artur rojek: playlista 12 niezapomnianych koncertów off festivalu

Poprosiliśmy Artura Rojka o przypomnienie najlepszych momentów festiwalu.

|
04 Sierpień 2017, 8:35am

Zdjęcie: Feist

White Birch „Breathe"

2006 — Początek OFFa to był w zasadzie tylko mój nieograniczony entuzjazm. Całej produkcyjnej pracy uczyłem się w trakcie robienia pierwszej edycji festiwalu. Początkowo chciałem wielkich gwiazd w postaci Iana Browna, ale momentalnie okazało się, że kosztują tyle, co budżet całego festiwalu. To zmusiło mnie do poszukiwań ciekawych, nieodkrytych i takich, na których było mnie stać. The White Birch z Norwegii było właśnie takim odkryciem. Ich muzyka była kwintesencją smutku, który w tamtym czasie był dla moich muzycznych zainteresowań najważniejszy. Zespół istniał krótko... Cieszę się, że złapałem ich w idealnym dla ich kariery i chyba ostatnim momencie.

Architecture In Helsinki — „Heart It Races"

2007 — druga edycja OFFa i australijski zespół w małych nikomu nieznanych Mysłowicach - przyznam, że czułem się, jakbym ściągnął na to stare kąpielisko kawałek egzotycznego świata. Jeszcze przed koncertem poszła plotka, że ich fanką jest córka Bruce'a Willisa… Normalnie świat i ludzie. A koncert? Oczywiście był ekstra.

Caribou „Melody Day"

2008 — to był pierwszy raz, kiedy poczułem, że OFF zaczyna być rozpoznawalny w świecie. Festiwal z taką formułą w tamtym czasie to była unikatowa sprawa. Nagle agenci zaczęli o nas zabiegać, a ja miałem coraz większe możliwości w dotarciu do tych, których naprawdę ceniłem. Stąd w line-upie Mogwai, Of Montreal czy Caribou. Ten ostatni zagrał na OFFie swój pierwszy koncert w Polsce, a Dan Snaith zaimponował mi niesamowitą wszechstronnością. Nie dość, że to był kapitalny show na dwie perkusje, a on śpiewał, grał i obsługiwał komputer to dodatkowo działał bez menadżera. Wszystkim zajmował się sam i jako wykształcony matematyk błyszczał uporządkowaniem i dokładnością.

The National „Afraid of Everyone"

2009 — ostatnia edycja w Mysłowicach. The National w świecie uchodził za wschodzącą gwiazdę, ale w Polsce był mało popularny. Ich agent obiecał mi, że przed wakacjami ukaże się płyta, ale finalnie „High Violent" ukazała się blisko rok później. Tak czy inaczej to był ich pierwszy koncert w naszym kraju. Byli tak nierozpoznawalni i skromni, że w Hotelu Trojak, który stanowił zaplecze dla artystów, pani zza lady kazała Bryce'owi Dessnerowi zapłacić za herbatę, bo hasło The National i headliner nic jej nie mówiło.

FM Belfast Underwear"

2010 — na każdej edycji OFFa było mnóstwo koncertów nieznanych artystów, którzy po swoim występie zyskiwali rzeszę wyznawców. Taki był we wcześniejszych latach izraelski Monotonix albo Of Montreal, a potem Gable czy FM Belfast.

Omar Souleyman „Leh Jani"

2011 — podobnie było rok później. Souleyman dopiero co pojawił się w czerwcu na Sonarze. Tam go widziałem po raz pierwszy. Takiej muzyki wcześniej na OFFie nie było. Od razu zacząłem sobie wyobrażać sobie konsternację na twarzach ludzi, którzy wcześniej z tego typu muzyką spotkali się co najwyżej na wakacjach w Egipcie. Również z tego powodu cieszyłem się na jego koncert jak dziecko. Omar nic nie musiał robić, oprócz tego, że czasami podnosił ręce w górę, a czasami je opuszczał, krzycząc „Hejaaaaa" — ludzie byli w szale.

Savages „The Answer"

2012 — podobnie jak w przypadku The National, Savages po tym koncercie wystrzeliły w górę. Na OFFie były tuż po swoim debiucie. Czułem, że te dziewczyny, a zwłaszcza wokalistka mają w sobie coś niesamowitego. Grały w namiocie Trójki. Cieszę się, że zaczynały właśnie u nas...

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

John Talabot feat. Pional Destiny"

2013 - Talabot dzisiaj jest gwiazdą sceny tanecznej. Na OFFie wystąpił w wersji live. Rok później pojawił się kolejny świetny Hiszpan, Pional. W tym numerze razem.

Slowdive Alison"

2014 — My Bloody Valentine, Primal Scream, House Of Love czy Ride kształtowali moje gusta na początku lat 90. i wszyscy grali na OFFie. Myślę, że gdyby nie „Nowhere" Ride'a czy „Screamdelica" Primal Scream byłbym dzisiaj kimś innym. Slowdive w tym towarzystwie był zespołem szczególnym. Dwie z trzech ich płyt, które nagrali, swego czasu katowałem na okrągło. Przy nich strasznie mocno się zakochałem i trwam w tym do dzisiaj... Kiedy grali na OFFie to zwyczajnie się poryczałem.

Run The Jewels Blockbuster Night Part 1"

2015 - idealny moment tuż przed wielką popularnością, która czekała na nich za rogiem. Trzeba mieć szczęście albo tajemną wiedzę. Ja miałem to pierwsze.

Sleaford Mods „Jolly Fucker"

2016 — kiedyś dałbym się pociąć za brytyjską muzykę. Nie uznawałem niczego innego. To było dawno temu. Oasis i ta ich bezczelna rock'n'rollowość, cały ten brit pop i to, że zaczęli porównywać Myslovitz do nich — strasznie mnie to wszystko wkurzało. Dzisiaj patrzę na to inaczej, ale wtedy to szczerze tego nie znosiłem. Brytyjskie bandy wyglądały na takich, co za wszelką cenę chcieli być kolejnymi Stonesami albo Lennonem... Naturalny był dla mnie Mark E Smith albo Bobby Gillespie... Oni nie pozowali. Nawet jeśli Gillespie tańczył jak Jagger, to nie było w tym dla mnie taniego pozerstwa. Coś z tego zostało mi do dzisiaj. Przemawiają do mnie Sleaford Mods, czyli mówiąc krótko: totalne chuligaństwo.

Feist „Century"

2017 - odważny ruch z jej nową płytą. Cenię i cieszę się, że to będzie jej pierwszy raz w Polsce na OFF Festival.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Artur Rojek
Zdjęcie: Feist, via @FeistMusic