​zakochani w nowym jorku

W idealnym mieście miło spędzasz czas, bo na ulicy spotykasz ciekawych i otwartych ludzi, wynajmujesz tanie mieszkanie, masz dostęp do kultury i sztuki na najwyższym poziomie, realizujesz się. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe? Niekoniecznie. To, jak i...

tekst Basia Czyżewska
|
02 Listopad 2015, 9:25am

Eryk Sarniak

Jak się tu znalazłeś, jaki masz cel?
Przyleciałem w 2013 roku bez szczegółowego planu. Uznałem, że mimo iż Warszawa jest super, to mieszkanie całe życie w jednym miejscu okazuje się strasznie ograniczające. Wylądowałem po drugiej stronie Atlantyku z oszczędnościami na parę miesięcy, więc musiałem działać szybko. Oczywiście ciągle wiązałem i wiążę swoje życie z muzyką - sytuacja życiowa nie ma tu decydującego znaczenia. Ale potrzeba budowania dosłownie wszystkiego od nowa - znajomości, pozycji itp. - okazała się bardzo odświeżająca.

Opisz miejsce, w którym mieszkasz?
Stuy na pograniczu z Bushwick. To okolica zamieszkała głównie przez biednych czarnoskórych i Latynosów. Ze względu na niski czynsz przeniosło się tu całe życie artystyczne z Williamsburga, skąd wyparli je bogaci. Te strony są traktowane jako niebezpieczne, ale głównie przez tych, którzy tu nie zaglądają. Od kiedy tu mieszkam, nikt nigdy nawet nie spojrzał na mnie krzywo, ludzie są bardzo serdeczni i mili. Wszystko jest tradycyjnie mocno przesiąknięte hip-hopem - o pobliskim skrzyżowaniu rapował Mos Def w Mathematics, a w budce z kurczakiem wiszą zdjęcia właściciela z Jay Z, który w niej jadał, odwiedzając swą babcię mieszkającą w jednym z pobliskich bloków. Wieczorami odbywa się tu masa często nielegalnych imprez z alternatywnym techno, ściągając wszelakich wariatów i artystów. Aha, od czasu do czasu ktoś kogoś zastrzeli.

Co cię najbardziej zdziwiło na etapie adaptacji?
Na pewno nie spodziewałem się, że mieszka tu aż tylu biednych ludzi, a średni poziom życia jest niższy niż w Warszawie. Ale przecież nikt nikogo nie zmusza, żeby się tu osiedlać. Inną sprawą, która mnie zdziwiła, jest to, że tak tu bezpiecznie. Ponieważ pracuję w tzw. najtlajfie, zdarzało mi się bywać w naprawdę różnych sytuacjach i nigdy nic mi się nie stało. Wręcz odwrotnie - ludzie chętnie sobie pomagają.

Największy stereotyp o Nowym Jorku, który chcesz dla nas obalić?
Greenpoint, sławetna polska dzielnica. Na początku trzymałem się od niej z daleka, bo kojarzyła mi się z wiochą. Ku mojemu zaskoczeniu nasi polonijni rodacy tak samo jak ich kuzyni z kraju poszli jednak do przodu. Dziś Greenpoint to dość droga dzielnica, chwalona za spokój, czystość i dobre jedzenie. Sam bym chętnie tam zamieszkał. Oczywiście niektórych mogą razić witryny pełne swojskich Biedronek, U Tadzia i tandetnych ozdób. Ale dziś to już raczej robi klimat niż siarę. Lubiłem np. restaurację Łomżynianka, która wyglądała jak zajazd na trasie do Białegostoku - z obrusami z falbankami i zdjęciami Ojca Świętego Jana Pawła Wielkiego.

