Foto via The Cobra Snake

wspaniały rok 2007

To były czasy.

|
26 Luty 2016, 12:45pm

Foto via The Cobra Snake

Czy da się określić, który rok w historii ludzkości był najlepszy? Może to 1969 rok i Festiwal Woodstock? A może pełen przepychu i optymizmu rok 1922, który Francis Scott Fitzgerald opisał w książce „Piękni i przeklęci"?

Moim zdaniem jedyną słuszną odpowiedzią na to pytanie jest 2007. Nie jest to oczywisty wybór: obiektywnie był okropny. To właśnie wtedy w Stanach Zjednoczonych rozpoczął się światowy kryzys finansowy. Nie można bagatelizować skutków tej sytuacji i jej wpływu na miliony ludzi. Ale jeśli w 2007 roku akurat byliście wiecznie spłukanymi studentami, to paradoksalnie znaleźliście się w idealnym miejscu i czasie.

Zdjęcie: Click Click

Okazuje się, że gdy świat się wali, to najlepiej być właśnie studentem. Moi wykładowcy i doradcy zawodowi zmienili podejście, gdy okazało się, że po studiach raczej nie dostanę stałej, dobrze płatnej pracy. Większość studentów ASP pogodziła się z rzeczywistością, a najlepszą strategią było przeczekiwanie — zdobywanie kolejnych dyplomów, do czasu aż ludzie znów zaczną wydawać pieniądze, albo po prostu zaakceptowanie życia pełnego prac dorywczych i apatii.

Nagle wszyscy moi znajomi przestali gadać o planach na najbliższe pięć lat i postanowili, że po prostu wypalą się zawodowo, zanim w ogóle zaczną pracę. Rodzice przestali pytać, co będziemy robić po studiach i nikogo już nie obchodziło, że nie załapaliśmy się na staż w prestiżowej firmie. Znalezienie jakiejkolwiek roboty, z której starczało na czynsz, okazało się nagle niezwykłym osiągnięciem.

Gdy odbierasz ludziom w wieku od 18 do 25 lat jakiekolwiek perspektywy dotyczące życia zawodowego i zarobków, dzieje się coś niezwykłego. Bez presji szukania pracy, zajmujemy się innymi rzeczami. Zaczynamy DJ-ować, kupujemy używane gitary, zakładamy zespoły. Czyli w skrócie, imprezujemy na pełen etat.

Zdjęcie: Click Click

Imprezy z tamtego okresu charakteryzuje pewien rodzaj modnego nihilizmu. Mówiono nam, że nie mamy żadnej przyszłości, więc przestaliśmy się martwić czymkolwiek. To samo podejście prezentowaliśmy, dobierając garderobę i towarzystwo.

Ale to nie tylko rynek się załamał. Nasze popkulturowe idolki również przechodziły ciężkie chwile. Paris Hilton wylądowała w więzieniu, Lindsay Lohan wpadła w wir aresztowań, a Britney Spears zgoliła głowę i zaatakowała samochód paparazzi parasolem. To był dobry czas, żeby uwolnić się i znaleźć nowych bohaterów. Wtedy narodziły się ikony clubbingu - aspirowanie do ich pozycji było pocieszające i osiągalne. Nie mieliśmy perspektyw na dobrą pracę, więc chcieliśmy przynajmniej dobrze się bawić.

Zdjęcie: The Cobra Snake

Rok 2007 był też świetnym okresem dla muzyki. Arcade Fire wydali płytę „Neon Bible", Kanye West „Graduation", a M.I.A. „Kalę". Dla mojej hipsterskiej tożsamości kluczowy okazał się debiutancki album studyjny Justice, zatytułowany „†".

Nie można też zapomnieć o kawałkach takich wykonawców jak Radiohead, The White Stripes, Of Montreal, Black Lips, Liars, Feist, Caribou, Jay Z, Animal Collective i LCD Soundsystem… Oczywiście, co roku wychodzą dobre albumy, ale 2007 był pod tym względem wyjątkowy, bo wszystkie te zupełnie różne kawałki leciały potem w klubie jeden po drugim. DJ-e mogli puścić „1, 2, 3, 4"; „Pop the Glock" i „Good Life" i nikt się nie zastanawiał czy im odbiło albo, czy może ustawili losowe odtwarzanie.

To wtedy ludzie zaczęli puszczać piosenki na imprezach tak, jak w domu. Tanie, niezależne melanże wyparły drogie i ekskluzywne kluby nocne. W ten właśnie sposób rozpoczął się proces rozmywania granic między gatunkami muzycznymi, którym szczęśliwie wciąż trwa.

Zdjęcie: The Cobra Snake

To zabawne, że niegdyś „alternatywne" media rozpisują się dziś o gwiazdach popu, takich jak Justin Bieber i Miley Cyrus, co prowadzi do dyskusji o „spłaszczaniu kultury", bo granica między głównym nurtem a subkulturami jest bardzo cienka, jeśli w ogóle jeszcze istnieje. To właśnie w 2007 roku zaczęliśmy ją zacierać.

Wcześniej imprezy były bardzo hermetyczne, wszyscy wyglądali podobnie. W 2007 roku emo dzieciaki, hipsterzy, punki i modnisie bawili się razem w tych samych klubach. Często dołączali do nich też Katy Perry, Kanye West, Madonna czy Amber Rose.

Pierwszy model iPhone'a ukazał się właśnie w 2007 roku - aparaty w telefonach komórkowych były nowością i robiły rozpikslowane, ciemne zdjęcia. Dlatego gwiazdy mogły się jeszcze bawić w klubie ze zwykłymi śmiertelnikami, bez obaw, że ktoś nagra głupie filmiki i zamieści je w sieci. Obecność bogaczy i ludzi sukcesu wśród społeczności zwykłych zjadaczy chleba dodawała temu zjawisku magii i surrealizmu. Co ciekawego mogło się zdarzyć? Może ktoś wyleje na ciebie shota, a może zatańczysz ze znaną aktorką?

Zdjęcie: The Cobra Snake

Dziewięć lat później wszystko się zmieniło. Znaleźliśmy pracę, piwo zdrożało, a Kanye West urządza własne pokazy mody i imprezy. Oczywiście moje przemyślenia wzięły się z mglistych wspomnień, przefiltrowanych przez nostalgię, ale spytajcie swoich pokręconych znajomych o wspomnienia z 2007 roku - na pewno się rozpromienią.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Wendy Syfret
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska