perfume genius dałby się pokroić za możliwość współpracy z mariah carey

Wokalistę Mike’a Hadreasa złapaliśmy podczas trasy promującej jego trzeci album. Rozmawialiśmy z nim o SSION, wysokich obcasach i uczuciach.

tekst Alice Newell-Hanson
|
02 Marzec 2015, 1:20pm

Kiedy czyta się wywiady z Mike'em Hadreasem, można sobie wyobrazić, że ten człowiek zaraz rozpuści się w kałuży własnych łez. Wywodzący się z Seattle wokalista, bardziej znany pod pseudonimem scenicznym Perfume Genius, jest opisywany przez dziennikarzy epitetami typu „wrażliwy" i „melancholijny". Recenzent New Musical Express podkreślił, że jego pierwsza płyta, Learning, jest tak przemożnie smutna, że słuchając jej zaczniesz wyrywać sobie paznokcie. Sam Hadreas nazwał 17 - utwór ze swojego drugiego albumu, Put Your Back N 2 It - „gejowskim listem samobójcy".

Jednak gdy obejrzysz teledysk do Queen - epickiego singla z niedawno wydanego trzeciego albumu Perfume Genius, Too Bright - zaczniesz się zastanawiać, czy coś przypadkiem ci się nie pomyliło. Ubrany w metaliczną kamizelkę i spodnie marynarskie Hadreas wygląda jak ktoś, do kogo dzwoni się, jeśli ma się ochotę na balangę z tańcami do szóstej rano. Owszem, słowa piosenki zaczerpnięto z tej samej studni smutku, co liryki na poprzednich albumach („Czy nie wiesz, że jesteś królową?/Popękaną, łuszczącą się, przeżartą chorobą"). Mimo to ta rozpacz przeobraziła się, przynajmniej częściowo, w gniew i upór. Piosenka brzmi mrocznie, energetycznie i napędzają ją liczne partie syntezatorowe.

W jednej ze scen teledysku Hadreas wkrada się na posiedzenie rady nadzorczej. Wskakuje na stół w szpilkach i wpycha ogony homarów w usta siedzących przy nim mężczyzn w garniturach. Wokalista wypowiadał się już wcześniej o naciskach ze strony branży muzycznej, która chciałaby, żeby artyści-geje byli „mniej gejowscy". W tej scenie, wyzwalając swoją kampową siłę, dosadnie pokazuje jej przedstawicielom, żeby udławili się swoimi żądaniami. Mike szykuje się teraz do objazdu po USA w ramach swojej bieżącej trasy koncertowej. Zadzwoniliśmy do niego - a konkretniej do domu jego mamy, mieszczącego się na północ od Seattle - żeby spytać, co zmieniło się w jego karierze wraz z premierą trzeciego długogrającego krążka.

Pseudonim Perfume Genius po raz pierwszy pojawił się na twojej stronie na MySpace. Skąd wzięła się myśl, by użyć właśnie takiego aliasu?
Wcale się nad tym nie zastanawiałem! Gdy tworzyłem swój profil na MySpace, oglądałem akurat Pachnidło. Mój znajomy strasznie naśmiewał się z tego filmu (choć książka jest z kolei prześwietna!). Ciągle nazywał dzieciaka, który grał głównego bohatera, „jebanym perfumowym geniuszem". Jak stawiałem sobie stronę na MySpace, nie miałem pojęcia, że podpiszę kiedyś kontrakt płytowy. Że ta ksywka do mnie przylgnie. Także w ogóle tego nie przemyślałem. Chociaż gdybym wybierał pseudonim świadomie, mogłoby to wyjść jeszcze gorzej - byłby pewnie niesamowicie pretensjonalny. Czytałem wtedy mnóstwo bardzo poważnych książek.

Na przykład? Jakie inspiracje, obok tych muzycznych, wpływają na twoją twórczość?
Sporo filmowców: David Lynch, Lars von Trier, Michael Haneke. Każdy, który kręci podobne rzeczy. Czytam też dużo poezji. Jeśli chodzi o muzykę, odkąd sam ją robię, to słucham praktycznie tylko kawałków z listy Top 40. Oglądam też wybitnie gówniane programy telewizyjne i czytam kiepskie książki - nie wiem, co się ze mną stało! Wydaje mi się, że teraz bardziej potrzeba mi ucieczki. Katharsis, którego usilnie poszukiwałem... i wszystkie te mroczne klimaty... No cóż, obecnie sam to sobie zapewniam w ramach działalności muzycznej.