Czego nauczyło cię to miasto i jego mieszkańcy?
Nowojorczycy są wobec siebie praktycznie zawsze mili i jest to niejako obowiązująca tam etykieta. Co zaskakujące: to działa. Chyba nigdy nie widziałem, żeby ktoś kogoś pouczał, jak należy się zachowywać np. na drodze czy w metrze. Nawet jeśli ktoś jest irytujący, nowojorczyk albo tego nie powie, albo powie coś miłego. I tu zaskoczenie: świat się nie zawala! Wszystko działa - po swojemu, ale działa. I daje to zaskakujący rezultat: mimo że przecież tłumienie irytacji nie jest szczere, to jednak na sercu robi się przyjemniej.

Jak spędzasz tu wolny czas?
Pojęcie wolnego czasu w Nowym Jorku jest dość mgliste. Tzn. podobno coś takiego istnieje, ale nikt tego nie doświadczył, i podobno można tego zaznać w Kalifornii. Wielu ludzi pracuje tu siedem dni w tygodniu, mnie też się to czasem zdarza. Maksymalną ilość czasu staram się przeznaczyć na robienie muzyki i gdybym miał np. jeden dzień ekstra w tygodniu, to właśnie na to bym go przeznaczył.

Co jest typową nowojorską rozrywką?
Wychodzenie do baru. A tych jest, wydaje się, nieskończoność! Każdy ma swój neighborhood bar,w którym zna całą obsługę, serdecznie wita się z właścicielem, a większość bywalców to znajomi. Wyjście do baru jest zawsze dobrą opcją - czy ktoś jest wesoły, czy smutny, czy to jest poniedziałek, czy piątek. Nie dzieje się nic szczególnego, nie chodzi o imprezę - po prostu siedzimy, pijemy niedobre piwo. Czasem zagadamy z barmanem, czasem z kimś siedzącym obok. A czasami nie: posiedzimy, wypijemy - i już, koniec! Takie zachowanie może się wydać niezrozumiałe, ale jest to dość szczególny rytuał.

Ostatnia kulinarna moda?
Otóż podobno na Manhattanie są w modzie halucynogenne trufle! To oczywiście droga zabawa, raczej dla majętnych. Ale rzecz musi zataczać coraz szersze kręgi, skoro wieść dotarła aż na Bushwick. Z tego, co mi wiadomo, wiąże się to jakoś z kwestią prawną: łatwiej wytwarzać i handlować truflami niż zwykłymi grzybami. Tak czy inaczej - znając nieskończone wariactwo imprezowego Nowego Jorku, jestem przekonany, że to prawda. Ba! Podejrzewam, że to już jest so last weekend!

Nowy Jork za 10 lat? Jak myślisz, jak zmieni się to miasto?
Tu jestem pesymistą - sprawa nie idzie w dobrą stronę. Z roku na rok bogaci wypierają biedniejszych. Bezpłciowe sieciówki wdzierają się coraz głębiej, zabierając ciekawe części miasta. Na szczęście takie zmiany następują powoli i wciąż fajnie jest sobie powiedzieć: „Kurczę, mieszkam w Nowym Jorku!".

Modest Glesman

Karolina Gumpert

Jak się tu znalazłaś, jaki masz cel?
Do Nowego Jorku przyjechałam trzy lata temu, zaraz po skończeniu studiów. Jestem absolwentką Psychologii Uniwersytetu Śląskiego, a moim obszarem zainteresowań zawsze było jedzenie na jego różnych interdyscyplinarnych płaszczyznach. Wcześniej spędziłam w Nowym Jorku wakacje - to miasto zawsze kojarzyło mi się z tętniącą życiem oazą smaków oraz dostępnością wszystkiego, co jadalne. Od tego roku dzięki kulturalno-społecznej akcji „Greenpoint. Przemiany" zorganizowanej przez Fundację „Culture Shock" zaczęłam prowadzić warsztaty kulinarne, których celem jest ukazanie bogactwa kuchni polskiej oraz tworzenie nowych doświadczeń kulinarnych przy pomocy zmysłów smaku i węchu. Zależy mi, by pokazać ludziom, że w dzisiejszych czasach gotowanie to nie tylko proces obróbki termicznej pożywienia, lecz także styl życia. W związku z tym przed kuchnią polską pojawia się tutaj nie lada wyzwanie: możliwość nadania jej nowej odsłony, nie zatracając przy tym piękna jej tradycji.

