casting na sobowtórkę

Ilona Szwarc jest polską fotografką mieszkającą na stałe w Los Angeles. W swoich wcześniejszych projektach „Rodeo Girls” i „American Girls” zawsze przyjmowała rolę obserwatorki. Tworząc cykl zdjęć „I am a Woman and I Feast on Memory” Szwarc...

tekst Milena Liebe
|
08 Grudzień 2016, 4:20pm

Untitled #20, I am a woman and I feast on memory

Untitled #18, I am a woman and I feast on memory

Untitled #9, I am a woman and I feast on memory

To pierwszy projekt, w którym fotografujesz siebie, a raczej swoją sobowtórkę.
Do tej pory wyszukiwałam grupy dziewczynek lub kobiet, z których tożsamością się identyfikowałam, ale nigdy nie należałam do ich „drużyny". W swojej fotografii zawsze byłam obserwatorką, gdy zobaczyłam tę tendencję, postanowiłam odwrócić ten proces, zobaczyć czy jestem w stanie wyselekcjonować grupę kobiet, do której ja sama należę. Ponieważ mieszkam w Stanach, starałam się wybierać je na zasadzie podobieństwa wyglądu. Zastanawiałam się, czy znajdę moje dublerki, które mogłyby stać się moimi siostrami, mimo że nie łączy nas nic, a dodatkowo dzieli nas przepaść kulturowa. Stąd zrodził się pomysł, żeby zrobić casting na dziewczyny, które wyglądają dokładnie jak ja. W ten sposób chciałam zadać sobie pytanie: kim jestem, skąd pochodzę, czy tożsamość jest połączona z wyglądem, z powierzchownością fizyczną? A może przejęłam już cechy Amerykanek, które stały mi się bliskie i w ten sposób należymy do jednego środowiska.

Jak wyglądał casting?
Nie prowadzę typowych castingów, nie zbieram wszystkich osób naraz. Daję ogłoszenia w wielu miejscach, pracuję dużo z aktorami, więc szukałam w agencjach aktorskich. Wysłałam również zapytanie do reżyserów castingowych, żeby podesłali mi swoje propozycje. Oglądałam zdjęcia potencjalnych sobowtórek, przeglądałam ich CV, chciałam wiedzieć o nich jak najwięcej. 

Ile osób się zgłosiło?
Na pierwszy casting dostałam około stu zgłoszeń. Bardzo konkretnie określiłam, jak ma wyglądać ta osoba, skupiłam się na detalach, takich ja: cera, kolor włosów.

Czyli wygląd zewnętrzny był głównym warunkiem wzięcia udziału w castingu?
Tak. Tutaj chodzi też o samą ideę fotografii, która jest idealną reprezentacją świata zewnętrznego. Pod tym względem to jest ciekawe, gdy fotografuję swojego sobowtóra, zadaję pytanie widzowi i trochę go konfunduję: czy jest to portret, czy może autoportret? Nie wiem dokładnie, w którym momencie zaciera się ta granica.

Twoja seria zdjęć kojarzy mi się z twórczością Cindy Sherman.
Jej fotografia interesuje mnie na wielu polach. Nie da się uniknąć inspiracji Cindy Sherman, w końcu jest jedną z najważniejszych artystek na świecie. Wywarła duży wpływ na moją twórczość, chociaż nie bezpośrednio. Gdybym miała wymienić główne inspiracje tej serii to: Matthew Barney, GillianWearing, Christopher Williams. Wydaje mi się, że są tam bardzo konkretne odniesienia do tych trzech artystów, chociaż wcielanie się w role wyznaczone przez społeczeństwo i popkulturę to terytorium Cindy Sherman. To, co oddziela mnie od jej prac, to fakt, że jej bohaterowie są zawsze „zrobieni", widzimy ich w pełnej charakteryzacji, kostiumie, scenografii. Starałam się usytuować moje prace w określonej linii historii sztuki. Tworze po-Cindy Sherman więc u mnie najważniejszy jest proces, a najmniej ważne jest, kim finałowo staje się moja bohaterka.

Untitled #6, I am a woman and I play the horror of my flesh

Untitled #14, I am a woman and I play the horror of my flesh

Untitled #15, I am a woman and I play the horror of my flesh

Czy twoja amerykańska sobowtórka przejmuje twoje polskie cechy? 
Tak, opowiadam bardzo osobistą historię o tym, jak to jest przejść przez kulturową asymilację.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Szukałaś w tym projekcie odpowiedzi na pytania dotyczące swojej tożsamości?
Nie da się stworzyć prac, które nie odnoszą się do życia artysty. Można to jedynie ładnie zakamuflować. Nawet wracając do moich prac, które były o kimś zupełnie innym, możemy dostrzec odniesienia do mojego życia. W tym projekcie robię to bardzo bezpośrednio, bo używam siebie zarówno jako przedmiotu, jak i podmiotu. Żongluję moją podwójną, polsko-amerykańską tożsamością.