Jakich wykonawców słuchałeś jako dziecko?
Z początku słuchałem dużo muzyki mojej mamy. Potem, kiedy miałem 12 albo 13 lat, kupiłem sobie CD Liz Phair. I na dobrą sprawę dopiero wtedy zacząłem wsiąkać w muzykę. Kiedy byłem młodszy, jej pierwsze albumy były dla mnie naprawdę ważne. Lubiłem też smutnych i wrażliwych gości, takich jak Elliot Smith. No, i The Breeders - to chyba wciąż mój ulubiony zespół. Miałem też obsesję na punkcie Cat Power. Trzymam jeszcze nagrania jej występów na żywo. Jeśli wykonała w radio jakąś ze swoich piosenek, niechybnie wylądowała ona na moim discmanie. Robiłem z nich sobie własne składanki.

Jak wygląda teraz u ciebie proces nagrywania?
Żeby przygotować Too Bright, wynająłem dom i napisałem wszystkie piosenki w małym pokoiku na jego tyłach. Przedtem, kiedy byłem w trasie z moim poprzednim albumem, moje ego zaczęło się wszędzie rozpychać. Nie miałem właściwie czasu, żeby przetworzyć to, co mi się przytrafiło. To, że nagle rozpocząłem prawdziwą karierę. Że jestem muzykiem i gram koncerty. Dopiero gdy wróciłem do domu, spojrzałem z perspektywy na wszystko, co robiłem. Tak więc kiedy pisałem Too Bright, byłem dalece bardziej samoświadomy. Wiedziałem też, że podzielę się tą muzyką z ogromną ilością ludzi. Moimi fanami, ale także osobami, które mogą jej nie znosić.

Pracowałeś też z Adrianem Utleyem z Portishead, zgadza się?
Mój drugi album nagrywałem w Anglii, w Bristolu. Produkował go Ali Chant. Dlatego kiedy zrobiłem już demówki piosenek na trzecią płytę, wysłałem je Aliemu. Chciałem zobaczyć, czy ma może jakieś własne pomysły co do aranżacji. Gdy usłyszał brzmienie syntezatorów, nad którym pracowałem, od razu pomyślał o Adrianie. Chodziło też o mroczniejszy, ostrzejszy charakter niektórych piosenek. Zaczęliśmy więc pisać ze sobą i rozmawiać przez Skype'a we trójkę.

A jak doszło do tego, że teledysk do Queen wyreżyserował dla ciebie Cody Critcheloe z SSION?
Jestem po prostu jego fanem. Skontaktowałem się z nim przez Internet. W sumie, to byliśmy takimi przyjaciółmi z netu, z Twittera - słyszałaś o czymś takim, jak Twitter, co nie? Cody to niesamowity gość. Jak było już wiadomo, że będę kręcił teledysk, chciałem koniecznie stworzyć coś szalonego i fajnego. A on jest najbardziej szalony i najfajniejszy.

Od jakiej bazowej koncepcji zaczęliście pracę nad wideo?
W tym teledysku znalazło się mnóstwo cholernie dziwacznych rzeczy! Wysyłaliśmy sobie nawzajem mnóstwo odjechanych pomysłów. Później złożyliśmy je w kolaż, w taką przypominającą sen sekwencję. Ale moją centralną ideą była scena w pokoju rady nadzorczej. Terroryzowanie tych wszystkich białych kolesi w garniturkach. Nie przeszkadza mi odrobina kampu, jednak pragnąłem, żeby teledysk był też upiorny i filmowy. Lubię mieszać ze sobą poważne i zabawne elementy.

Czy kręcenie wspomnianej sceny sprawiło ci dużo radości?
Ujmę to tak - mam ochotę robić to raz na dzień. Dla mnie byłoby to odpowiednikiem codziennych ćwiczeń. Których nie praktykuję, ale podejrzewam, że to podobny rodzaj odreagowywania.

Pracowałeś z Adrianem, z Codym... Kto jest następny na twojej liście wymarzonych współpracowników?
Tu będę całkowicie szczery. Pierwszą osobą, którą przyszła mi na myśl, jest Mariah Carey. Nie wiem, co dokładnie byśmy razem zrobili. Ale na pewno Mariah - tak podpowiada mi instynkt.

perfumegenius.net

Kredyty


Tekst: Alice Newell-Hanson
Fotografia: Matthew Leifheit