Zdjęcie: Henry Gorse

dokąd zmierza streetwear?

Czy ten rok dizajnerskich krzyżówek, nowych odbiorców i bogatych inwestorów będzie gwoździem do trumny streetwearu?

|
gru 25 2017, 9:49pm

Zdjęcie: Henry Gorse

Od kilku lat największe sreetwearowe marki (Supreme, Stüssy, A Bathing Ape i Palace) balansują praktycznie na granicy mainstreamowej mody. Nie są już zarezerwowane wyłącznie dla skejtów, których wcześniej przyciągały. Stały się gorącym towarem, pożądanym przez największe gwiazdy, ofiary mody, dzieciaki i mieszczuchów.

Jak do tego doszło i dlaczego tak się stało? Aby zrozumieć ten rozległy modowy fenomen zapytaliśmy najbardziej wpływowych postaci w branży (projektantkę, dziennikarza i konsultanta kreatywnego) o ich przemyślenia na temat tego, jak mijający rok wpłynął na światowy streetwear.

Korzenie streetwearu wywodzą się z współczesnych czasów: subkultur skejtów, surferów i hip-hopu z obu wybrzeży USA lat 80. i 90. Dla zaangażowanych w te ruchy strój był rodzajem odznaki noszonej z dumą, symbolizującej przynależność do grupy istniejącej poza branżą mody, produkcji masowej i sieciówek — podobnie jak świat mody wysokiej. Streetwear istniał gdzieś pomiędzy, w szarej strefie.

„Dla mnie oznacza to działanie w duchu zrób to sam", o definicji tej modowej subultury mówi David Fischer, założyciel portalu Highsnobiety. „Dla mnie to jazda na desce, muzyka, T-shirty z grafikami, młodość, poczucie przynależności... coś globalnego!". Ryan Willms (fotograf i konsultant kreatywny Stüssy) sądzi, że definicja jest i zawsze była dość rozmyta. Twierdzi, że korzenie streetwearu sięgają ludzi, który działali, gdy on sam przyszedł na świat: Mark Gonzales, Basquiat, Shawn Stussy i Malcolm McLaren.

Balenciaga Triple S

W 2017 roku fani streetwearu mają zarówno uliczne, jak i hedonistyczne zainteresowania. Z równą desperacją pragną posiadać sneakery Triple S od Balenciagi za 3 tys. zł, jak i czapkę za 99,90 zł. Na liście świątecznych prezentów dla nastoletnich chłopców nie znajdują się już nowe telefony ani konsole, ale ubrania o które ich rodzice musieliby zaciekle walczyć. Sposób, w jaki ubiera się współczesny mężczyzna, uległ zmianie, a Supreme jest w pewnym sensie za to odpowiedzialne.

„Nikogo już nie dziwi widok 8-10 latków na zakupach w Soho, niosących torby z Supreme, ubranych w bluzy Off-White i trampki Gucci", mówi Alex Hackett, założycielka i projektantka brytyjskiej marki streetwearowej ALCH. „To szaleństwo", przytakuje Ryan. „Gdybym na początku lat 00. spotkał kolesia w czapce z daszkiem Supreme, pewnie bym do niego zagadał — prawdopodobnie mieliśmy wspólnych znajomych. Teraz ludzie widzą streetwear wszędzie: na koszykarzach z NBA, muzykach i w o wiele widoczniejszej branży mody. Obecnie to wiele większy interes".

I to ogromny. W tym roku założyciel Supreme, James Jebbia, sprzedał 50% udziałów firmie inwestycyjnej The Carlyle Group za pokaźną sumę 500 mln dolarów — tym samym okazało się, że wartość całej marki szacowano na miliard dolarów, czyli 3,6 mld złotych. Według plotek Jebbia miał wątpliwości co do ujawniania tej kwoty, bo bał się, że podważy wiarygodność marki zbudowanej na niezależności kulturze młodzieżowej. Ale czy dzisiejszych, nowych konsumentów streetwearu w ogóle to obchodzi, skoro teraz bardziej skupiamy się na estetyce, bardziej niż na genezie marki?

„Gdy zaczynaliśmy z Highsnobiety, scena w ogóle nie była skomercjalizowana, poza wielkimi markami sneakerowymi. [Umowa z The Carlyle Group] byłaby wtedy gwoździem do trumny", twierdzi David. „Czasy się zmieniły, dzieciaków nie obchodzi, że za tymi markami stoją wielkie organizacje. Jeśli coś im się podoba to tak zostanie, nie ważne, kto się za tym kryje".

Podobne zdanie ma Ryan ze Stüssy, który sądzi, że „niewielu ludzi zastanawia się, co dzieje się za kulisami. Raczej nie interesuje ich, gdzie te rzeczy powstają, czy robią je dzieci, na ile im starczą, ani kto na tym zarabia. Żyjemy w społeczeństwie mało świadomych konsumentów".

Poglądy Davida i Ryana nie oddzielają od siebie nowych i starych fanów Supreme — są dla nich jednym i tym samym, co symbolizuje przejście streetwearu do mainstreamu, ruch, który zagarnął po drodze rzesze ludzi. Niegdyś podziemna scena dla skejtów jest teraz pełna nastoletnich chłystków z bogatymi rodzicami. Wielu z nich nie rozumie korzeni tych marek, interesują ich jedynie powierzchowne logotypy.

Z drugiej strony fala nowych wielbicieli zachęciła do działania mnóstwo młodych artystów i projektantów, którzy chcą się przebić. Dzięki powszechniejszemu dostępowi do takich narzędzi jak Photoshop i platform jak Instagram, które zapewniają darmową reklamę, w ciągu ostatnich pięciu lat znacznie przybyło tzw. chałupniczych projektantów. „Streetwear zaczynał od zera", mówi David, chwaląc zapał nowego pokolenia. „Wziął się od kolesi robiących swoje, bez żadnego przygotowania ani doświadczenia w branży. [Chałupnicze marki] sprawiają, że środowisko streetwearowe wciąż pozostaje świeże i ciekawe".