Na zdjęciach widzimy cię w roli charakteryzatorki. Zainspirowały cię makijażowe tutoriale?
Chcąc pokazać proces przemiany i zilustrować wewnętrzny dialog pt. „kim się stać", przez który przechodzi niejedna osoba, postanowiłam, że najlepiej mogę to pokazać, nadając tej serii formę fotografii przypominających instruktaż charakteryzacji teatralnej. To dało mi możliwość uosobienia tych dwóch ról, nadania dynamiki, rozwinięcia narracji, a także wykorzystania samego medium fotografii do odpowiedzi na to, jak dziedzina fotografii jest wykorzystywana w świecie, a właściwie, do czego się jej używa.

Gdzie nauczyłaś się charakteryzacji?
Uczyłam się sama, krok po kroku. Przywiązuje dużą wagę do researchu. Poświęcam też dużo czasu w swoim studio na czytaniu i zastanawianiu się, w jaki sposób coś zrobię. Casting to jest jedna rzecz, ale przed rozpoczęciem tej serii zdjęć miałam rozrysowane storyboardy. Gdy aktorzy przyjeżdżali na sesję, mieliśmy dokładny plan tego, co robimy, dzień po dniu. Ten projekt jest tryptykiem, a każda z części składa się z 23 fotografii. Każda z trzech sekwencji to proces około siedmiu dni zdjęciowych. Wiedziałam dokładnie, co chcę zrobić i jaki efekt chcę uzyskać, chociaż oczywiście jak zawsze w portrety wdała się spontaniczna improwizacja.

Skąd pomysł zamknięcia projektu w trylogii?
Długo zastanawiałam się nad tym, jaką finałową wersję powinien przybrać ten projekt. Oczywiście mogłam go zakończyć po jednej części, ale pomyślałam, że wtedy nie będzie się składał w kompletną wypowiedź. W pierwszej części moja bohaterka staje się starą kobietą. Pokazuję proces starzenia się, jednocześnie nawiązuje mocno do malarstwa: tworzę abstrakcyjne kreski na jej twarzy, przechodząc coraz bardziej do dokładnej siateczki zmarszczek. W drugiej części moja sobowtórka wchodzi w rolę obrzmiałej matrony, nie ma w sobie już tej dziewczęcości. Jest niekonwencjonalnie piękną, dorosłą kobietą. Te dwie pierwsze serie zdjęć odnoszą się również do tego, jak makijaż nie powinien wyglądać, bo przecież makijaż ma nas zawsze wyszczuplić, zmienić „na lepsze", a nie pogrubić i postarzyć. W ten sposób gram i odkrywam groteskę przemysłu kosmetycznego. Jak podkreślić coś, czego nie chcemy pokazać? To bardzo feministyczny przekaz.

Jak powstała trzecia część?
Postanowiłam zrobić jeszcze jedna transformacje i uspokoić fotografie pod względem ich estetyki. Wykorzystałam paletę barw z malarstwa renesansowego. Na początku staram się w pseudonaukowy sposób „zmierzyć" wygląd mojej bohaterki i zobaczyć, czym on jest i czy ma wpływ na jej tożsamość. Następnie zdejmuję z niej powoli wszystko, co stwarzało z niej indywidualność. Zabieram jej włosy, nakładam cielisty czepek. Wprowadzam androgynicznego bohatera, by w efekcie końcowym zrobić odlew jej twarzy. To jest dla mnie moment, gdy egzystencjalnie odnoszę się do samej siebie, myślę wtedy o tym, czy jestem w stanie poddać moje ciało w eksperyment reprodukcji. Stworzyć z nas kolejne ciało. Ostatnia część serii jest osadzona w pustce. Finałowo kończy się zdjęciem, gdzie nakładam jej odlaną maskę na tył w głowy. W ten sposób patrzę metaforycznie na swoją przyszłość i przeszłość.

Untitled #4, I am a woman and I cast no shadow

Untitled #22, I am a woman and I cast no shadow

Untitled #18, I am a woman and I cast no shadow

Określiłaś ten projekt jako feministyczny.
Tak, ale żeby go tak nazwać powinnyśmy się najpierw zastanowić nad istotą feminizmu. Ja czytam feminizm w klasyczny sposób, chcę, aby kobiety były traktowane na równi z mężczyznami. Jestem bardzo ciekawa, jak polska publiczność go odbierze, bo mieszkając w innym miejscu mam trochę inne poczucie istoty feminizmu. Czuję też bardzo silną więź z polską, feministyczną sztuką lat 70., to też moje polskie korzenie: Natalia LL, Ewa Partum.

Jak według ciebie popkultura wpłynęła na postrzeganie kobiecego piękna?
Kobiety są bardzo mocno oceniane za to, jak wyglądają, a nie za to, co robią. Chciałam być centrum tych zdjęć i stanowić każdy najdrobniejszy szczegół tego projektu. Modelka jest moim alter ego, a ja jestem kimś, kto ją zmienia i tylko ja mam do tego prawo. Ja też jestem osobą, która na mnie patrzy. Tu pojawia się różnica, bo w popkulturze zawsze zmienia cię ktoś inny. Całe lata 90. mieliśmy ekspertów, programy telewizyjne, które mówiły kobietom, jak mają wyglądać i jak żyć.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Milena Fik
Zdjęcia: Ilona Szwarc

Tagged:
Kultura
Ilona Szwarc
feminizm