przyglądamy się dziedzictwu skinheadów z martine rose, londyńską gwiazdą mody męskiej

Wydawnictwo Ditto Press wypuściło właśnie swoją najnowszą książkę – Skinhead: An Archive. Jej premierze towarzyszy wystawa w londyńskiej siedzibie wydawcy. A także kurtka pilotka MA-1, stworzona przez Martine Rose. Z tej okazji zadaliśmy tej uznanej...

tekst i-D Team
|
05 Styczeń 2015, 2:10pm

Skinhead: An Archive to nowa wystawa oraz książka od londyńskiego wydawnictwa i studio druku, Ditto Press. Projekt tego przedsięwzięcia wyszedł spod ręki Jamie'go Reida. Dokumentację powstania i upadku sceny skinheadzkiej skompilował zaś historyk kultury punkowej, Toby Mott. Obok tych zbiorów na wystawie pojawiły się nowe projekty londyńskiej twórczyni mody męskiej, Martine Rose - kurtka lotnicza MA-1 oraz tematyczne naszywki. Z tej okazji i-D umówiło się na rozmowę z Martine. Zapytaliśmy ją o inspiracje stojące za projektem. Dyskutowaliśmy także o kontrowersjach otaczających tę często nierozumianą przez ogół społeczeństwa subkulturę.

Jak doszło do tego, że zaangażowałaś się w ten projekt?
Oczywiście byłam świadoma tego, co robi Toby. Jego reputacja go wyprzedza. I tak być powinno. Jednak ze mną skontaktowało się samo wydawnictwo Ditto. A to przez moje wariacje na temat kurtki MA-1. Konsekwentnie nawiązywałam do niej w moich kolekcjach. Wyszła z tego raczej naturalna rozmowa. Dużo mówiliśmy o książce. Od razu poczułam, że łączy mnie z tym tematem i treścią planowanej publikacji mocna więź. Zanim zakończyliśmy rozmowę, już mieli mnie na pokładzie.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłaś się ze sceną skinheadzką?
Nie pamiętam dokładnie. Acz nie da się raczej oddzielić ubrań od muzyki. Moja rodzina pochodzi z Jamajki. Reggae, które przyjęło się w środowisku skindheadów u jego zarania, było dla mnie zawsze czymś bardzo swojskim. I to postrzeganie przeniosło się u mnie na kulturę skinheadów. Kiedy zaadaptowała ją na swoje potrzeby radykalna prawica, to też pozostała w pewnym sensie w kręgu moich zainteresowań. Gdy byłem młoda, postać skinheada stanowiła taki jakby kreskówkowy wzorzec tego, jak wygląda wróg.

Czy nie martwiła cię kontrowersyjna natura poglądów politycznych skinheadów? Mimo że w twej subkulturze znalazło się sporo podgrup, które jej się opierały - istniały frakcje homoerotyczne, lewicowi sharpies, czy nawet apolityczni skini.
Kontrowersje nie są złe, pod warunkiem że prowokują do dyskusji. Apatia jest dużo bardziej niebezpieczna. Tak więc odpowiedź brzmi „nie". Nie martwiła mnie tematyka ani różne ideologie, z którymi się ją wiązało. Odmowa rozmawiania o prawicowej polityce tylko dlatego, że to trudny i niewygodny temat, byłaby szaleństwem. Analogicznie, takim samym błędem byłoby ignorowanie ich stylu ubierania się. Który przejęła dla siebie choćby także scena gejowska.

A co powiesz o romantyzowaniu ruchu skinheadów?
Tak, to zdecydowanie martwiło mnie bardziej. Dlatego właśnie praca z Tobym i Ditto była tak wspaniała. Dzięki materiałom, z których mieliśmy korzystać, projekt automatycznie stawał się autentyczny. W książce poświęcono uwagę każdemu z oblicz sceny. A historyczne pamiątki, które zgromadził Toby, też pochodzą z jej różnych odłamów. Nie ograniczają się do jednego aspektu ruchu.