Co cię najbardziej zdziwiło na etapie adaptacji?
Robienie prania! Nigdy nie przypuszczałabym, że będzie z tym tyle zachodu. Posiadanie pralki w domu jest tutaj rzadkością. Dlatego często umawiamy się z koleżankami na wspólne pranie w niedzielę, co okazuje się zarówno wielkim wyczynem, jaki i sposobem na miłe spędzenie czasu. Razem wyruszamy do publicznej pralni obładowane workami z brudami, nastawiamy programator, żegnamy się z pralkami i wybieramy na brunch.

Jaki jest współczesny amerykański sen?
Żyć wiecznie i cieszyć się każdą chwilą. Ludzie tutaj kolekcjonują momenty i w pełni starają się wykorzystać teraźniejszość. Boją się przemijania i starości. Bardzo dbają o kondycję fizyczną, uprawiają różne dyscypliny sportu. Nadaje im to rytm dnia codziennego. Jednocześnie dążą do odniesienia sukcesu. A co za tym idzie - spełnienia zawodowego, które jest możliwe dzięki ciężkiej pracy.

A jaki jest twój sen?
Otworzyć własną restaurację. Z niepowtarzalnymi smakami, które będą przyciągać ciekawe osobowości, umożliwiając w ten sposób budowanie długotrwałych więzi w relacjach międzyludzkich. Chciałabym, aby było to miejsce nie tylko na jedno doznanie smakowe, ale by pozostało na dłużej w pamięci klientów i zaszczepiło w nich chęć powracania do mojego lokalu - zarówno do ludzi, jak i do smaków oraz atmosfery.

Największy stereotyp o Nowym Jorku, który chcesz dla nas obalić?
Że wszyscy tutaj mają problem z nadwagą. W niektórych stanach, owszem - może i tak jest, ale nie w Nowym Jorku. Powstało wiele programów rządowych nastawionych na zmianę nawyków żywieniowych Amerykanów. Większość ludzi tutaj przywiązuje wagę do tego, co je. Działa wiele Farmers Markets, gdzie sprzedawane są lokalne i zdrowe produkty pochodzące z farm Upstate. Najsłynniejszy Greenmarket znajduje się na Union Square, można tam zrobić zakupy w każdy poniedziałek, środę, piątek lub sobotę.

Ostatnia kulinarna moda?
Mediterranean cuisine, czyli kuchnia śródziemnomorska. Nabiera jednak ona tutaj głębszego wyrazu wzbogacona o przyprawy pochodzące z Dalekiego Wschodu, jak sumak, zatar, kumin czy kolendra. Rozmaite dipy i pasty, np. hummus, tahini, baba ghanoush czy też popularne tzatziki. Wszelkiego rodzaju pieczywo typu flatbreads (coś na wzór naszych podpłomyków). Słodki może być nie tylko miód, ale również silan - syrop z daktyli. A wszystkiemu przyświeca zapożyczona z niedawnej mody na kuchnię skandynawską idea farm-to-table.

Czy to jest miasto, w którym planujesz zostać na dłużej?
Tak! W Nowym Jorku jest coś takiego, że jak się tutaj już raz przyjedzie, to niełatwo stąd wyjechać. To miasto ma wbudowany jakiś wewnętrzny magnetyzm, który trudno zdefiniować, a któremu ulegamy bez namysłu. Można gdzieś się przeprowadzać, ale zawsze ma się chęć powrotu do Wielkiego Jabłka. Dla mnie istotne są procesy emocjonalne związane ze stanami, które je wywołują. Powroty do Nowego Jorku przywracają błogi uśmiech na mojej twarzy.

