koncerty, które zmieniły życie frontmana tame impala

Przed ich występem na festiwalu Open’er przeczytajcie, co zachwyciło Kevina Parkera.

tekst Charlotte Gush
|
28 Czerwiec 2016, 12:33pm

Po latach grania w spelunach w australijskim Perth, Tame Impala w końcu przyjechali do Europy 2009 roku i zagrali jako support w małej piwnicy w Manchesterze. Kto by się spodziewał, że kilka lat później ich publiczność będzie zapełniać stadiony, a Rihanna nagra cover ich kawałka i zamieści go na swoim albumie? Kevin Parker wystąpili ostatnio jako support Adele w Glastonbury, a już 29 czerwca pojawią się na festiwalu Open'er w Gdyni.

Postanowiliśmy zapytać frontmana zespołu, jakie występy na żywo zmieniły jego życie.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Pamiętasz pierwszy koncert, na który poszedłeś?
Pierwszym koncertem z prawdziwego zdarzenia był występ The White Stripes. To była impreza od lat 18, więc pożyczyłem dowód od brata. On jest blondynem, a ja mam brązowe włosy. Bilet kosztował z 75 dolarów (około 220 zł) — wydałem na niego wszystkie pieniądze, a nawet nie wiedziałem, czy uda mi się wejść do środka. To było dzień przed moim egzaminem z historii starożytnej, ale pomyślałem sobie: „Walić to, idę na koncert, nie mogę tego przegapić!". Wydawało się, że wszystko było przeciwko mnie, ale udało mi się tam wejść i było wspaniale. Nie mogłem w to uwierzyć. To zmieniło moje życie. Wcześniej chodziłem na różne imprezy, ale nie byłem na prawdziwym, rokendrolowym widowisku.

Czy jakiś konkretny koncert sprawił, że zapragnąłeś zająć się muzyką?
Nie wiem, czy wpłynął na to jakiś koncert. Wskazałbym raczej moment, w którym po raz pierwszy usłyszałem grunge. Miałem nagrany na kasecie materiał z zespołem Silverchair, który, jako dziecko, oglądałem z wręcz religijnym namaszczeniem. To nie był nawet świetnej jakości zapis z koncertu: kamera podążała za nimi na trasie, pokazywała perspektywę kulis, np. przepocone koszulki.

Najlepszy koncert, jaki widziałeś w życiu, to...?
Flaming Lips w Japonii. Akurat byłem wtedy na kwasie, a przeważnie nie biorę go przed koncertami, bo bardzo wzmacnia doznania. Wcześniej nie wiedziałem zbyt wiele o Flaming Lips [i ich owianych sławą psychodelicznych występach], więc naiwnie pomyślałem sobie, że pójdziemy obczaić ten zespół, czemu nie? Wiedziałem, że ludzie przychodzą tam w różnych przebraniach, na przykład strojach wielkich pluszowych misiów, ale po dziesięciu sekundach wstępu byłem już w rozsypce. Ten koncert wywarł na mnie wielkie wrażenie i wciąż na mnie wpływa. Zawsze, gdy mam pomyśleć o czymś, co wpłynie na ludzi, od razu przypomina mi się ta chwila.

Opowiedz nam o pierwszym występie Tame Impala.
Nasz pierwszy oficjalny koncert jako Tame Impala miał miejsce po zmianie nazwy zespołu. Wcześniej mieliśmy różne przydomki. Zawsze prowadziłem swój mały projekt, w którym nagrywałem muzykę, a dopiero potem nadszedł czas na zespół, który wykonywał te utwory na żywo. Po raz pierwszy zagraliśmy jako Tame Impala w miasteczku na południe od Perth. Wtedy do zespołu przypadkowo dołączył Jay [Watson]. To dość surowe miasto. Pamiętacie tę scenę z „Blues Brothers", w której chłopaki grają na koncercie i ludzie rzucają w nich butelkami? To właśnie takie miejsce. Nie mieli butelek, ale trochę krzyczeli.

Czy teraz, gdy gracie na wielkich halach wypełnionych po brzegi, brakuje ci występów w małych miejscówkach?
Tak i nie. Tak, bo oczywiście wszyscy wiedzą, że w takich małych występach jest coś, czego nie da się odtworzyć w dużym miejscu. Wiesz, chodzi o temperaturę, osobistą przestrzeń. Graliśmy na takich scenach w Perth przez wiele lat, więc w porównaniu do tego dopiero od niedawna gramy wielkie koncerty. Myślę, że proporcje jeszcze się nie odwróciły i nie zapomniałem, jak to jest.

Czy kiedykolwiek wrócisz do grania małych koncertów?
Myślę, że [w przyszłości] jeden z nas założy zespół na boku i zagramy koncert jako kapela, którą dopiero co wymyśliliśmy, wystąpimy w barze w Perth, żeby odzyskać to poczucie anonimowości. Oczekiwanie na ludzi, którzy cię znają — czyli może ze dwie osoby — to uczucie mocniejże od radości z występu na wielkiej hali. [Dwie osoby słuchają muzyki, a] reszta przychodzi, tylko żeby posłuchać następnej kapeli albo podrywać laski, czy coś w tym stylu. Wtedy trzeba wejść na scenę i się wykazać, przekonać do siebie widownię.

Jaki jest twój ulubiony koncert, na którym zagrałeś?
To ciągle się zmienia, za każdym razem myślę sobie: „Dobra, jednak TO jest najlepszy występ w życiu!". Myślę, że teraz wskazałbym któryś z koncertów w Ameryce Południowej. Widownia jest tam niesamowita, szalona. Ludzie w Argentynie kochają śpiewać, nawet między piosenkami, po prostu zaczynają nucić i to nie nasze piosenki. Raz zaczęli intonować swój piłkarski hymn, ale zastąpili słowo „Argentina" nazwą zespołu Tame Impala. Julien [Barbagallo] zaczął z nimi grać na perkusji, bo kocha piłkę nożną i nagle graliśmy spontaniczny koncert z publicznością, która śpiewała swoją własną, piłkarską piosenkę. To zdecydowanie była jedna z najpiękniejszych chwil!

Występujesz na wielu festiwalach, lubisz tam grać sety? Czym to się różni od koncertów?
Jest bardziej z marszu, spontanicznie. Podczas własnego koncertu wszystko jest ściśle kontrolowane i ma ustalony porządek. Taka rutyna nie jest zła, ale to jak występ w teatrze — wiesz, co się wydarzy. Natomiast podczas festiwali [różnica tkwi w] oczekiwaniach — jeśli masz ochotę poszaleć, możesz to zrobić!

Czy zagrałbyś podczas festiwalu na księżycu, jeśli uda się udoskonalić podróże w kosmos?
O tak! Bardzo chciałbym wygłaszać takie deklaracje, np. że chcę być pierwszym muzykiem, który zagra w kosmosie, ale pewnie mnóstwo innych zespołów już mnie ubiegło i są pewnie w bardziej realistycznej pozycji, żeby tak twierdzić. A co z graniem pod wodą? Czy ktoś już o tym mówił?

Nic nam o tym nie wiadomo.
Świetnie, w takim razie ja to zaklepuję. Gwoli ścisłości, to byłby podwodny koncert, więc głośniki też będą umieszczone pod wodą. Wszyscy będą nurkować z rurkami. No i fajnie.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst Charlotte Gush
Zdjęcia Phil Smithies
Tłumaczenie Patrycja Śmiechowska

Tagged:
tame impala
open'er
Kevin Parker
Wywiady
koncert
festiwal