lorde odczarowuje wizerunek szalonej imprezowiczki

Wyjście z domu w poszukiwaniu dobrej zabawy i czegoś, co odwróci naszą uwagę od cierpienia, wcale nie jest łatwe.

|
23 Czerwiec 2017, 1:35pm

Artykuł pierwotnie ukazał się w australijskim wydaniu i-D.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie wiedzieliśmy o nowym albumie Lorde, była bardzo konkretna inspiracja piosenkarki - a mianowicie imprezy. Artystka obiecała, że stworzy płytę na cześć „zabawnych, szemranych domówek w Auckland", których „nie znajdziecie w LA". Po rozpadzie jej związku w 2015 roku wielu spodziewało się bolesnego zapijania smutków złamanego serca, z „czerwonymi kubeczkami i spoconymi ciałami porozrzucanymi dookoła". Zanim w ogóle usłyszeliśmy jakąkolwiek piosenkę z „Melodrama" czuliśmy, że pokaże prawdziwe oblicze stereotypowej imprezowiczki.

W sztuce i muzyce istnieje ogromna przepaść pomiędzy tym, jak postrzegamy mężczyzn i kobiety z drinkiem w dłoni. Od Boba Dylana po Eda Sheerana - wizerunek zagubionego faceta z butelką jest pełen emocji. Ich odniesienia do whisky, wina i bimbru są często postrzegane jako przejaw genialnej kreatywności. Gdy Dylan śpiewał: „Cały świat jest butelką, a życie to tylko kieliszek. Gdy butelka jest pusta, nie jest nic warta", oczami wyobraźni widzieliśmy elegancką destrukcję. Nawet bracia Gallagher z Oasis, którzy słyną ze swoich pijackich wybryków, mogą być postrzegani jako tragiczne i poetyckie postacie przez pryzmat takich kawałków jak „Champagne Supernova" i „Cigarettes And Alcohol".

Kobiety, szczególnie młode, są odbierane zupełnie inaczej, gdy śpiewają o tym, że wypiły trochę za dużo. Wydaje się, że pijane dziewczyny w świecie muzyki chcą tylko imprezować i śpiewać: „tańczyłyśmy na stołach, wypiłyśmy za dużo szotów, chyba się całowałyśmy, ale już nie pamiętam". Od gagów w Saturday Night Live po filmy Judda Apatowa pokazuje się je, jakby bardziej pragnęły wypić następnego szota tequili i zlizać sól z czyjegoś ciała niż próbowały z piwkiem w dłoni snuć filozoficzne rozważania.

Przez to dzieło Lorde jest takie ważne. W trakcie 11 kawałków z „Melodrama" postać imprezowiczki zostaje uwznioślona i uczłowieczona. Piosenkarka nie próbuje wyjaśnić nam, dlaczego 20-latka może chcieć, żeby przyszły do niej przyjaciółki i razem z nią wypiły wszystko, co wpadnie im w ręce. Chce udowodnić, że myśli zaprzątające nasze głowy nie są bełkotem idiotek. Ludzie po kilku drinkach są bardzo szczerzy, dlaczego więc nie nagrać płyty analizującej te mgliste chwile? Z tym mogą utożsamiać się przecież wszyscy. Jak po jej przesłuchaniu stwierdziła jedna z moich przyjaciółek: „Nie jesteśmy tylko dwuwymiarowymi postaciami, które chcą iść na imprezę i machać łapami, jakby nic więcej nas nie obchodziło". To idealnie pasuje do Lorde, która śpiewała już wcześniej, że „ma trochę dosyć słuchania nakazu: 'łapy w górę'".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Miłość i troska, jakimi otacza postać pijanej dziewczyny, są najwyraźniejsze w pierwszej piosence z płyty - „Green Light". Lorde śpiewa w niej: „Maluję się w czyimś samochodzie, zamawiamy różne drinki w tych samych barach". W tych dwóch zdaniach pokazuje bolesny obraz straty i samotności poprzez prostą czynność - upijanie się. Wstawiona dziewczyna jest smutna i przepełniona emocjami, ale nie jest tragiczną postacią.

Później w „Homemade Dynamite" wraca na parkiet, do ludzi, którzy go wypełniają. „Kilku zbuntowanych pilotów lata bez konkretnego celu. Nie znamy się zbyt dobrze, ale myślę, że jesteśmy podobni" - to chyba tekst najlepiej opisujący przelotne znajomości, jakie zawieramy tańcząc na imprezach.

W końcu widzimy też imprezowiczkę po tym, jak kończy grać muzyka. „Ach, jak szybko zleciał ten wieczór. Sprzątam kieliszki po szampanie" - i życie toczy się dalej. Nie śpi gdzieś w kącie, nie leży z kacem. Pod koniec płyty - przy „Perfect Places" - Lorde przypomina nam, że mimo wszystko „nadal ma 19 lat i jest gorąca", a „gdy tańczymy, jest mi dobrze. To tylko kolejna pozbawiona wdzięku noc". Lorde, jak praktycznie każda „imprezowiczka", egzystuje również po wschodzie słońca.

Tak często wmawia się nam, że imprezowanie by pozbyć się bólu to coś złego, jakby to była ostatnia deska ratunku, gdy wszystkie środki zawiodą. Lorde zaznaczyła jednak na portalu Genius, że napisała imprezową płytę, bo nie chciała siedzieć w domu. Jej historia i inne podobne przypadki wcale nie są smutne. Nie są to opowieści o samej stracie, lecz o sile. Wyjście z domu w poszukiwaniu dobrej zabawy i czegoś, co odwróci naszą uwagę od cierpienia, wcale nie jest łatwe. Imprezy nie są wyłącznie szczęśliwymi ani żałosnymi miejscami. To po prostu miejsca, pełne emocji i sprzeczności. To samo można powiedzieć o dziewczynach, które je odwiedzają.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Wendy Syfret
Zdjęcie: kadr z teledysku „Green Light"