Dominik Tarabański, fotograf

Jak się tu znalazłeś?
Przeprowadziłem się do Nowego Jorku w 2012 roku, choć przeszło mi to przez myśl już podczas pierwszej wizyty w tym mieście trzy lata wcześniej. Zawsze dużo podróżowałem, ale to był pierwszy raz, gdy naprawdę poczułem, że jestem w miejscu, w którym byłbym gotów zamieszkać. W międzyczasie obroniłem dyplom w Szkole Filmowej w Łodzi i naturalne było, że sumą konsekwencji tych wszystkich decyzji z kilku poprzednich lat będzie skupienie się wyłącznie na fotografii. Nowy Jork jest do tego idealny.

W której dzielnicy mieszkasz, opisz charakter tej części miasta.
LES (Lower East Side) to dolna część Manhattanu. Miejsce pełne artystów, artyści pełni marzeń, ulice pełne małych galerii, krakowskich Pięknych Psów i warszawskich Planów B. Ważniejsza jest jednak cała ta energia, którą po prostu czujesz, gdy wychodzisz z domu i widzisz np. emerytowanych Meksykanów grających w domino przed wejściem do klubu łowieckiego, a ten usytuowany jest w sąsiedztwie dwóch galerii wystawiających młodą sztukę. Lower East Side jest niezobowiązujące.

Czego nauczyło cię to miasto i jego mieszkańcy?
Tu naprawdę wierzy się w tolerancję. Choć jest jeszcze wiele do zrobienia i choć wiele dzieli nas w wymiarze różnic między kulturą europejską a tym, jak wygląda dużo młodsza i wielonarodowościowa kultura USA, akurat ten sen o elementarnym szacunku, równości i tolerancji wydaje mi się nienaiwny i bardzo prawdziwy. W tej materii wiele moglibyśmy się nauczyć.

Stereotypowy nowojorczyk? Opisz swoje pierwsze skojarzenie.
Nie ma takich! Przynajmniej ja takich nie znam. W środowisku, w którym się obracam, każdy jest skądś, każdy jest inny, a inność, indywidualność i oryginalność mają naprawdę ogromne spektrum. Tych ludzi, nawet ich wybranej części, nie da się po prostu wrzucić do jednego worka.

Co cię zachwyca w tym mieście?
To dobre pytanie, na które na dodatek… nie znam odpowiedzi. Pamiętam jednak taką sytuację: pewnego dnia na stacji metra Christopher Street, blisko części miasta, gdzie znajduje się sporo dużych studiów fotograficznych, spotkałem znajomego, też fotografa. Tego dnia spędziłem kilkanaście godzin, robiąc zdjęcia w studiu, a on wracał z kolejnego dnia produkcji, przy której pracował przez siedem dni z rzędu, niewiele przy tym sypiając. Obydwaj byliśmy tak zmęczeni, że po zadaniu pytania: „How are you doing?" wymieniliśmy się pełnymi zrozumienia. ironicznymi uśmiechami. Obydwaj też trzymaliśmy w rękach wątpliwego waloru smakowego pizzę, po dolarze za kawałek. Gdy pierwszy z nas chciał udzielić odpowiedzi, by stanąć w szranki rywalizacji, kto miał przez ostatnie dni więcej pracy, nadjechał pociąg. Długi jak cholera ekspres pędził środkowym torem i nie zatrzymywał się na tej stacji. Patrzyłem na Johanneesa i widziałem tylko, jak porusza ustami. Huk był tak wielki, że nie słyszałem ani słowa, on z pewnością też. Trwało to dłużej niż chwilę, zanim pociąg zniknął i znów zapanowała niemalże cisza. Niemalże, bo obok nas bezdomny wystukiwał głośno rytm na plastikowym wiadrze po farbie. Obydwaj się roześmialiśmy, ugryzłem pizzę i dodałem: „I love this city…". Ale najśmieszniejsze było to, że obydwaj dobrze wiedzieliśmy, że to prawda.

