeczne na tle ekonomicznym i rasowym.

Ten tryptyk dotykający tematyki postindustrialnych społeczności to zaledwie jedna trzecia wszystkich prac zawartych w nowym albumie Nevilla „Fancy Pictures" wydawnictwa Steidl. Jest to jego pierwsza monografia, a do tego pierwsza okazja dla wszystkich spoza fotografowanych społeczności, żeby zobaczyć jego prace.

Zacznijmy od projektu w Pittsburghu. Skąd pomysł, żeby zestawić te dwie dzielnice, Sewickley i Bratton?
Pittsburgh był kiedyś bogaty. Troje z pięciu najbogatszych Amerykanów tam kiedyś mieszkało. Sto lat temu osiedli tam czołowi gracze rewolucji przemysłowej - Carnegie i Mellon. Mieli zachwycające letnie rezydencje, z prywatnymi ogrodami zoologicznymi i tego typu fajerwerkami. Wiele z nich wpadło w ręce potentatów branży online czy słynnych koszykarzy. Sewickley jest nadal bardzo przyjemną okolicą. A wtedy przechodzisz do Braddock i widzisz inną twarz przedmieścia. 

Projekt zleciło muzeum Warhola w Pittsburghu. W 2012 roku, tydzień po tym, jak skończyłem dla magazynu New York Times zlecenie „Here Is London", leciałem do Ameryki. Spędziłem tam pięć miesięcy. Pracowałem dniami i nocami, bez przerwy robiąc zdjęcia. Dostrzegłem skrajności życia w Stanach - wszystkie nierówności społeczne zawsze zdawały się sprowadzać do różnic rasowych. Pierwszej nocy jeździliśmy po okolicy autem. Jakieś cztery razy widziałem, jak policja zatrzymywała kierowców. Za każdym razem policjant był biały, a kierowca czarny. Pomyślałem: „Coś tu nie gra".

Bycie obcokrajowcem ci pomogło czy zaszkodziło?
Bycie „tym innym" jest całkiem przydatne. W pewnym sensie komunikujesz, że nie jesteś częścią niczego, co dzieje się dookoła. W ten sposób stajesz się bezpartyjny. Ciężko pracuję nad relację ze społecznościami, do których wchodzę. Zazwyczaj przeprowadzam się tam, gdzie pracuję. Przenoszę tam całe swoje życie. Staram się mieć dla nich tyle czasu, ile to możliwe. 

U kogo mieszkałeś w Pittsburghu?
Mieszkałem w Sewickley, u rodziny Smithów. Mają własną agencję reklamową. Byli bardzo gościnni. W Sewickley organizują mnóstwo imprez. Mówi się, że tam „rynsztokami płynie whiskey", czy jakoś tam. Nazywają to „wirem Sewickley" - wirem przyjęć i kolacji. Byłem zapraszany na wszystko. W Braddock, biedniejszej części miasta, mieszkałem naprzeciwko jedynej pozostałej huty stali. Jeśli poszlibyście do Braddock w latach 70., zobaczylibyście ulice pełne sklepów, wszyscy mieli pracę. Wraz z upadkiem przemysłu stalowego, wszystko to odeszło w niepamięć. W latach 80. pojawił się problem z narkotykami. Teraz okolica nieco podupadła, a jej populacja jest w dużej mierze afroamerykańska. Z kolei w Sewickley rzadko kiedy widuje się twarze o innym kolorze skóry niż biały. 

Zdjęcia obydwu dzielnic są zestawione - dzięki temu widzimy jak ich społeczności pracują, ubierają się i imprezują. Od początku zależało ci na ukazaniu tych kontrastów, czy wyszły ci one mimochodem?
Projekty z Pittsburgha i Londynu ukazały się jeden po drugim. Były to też jedyne serie, które stworzyłem na potrzeby dużej platformy - jeden z nich ukazał się w New York Times Magazine, a drugi zrobiłem na potrzeby muzeum Andy'ego Warhola. W moich projektach często celuję w konkretnego widza i kontroluję, do kogo zdjęcia docierają. Jednak przy obu projektach miałem świadomość, że nie będę miał wpływu na to, kto zobaczy te prace. Dlatego skupiłem się na ich przekazie. W pewnym sensie musiały być o wiele bardziej agresywne. Wykorzystałem więc te kontrasty - dobierając zdjęcia w pary - i akcentowałem skrajności o wiele bardziej niż kiedykolwiek do tej pory. Mainstream i subkultury, czarni i biali, bogaci i biedni, młodzi i starzy. Wszystkie przeciwieństwa są oczywiste i jeśli zestawi się je w formie wystawy lub albumu, ich przekaz na temat nierówności jest mocny.