Alex się z tym nie zgadza. Jej zdaniem przesyt chałupniczych marek może zaszkodzić przyszłości streetwearu. „Wspaniale, że nie trzeba mieć dyplomu ani modowego doświadczenia, aby odnieść sukces, ale w przypadku większości tych 'marek' nie stawia się w nich na jakość, oryginalność ani długotrwałość", powiedziała. „Zamiast tego na pierwszym miejscu znajduje się komercyjna rentowność, a kreatywność spycha się na boczny tor".

Trzeba przyznać Alex rację. Streetwear nigdy nie był bardziej dochodową branżą niż obecnie, a wielbiciele luksusu, którzy wkroczyli na scenę, kierują się tym przynajmniej częściowo. W modowym atelier nie da się zrobić ubrań bez zrozumienia rzemiosło, ale streetwear jest o wiele bardziej demokratyczny. Każdy może spróbować swoich sił w projektowaniu grafik i nadrukowywaniu ich na koszulki z metką Gildan.

Louis Vuitton jesień/zima 17. Zdjęcie: Mitchell Sams.

Projektanci luksusowych marek nie od dziś zapuszczają się w streetwearowe rejony, ale nadal czekaliśmy na poważny krok w odwrotnym kierunku: na młodzieżowy streetwear wkraczający do uznanego atelier. 19 dni od początku 2017 roku doczekaliśmy się dokładnie tego, w trakcie pokazu męskiej kolekcji Louis Vuitton na jesień/zimę 17. Wśród pięknych sylwetek Kima Jonesa pojawiło się kultowe logo Supreme. Pierwsza była torba na długim pasku, w charakterystycznym odcieniu czerwieni i z wielkim napisem. Potem zestaw podróżnych kuferków. Jeansowa koszula łącząca monogram LV i logo Supreme. Świat mody zaniemówił. Zadziorna, skejciarska marka dostała kiedyś od LV nakaz zaprzestania wykorzystywania ich monogramu, a teraz doszło do zawieszenia broni i przełomowej współpracy. Jej efekty pojawiły się na paryskim wybiegu. Fani oczywiście oszaleli i ustawiali się w kilometrowych kolejkach przed pop-upami na całym świecie, żeby zdobyć to, na co tylko było ich stać. Koszulki kosztowały dziesięć razy tyle co zwykłe T-shirty Supreme, ale na ich sprzedaży można było potem spokojnie zarobić kilka tysięcy.

„Streetwear to naturalny styl noszenia się klientów z pokolenia Z i milenialsów, więc luksusowe marki muszą się teraz bardziej starać o ich uwagę", powiedział David, który oczywiście korzysta na efektach takich współprac jak LV x Supreme. Ta sama postawa trafiła teraz do Gucci i Balenciagi, które sprawiają, że ich kolekcje stają się przyjaźniejsze dla mas, tworzą bluzy i sneakery. Popularne teraz marki „odnoszą sukces, bo są częścią streetwearu".

Gosha Rubchinskiy, król postsowieckich skejtów i rejwerów, jest chyba najbardziej płodnym, młodym streetwearowym projektantem tej dekady. Znany z przywrócenia dawnej świetności takim markom jak Fila i Kappa, zaskoczył nas współpracą z Burberry, jednak nie tak jak LV x Supreme. Pewnie dlatego, że kratka Burberry, która kiedyś zniknęła z kolekcji marki przez skojarzenia z antyspołecznymi zachowaniami (np. kiboli), okazała się idealnym materiałem dla Goshy. Przecież rosyjski projektant uwielbia, gdy młodzież zawłaszcza sobie różne elementy stylu. Jednak ta kolekcja na metkach miała ceny z zakresu Burberry, a nie Goshy, więc raczej niewiele dzieciaków obserwujących zdjęcia z wybiegu mogło sobie na nie pozwolić.

Być może Gosha jest osobą, która wprowadzi nas w nowy wiek. Jego projekty łączą proste koszulki z nadrukami i bardziej formalne elementy luksusu. Może powiesić w Dover Street Market piłkarski szalik za 100 zł i świetnie skrojony blezer za 2,3 tys. zł, a oba elementy wywołają równy zachwyt wśród konsumentów. Skoro on może to zrobić, to czemu Supreme i Palace nie miałoby pójść tą drogą?

Czy ten rok dizajnerskich krzyżówek, nowych odbiorców i bogatych inwestorów będzie gwoździem do trumny streetwearu, pożegnaniem fanów, których interesowało coś więcej, niż hype? „Nie sądzę, że streetwear kiedykolwiek zniknie", stwierdziła Alex. „Jego piękno polega na tym, że ciągle ewoluuje i dostosowuje się do panujących nastrojów".

„Czy gdyby zamknięto Supreme, Off-White i Palace, ludzie nie chcieliby już nosić luźnych, wygodnych ubrań z fajnymi nadrukami? Nie sądzę", dodał David. „Ich miejsce zajęłyby inne marki".

Może w 2018 roku zaczniemy rozumieć nowy, lukratywny rozdział w historii streetwearu? W końcu już plotkuje się o nadchodzącej współpracy Supreme i Rolexa... A może hype ucichnie, a subkultura znów rozkwitnie w podziemiu? Ryan sądzi, że druga opcja wciąż jest prawdopodobna. „W końcu streetwear należy do społeczności ludzi, którzy go stworzyli i codziennie nim żyją. To oni stoją na czele i kroczą naprzód, inspirują masy", powiedział. „Po prostu pozostają w cieniu".

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.