Jest tu drogo, trudno, głośno i intensywnie jak NIGDZIE indziej. Ogromna konkurencja, szybko i brudno. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć, ale kto racjonalnie tłumaczy miłość od pierwszego wejrzenia?

Jak spędzasz tu wolny czas?
„Busy is good" to najbardziej nowojorskie słowa, jakie kiedykolwiek możesz usłyszeć. I wierz mi: jeśli ktoś myśli, że tak nie jest, to znaczy, że nigdy nie pracował w Nowym Jorku na 100 proc. Praktycznie wcale nie mam wolnego czasu. Pracuję bardzo dużo i nawet gdy zabieramy psa i jedziemy z moją dziewczyną Cleo w weekend 400 mil na północ do lasu, gdzie przez 300 mil jesteśmy bez zasięgu telefonu, to wciąż nie rozstaję się z pracą, fotografią, myśleniem o obrazie. Ale robię to również na własne życzenie. Szukam np. miejsc, gdzie mógłbym zrobić kolejne zdjęcia, zabieram kogoś, z kim już pracowałem albo mam zamiar pracować, żeby móc pogadać o tym, co możemy wspólnie zrobić. Często jest z nami też Wojtek, producent z mojej agencji. Je prawie tyle co ja i jest w stanie wyprodukować wszystko i wszędzie. Przyjaźnimy się i warto go mieć przy sobie. Każdy pretekst jest dobry, aby być zajętym tak długo, jeśli to, co robisz, daje ci pełną satysfakcję.

Dominik Tarabański

Karolina Frechowicz

Jak się tu znalazłaś?
Mieszkam w Londynie, a do Nowego Jorku przyjechałam na kilka miesięcy, żeby popracować nad moim portfolio i jestem tu już ponad pół roku. Chciałabym zostać na dłużej, bo lepiej mi się tu żyje niż w Londynie, ale to zależy od wizy.

Jaki jest współczesny amerykański sen?
Moim zdaniem amerykański sen promowany przez amerykańskie media i Hollywood jest cały czas ten sam: „Nie ma rzeczy nieosiągalnych. Można spełnić swoje marzenia, być, kim się chce, tylko trzeba ciężko pracować i wierzyć w siebie".

A jaki jest twój sen?
Chciałabym zostać w Nowym Jorku na stałe. Mieszkałam w Paryżu, później w Londynie. W Londynie byłam cztery lata, a przeprowadzałam się pięć razy. Bardzo brakuje mi mieszkania, w którym mogłabym mieć swoje meble, książki, magazyny, ubrania i nie musiałabym tego wszystkiego wysyłać cały czas do moich rodziców w Polsce.

Najlepszy moment w roku, żeby tu przyjechać?
Maj, tak jak w Londynie i Paryżu. Pogoda jest super, sporo się dzieje. W lipcu i sierpniu dużo ludzi wyjeżdża na wakacje i niektóre miejsca są zamknięte.

Stereotypowy nowojorczyk? Opisz swoje pierwsze skojarzenie.
To, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to fakt, że nowojorczycy są bardzo wysportowani, chodzą na siłownię, zwracają uwagę na dietę i dbają o wygląd bardziej niż Europejczycy.

Nowy Jork za 10 lat? Jak myślisz, jak zmieni się to miasto?
Nowy Jork bardzo szybko się gentryfikuje, powstaje coraz więcej luksusowych apartamentowców. Ceny mieszkań idą w górę. Brooklyn jest coraz droższy i niektóre dzielnice tutaj dorównują cenom na Manhattanie, więc młodzi ludzie przeprowadzają się teraz do Harlemu i Queens. Większość imigrantów pochodzi z Ameryki Centralnej i Południowej, więc język hiszpański nabiera coraz większego znaczenia.

Przeczytaj też:
Berlińczycy z wyboru
Zobacz jak zmienił się Nowy Jork od lat 80.
Real american beauty: Long Island, Nowy Jork

Kredyty


Zdjęcia: Magdalena Kmiecik