Kolejną rzeczą, na którą się zdecydowałem, było wystylizowanie zdjęć na modłę fotografów w Anglii i w Ameryce, którzy dokumentowali te kraje podczas recesji w latach 80. Użyłem archiwalnych kliszy, które sprawiały wrażenie, jakby pochodziły z tamtego okresu. Chciałem je rozjaśnić w taki sposób, żeby przypominały prace Garry'ego Winogranda. W ten sposób stały się w pewnym sensie ponadczasowe, ale w tym samym czasie zawierają delikatną sugestię, że w przeciągu ostatnich 30 czy 40 lat sytuacja społeczna nie uległa znacznej poprawie. Ludzi wciąż dotyka problem rasizmu, nierównej dystrybucji bogactwa. W wielu przypadkach problemy nie tylko pozostały - są wręcz gorsze. Zdjęcia pozwoliły mi w wizualny sposób pokazać te nierówności.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

W jakim stopniu twoje zdjęcia są skonstruowane czy wyreżyserowane?
Bardzo niewielkim. Zazwyczaj przez cztery godziny stoję na krześle w klubie i czekam na doskonałą kompozycję!

Opowiedz o tym, jak zostałeś artystą-rezydentem w Port Glasgow.
Magisterkę robiłem na uniwersytecie Goldsmiths, potem następną na Rijksacademie w Amsterdamie, a licencjat na uniwersytecie w Reading. Byłem więc doskonałym kandydatem na młodego rewolucjonistę, nieprawdaż? Mimo to, nie było mi to pisane. Dlatego razem z moją drugą połówką przenieśliśmy się do Glasgow, gdzie wziąłem udział w publicznym konkursie dla artystów. Miałem już dość podlizywania się typowemu odbiorcy sztuki. Pomyślałem, „Byłoby super gdyby zrobić coś dla innego odbiorcy". Ludzie są na siłę skazywani na sztukę w przestrzeni publicznej. Pomyślałem, że jeśli dam każdemu egzemplarz albumu, przyjęliby oni część inicjatywy. W pewnym sensie byłoby to też autokrytyczne. Od zawsze lubię takie niezręczne podglądactwo - tak jak kiedy oglądam album kogoś takiego jak Martin Parr. Jego bohaterowie są niemalże wykorzystywani - nie mają z albumu żadnych korzyści, a nawet ich nie dostają. Chciałem, żeby moi bohaterowie mieli poczucie własności książki. Mimo to moje odczucia były ambiwalentne. Nie wszystkim album się spodobał.

Spędziłeś rok starając się, żeby wszyscy byli zadowoleni. Jak się poczułeś, widząc takie reakcje?
Boże, byłem strasznie zły. Ale różnorodność reakcji była wspaniała. Z takimi odbiorcami jak klasa robotnicza w Port Glasgow, a nie światem sztuki, nigdy nie wiesz czego się spodziewać. Dzięki temu to doświadczenie było bardzo ludzkie i bardzo prawdziwe.

Kluby i taniec to motyw, który przewija się przez prawie każdy z twoich projektów. Co cię do nich przyciąga?
Wiele rzeczy. Zależy mi na tym, żeby moje zdjęcia były technicznie doskonałe. Chcę uchwycić dramat i emocje - dokładnie to można znaleźć w klubie. Na przykład, okładka albumu z Port Glasgow „Betty Dancing" to nie tylko mocne zdjęcie samo w sobie, ale też ucieleśnienie wszystkich emocji, które czuję do tego projektu - poczucie wspólnoty, świętowania, symboliczny wydźwięk dzielenia się albumem z innymi. W wielu z miast, w których pracuję - zdeindustrializowanych miast - lokalne społeczności przeszły piekło. Mogą zatrudnić cię w piątek, a w poniedziałek splajtować. Przeważa więc tam poczucie, że należy żyć chwilą. Nie ważne, ile masz pieniędzy. Idziesz na miasto, żeby się totalnie nawalić. Generalnie, społeczności, z którymi pracowałem są dosyć rozpite. Sposoby odreagowania stresu i świętowania mówią wiele o tym, kim są ci ludzie. Taniec i kluby są fascynujące. Najważniejsza jest tam wspólnota.

Dlaczego uznałeś, że najwyższy czas wydać wszystkie prace w formie albumu? No i skąd decyzja, żeby upublicznić go wszystkim?
Monografia nie jest pracą artystyczną. Zazwyczaj moje albumy są częścią projektów. Ten jest bardziej jak ankieta. Przede wszystkim jestem artystą. Interesuje mnie dyskusja o reprezentacji, etyce i odbiorcy. Najważniejsze jest umożliwienie dyskusji. Dlatego że moje prace nie są kierowane do świata sztuki, bardzo ciężko jest to osiągnąć, po prostu dlatego, że nikt ich nie widzi! Po dziesięciu latach ciągłej pracy uznałem, że chcę, aby rozmawiano na te tematy. Szerokie upublicznienie albumu tuż po projekcie z Port Glasgow zaprzeczyłoby samej idei mojej pracy. Ale teraz, tyle lat po zakończeniu projektu, sądzę że pora jest odpowiednia. Wszystkie projekty zostały zakończone, teraz nadeszła pora na dyskusję.

„Fancy Pictures" ukazało się przez wydawnictwo Steidl.
steidl.de

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst Alice Newell-Hanson
Zdjęcia Mark Neville, z albumu „Fancy Pictures", wyd. Steidl

Tagged:
Wywiady
zdjęcia
mark neville
fancy pictures