nie będzie kobiet w gdyni

Awantura w Gdyni: gdzie podziały się reżyserki?

tekst Stasia Wąs
|
22 Lipiec 2016, 3:40pm

Małgorzata Szumowska w czasie Berlinale, kadr z YouTube

Dwa dni temu została ogłoszona oficjalna selekcja festiwalu w Gdyni. W konkursie nie znalazł się żaden film, który zostałby wyreżyserowany przez kobietę. Nie pojawi się też żaden tytuł, do którego kobieta napisała scenariusz. Głos w tej sprawie postanowiła zabrać Monika Talarczyk-Gubała. Krytyczka i historyczka zwróciła uwagę, że to pierwsza taka sytuacja od 2001 roku i że „nawet w trudnych dla polskiej kinematografii latach 90. tylko raz reżyserki nie były obecne w Konkursie Głównym (w 1997 roku)". Nie oskarżyła jednak organizatorów festiwalu o dyskryminację, ale pokazała, że młode reżyserki mają trudność z przebiciem się w naszej branży filmowej: „Konkurs Główny festiwalu w Gdyni to meta, do której żadna kobieta w tym roku nie dotarła". Do samego konkursu zgłoszono tylko 3 filmy wyreżyserowane przez kobiety, więc statystycznie ich szanse na tle innych 42 tytułów nie były duże...

„Tak jak dla filmowca generalnie barierę stanowi drugi film pełnometrażowy, tak dla kobiet-filmowców właśnie przejście od krótkiego bądź średniego do pełnego metrażu, który jest największym wyzwaniem budżetowym i osiągnięciem wizerunkowym", dodaje Talarczyk-Gubała. Wyśrubowane oczekiwania wobec kobiet, które chcą zająć się tworzeniem filmów często powodują, że nie udaje im się ostatecznie zrealizować planu, przez co siłą rzeczy nie mogą starać się o zakwalifikowanie do oficjalnej selekcji festiwalowej.

Zdaniem Talarczyk-Gubały zeszły rok był jednak dowodem na to, że twórczość kobiet to ważna część polskiej kinematografii. „Wystarczą trzy filmy, by zebrać główne nagrody. W 2015 roku były to 'Body/Ciało' (Złote Lwy), 'Córki dancingu' (Najlepszy Debiut) i 'Moje córki, krowy' (Nagroda Publiczności)". Przy okazji krytyczka zwraca uwagę na determinację reżyserek, od których, w przeciwieństwie do kolegów, oczekuje się od razu sukcesu: „Dzieła kobiet-filmowców nie mogą być średnie - muszą być bardzo dobre, żeby przebić sufit z celuloidu albo wydadzą się dużo gorsze w swej przeciętności od prac mężczyzn. Kobiety-filmowcy przeczuwają, jak wyśrubowane są te kryteria. Powtarzają, że muszą być zdolniejsze od kolegów, bardziej zdeterminowane, że po jednej porażce nie będzie dla nich drugiej szansy".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Na te argumenty postanowił odpowiedzieć Michał Oleszczyk, krytyk i dyrektor Festiwalu w Gdyni. W tekście „Czy warto rozumować liczydłem" stwierdził, że zgłoszone filmy nie spełniały kryteriów, a w zespole selekcjonującym znajdują się kobiety. Jego zdaniem wybór filmów nie opierał się w żadnym razie na kryterium płci ich autorów. Zachęcił też, do szerszego spojrzenia na sprawę. Producentkami wielu filmów festiwalu są kobiety. 

Czy jednak to była rzeczywiście odpowiedź na pytania, jakie postawiła Talarczyk-Gubała? Przecież podkreślała, że nie chodziło o sam wynik selekcji, ale o sytuację kobiet w przemyśle filmowym, która doprowadziła do sytuacji, w której tylko trzy filmy reżyserek zostały zgłoszone. W swoim tekście przywołała zresztą wypowiedzi dwóch reżyserek, Kingi Dembskiej i Katarzyny Klimkiewicz, które znajdowały się w zespole selekcyjnym. Wynika z nich, że chciały, żeby „Dzikie róże" Aleksandry Jadowskiej powalczyły o nagrodę. W odpowiedzi na argumenty Oleszczyka krytyczka odniosła się też do swojej rzekomej „logiki liczydła". Podczas gdy w Polsce nie prowadzi się żadnych badań na ten temat, „badania ilościowe, które prowadzi się na styku gender studies i kultury produkcji, naprawdę pomagają nam uświadomić sobie skalę dysproporcji i że nie idzie tylko o rywalizację talentów, ale także płci".

Identyczne spory trwają w Los Angeles, a Akademia Filmowa jest cały czas krytykowana za brak nominacji dla kobiet. Gdyński konflikt zwraca uwagę na ważną sprawę, ale nie zmieni niestety faktu, że w tym roku żadna reżyserka nie wyjdzie z gali Festiwalu ze statuetką w dłoni...

Kredyty


Tekst: Stasia Wąs

Tagged:
Film
Kultura