Kuratorzy wystawy Return of the Rudeboy pokazywanej w Sommerset House starali się wyraźnie podkreślić, że rudeboye nadal zajmują istotne miejsce we współczesnym społeczeństwie. Że nie da się ich sprowadzić do roli tylko i wyłącznie eksponatów w muzeum. Czy uważasz, że w przypadku skinheadów jest tak samo? Pytam o to, bo historia tych dwóch subkultur jest niejako spleciona, jedna wynika z drugiej. Interesuje mnie więc, czy nadal istnieją między nimi jakieś związki.
Myślę, że w tym przypadku ważna jest terminologia. Oczywiście, rudeboye nadal istnieją. Ale ubierają się w zupełnie inne uniformy. Kultura skinheadów była autentyczną odpowiedzią młodych ludzi na rzeczy, które w tamtych czasach wpływały na ich otoczenie. Takim ruchom zawsze przewodzą młodzi ludzie. Tak musi być. A skoro tak, to wszystko zależy od nich, oni robią hałas. Nie zaistnieją drugie takie same czynniki pełniące rolę katalizatora, które wywołają takie same efekty. Nie mamy już do czynienia z emigracją z Jamajki. Przynajmniej nie z tak ogromną falą, jak kiedyś. A kultura Jamajki też zdążyła się zmienić, teraz są inne czasy. Najważniejsze, że to było autentyczne. Zupełnie oddolna refleksja młodych ludzi nad kondycją społeczeństwa. Pytanie, które powinniśmy sobie zadawać, brzmi: co będzie następne? Bo współcześnie mamy do czynienia z wieloma zjawiskami, które aż proszą się o reakcję.

Elementy mody skinheadzkiej są już od dłuższego czasu częścią kultury młodzieżowej. Wszyscy noszą glany Dr Martens. Każdy ma w szafie kurtkę pilotkę. Ekstremalnie krótko ścięte włosy nie kojarzą się z kimś, kto wzbudza poczucie zagrożenia.
Styl ten nie mógł przetrwać jako spójne zjawisko. Zaadaptowało go w końcu mnóstwo różnych opcji ideologicznych. Kwestią kluczową jest to, że był to tak stylowy w aspekcie wizualnym i wywołujący piorunujące wrażenie sposób noszenia się. Dlatego wszedł w skład naszego nowoczesnego ubioru. Kojarzy się z siłą i czymś uwodzicielskim - z rasą, seksem, polityką... Wszystkimi sprawami, o których nie wypada rozmawiać przy eleganckim obiadku!

Kurtka MA-1 - taka, jaką przygotowałaś na wystawę - jest obok 14-dziurkowych martensów najbardziej oczywistą wizualną cechą charakterystyczną ruchu skinheadów. Czy właśnie dlatego zdecydowałaś się stworzyć jej nową wersję na potrzeby tego przedsięwzięcia? Wydało ci się, że należy zacząć właśnie od niej, jako ikonicznej dla tej subkultury?
Tak, dokładnie. Pilotka MA-1 była stałym elementem, używany przez wszystkie różnorodne „grupy" kojarzone z tą sceną. A skoro wykorzystywałam ją wcześniej na szeroką skalę, sięgnęłam do własnego archiwum. Dla mnie to bardzo interesujące wyzwanie. Odejść od etykietki czegoś „skinheadzkiego" w zupełnie odwrotną stronę. Przesunąć granice tego, co sprawia, że MA-1 jest natychmiast rozpoznawana - ale bez zmieniania jej w coś zupełnie innego.

Zapytam jeszcze o naszywki. Co się zainspirowało? Jak wyglądał w ich przypadku proces twórczy? Są bardzo podobne do prac z wykorzystaniem starych ulotek z czasów kultury rave z twojej kolekcji jesień/zima 14. Jednak umiejscowienie na nich imion sprawia, że niemal wyciągasz konkretną jednostkę z kolektywnego stylu, czy estetyki ruchu.
Naszywki i tego typu emblematy, które odznaczają naszą przynależność, stały się bardzo codzienną sprawą. Tak znajomą, że aż niemal kliszą. Jak wspomniałam wcześniej, zbytnie romantyzowanie tematu było naszą wielką obawą. A tworzenie od nowa historycznych naszywek dałoby tylko tyle, że wyszłyby nam zaledwie pastisze oryginałów. Kiedy przeglądałam książkę, poszczególne osoby w niej pokazane - „Chalky", „Luke", „Nicky"... Tak naprawdę były równie ważne, co polityczne sympatie. To właśnie one były tą sceną. Dlatego użyłam ich imion. To niemal hołd dla ich anonimowości. Cichej egzystencji, która miała jednak ogromny wpływ na ruch jako całość.


Wystawę Skinhead: An Archive można odwiedzać do 22 stycznia w budynku Ditto Press, 4 Benyon Road, N1 5TY Londyn.

dittopress.co.uk

Kredyty


Tekst: Felix Petty

Tagged:
Martine Rose
Skinhead