młodzi polacy w barcelonie

Barcelona wbrew pozorom nie jest tylko miastem plaży i wiecznej imprezy. Jak się tu żyje na co dzień? Rozmawiamy z insiderami — młodymi Polakami, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę.

|
sty 31 2018, 11:03am

Ola Puławska

Jak znalazłaś się w Barcelonie?
Przeprowadziłam się ponad rok temu ze swoim chłopakiem, który już wcześniej tu mieszkał. Niczego nam nie brakowało, ale czuliśmy, że brak nam wyzwań i przygód. Po, zdawało się niezobowiązującej rozmowie, napisałam do znajomych z branży. Zrealizowaliśmy pomysł, gdy tylko pojawiła się propozycja pracy dla mnie.

Po 2 miesiącach intensywnego kursu hiszpańskiego i wsparcia chłopaka, rodziny i przyjaciół, spakowałam walizki, kota i... przeprowadziliśmy się.

Wcześniej pracowałaś w warszawskiej agencji Model Plus. Jak wygląda teraz twoja praca?
Zajmuję się poszukiwaniem i opieką nad rozwojem new face w agencji Elite. Jestem ich pierwszym kontaktem ze światem mody i przewodnikiem. Pomagam też we współpracy między nowojorskim, mediolańskim i paryskim oddziałem agencji.

Czym różnią się mieszkańcy Barcelony od Warszawy? Jaki mają styl?
W Polsce jesteśmy zdecydowanie bardziej wymuskani, każdy ruch i element aparycji jest przemyślany. Barcelończycy są bardziej naturalni i swobodni.

Jaka jest „Barcelona Girl”?
Paradoksalnie nie nosi tylko ciuchów z Inditexu. Ma wiatr we włosach związanych w niechlujnego koka, kupuje wygodne ubrania z lokalnych, wspaniale zaopatrzonych lumpeksów i seksownie popala papierosa.

Jak zmieniła cię ta przeprowadzka?
Mam w sobie więcej luzu. Nie irytują mnie rzeczy, które w Polsce doprowadzały mnie do szału, jak np. kolejka w sklepie, która wydłuża się, bo klientka zagaduje się z ekspedientką. Nauczyłam się, że dzień wolny, to naprawdę dzień wolny od pracy. Tutaj ceni się ten czas i respektuje u innych.

A co cię zaskakuje i wydaje się absurdalne?
Dlaczego za wszystkie rachunki ściąga się w Hiszpanii automatycznie z konta, a nie przez przelew? Czasem jak budzę się rano i z drżeniem patrzę na stan konta.

Możesz przytoczyć jakąś sytuację, która dobrze oddaje charakter miasta?
W dzień po ataku na Las Rablas w sierpniu 2017, ludzie zebrali się by uczcić ofiary. Siła oklasków i energetyczne krzyki „nie boimy się” były niesamowite. Czuć było, że ci ludzie naprawdę wierzą w potrzebę bycia otwartym i akceptującym inność. Nigdy nie czułam się tu zmarginalizowana. Reakcja na te okropne wydarzenia potwierdziły dla mnie piękno mieszkańców tego miasta.

Jeśli Barcelona jest piosenką?
Major Lazer - „Get free”. Bardzo pasuje do nocnego vibe’u Barcelony.

Miki

Czym się zajmujesz?
Jestem baristą. Pracuję w kawiarni niedaleko MACBA’y – Satan’s Coffee.

Jak trafiłeś do Barcelony?
Przeprowadziłem się dokładnie 2 lata temu. Chciałem zmienić polską szarówkę na inne otoczenie. Barcelona to koniec zimnej zimy i porcja słońca. Do tego w Hiszpanii mogę palić legalnie marihuanę bez groźby więzienia, co w Polsce zawsze przyprawiało mnie o niepokój. Dodatkowy impuls to te same marzenia bliskiej mi osoby.

Jak ma się kultura kawowa w Hiszpanii?
Dopiero tu raczkuje. Pojawia się wiele miejsc, ciężko jednak przebić się do „lokalsów”, którzy nie są przyzwyczajeni do jakościowej kawy i alternatywnych form parzenia. Nikt nie narzeka na ceny tak, jak Katalończyk przyzwyczajony do taniego cortado, które wypija tak chlustem, jak tequilę. Oczywiście z cukrem.

Czego oczekiwałeś od tego miejsca?
Moim priorytetem było znalezienie pracy i miejsca, które mogę nazwać własnym kątem. Wiadomo, miałem nadzieję na znalezienie dobrych ludzi i wspaniałych przygód. Barcelona dała mi to wszystko szybciej, niż się spodziewałem. Nigdy nie spotkało mnie nic złego, nieprzyjemnego. Na co dzień spotykam się z otwartością i życzliwością. Zdaję sobie sprawę, że zależy to też od energii, jaką kierujemy do otoczenia.

Planujesz zostać na długo?
Czekam na znak z kosmosu, żyje z dnia na dzień.

Co robisz w wolnym czasie?
Plażuję z dala od miasta, przesiaduję na dachu, chodzę na wystawy, szukam nowych smaków. Często też podglądam lokalnych deskorolkowców, spotykam znajomych. Praca zajmuje mi sporo czasu, więc kiedy mam wolne, staram się wrzucić na chill. Moje ulubione miejsca to plaża w Sant Pol del Mar, dach na budynku, w którym mieszkam i oczywiście Satan’s Coffee Corner, gdzie pracuję.

Jeśli Barcelona to hashtagi...
#lolki #bolki #pieskiwszedzie #deskorolki #pieczeskora

Marta Szewczyk

Czym się zajmujesz, jak tu trafiłaś?
Jestem fotografką, tworzę projekty, w których inspiruję się oglądanymi przez siebie filmami, cenioną przez siebie sztuką i otaczającą mnie rzeczywistością. W ostatnim roku bardzo dużo zaczęłam przemycać do swoich zdjęć towarzyszących mi emocji, taki czas, dużo przesileń.

W Barcelonie mieszkam od końca września 2016 roku — w Warszawie w powietrzu już czułam powiew zimy, a tu wciąż upały i ulice wypełnione po brzegi ludźmi. Głównym celem mojej przeprowadzki było rozpoczęcie studiów fotograficznych.

Czym różni się piękno w Barcelonie i w Warszawie?
Dla mnie piękno to minimalizm, funkcjonalizm, czystość i surowość. Inspiruje mnie zwłaszcza konstruktywizm i suprematyzm oraz fotografia lat 30 i czuję, że duży wpływ na moje inspiracje ma właśnie pochodzenie. Barcelona to secesja, architektura Gaudiego, ornamenty, faliste fasady, pozbawione prostych linii, nie do końca jest to moja bajka.

Jak wygląda podejście do studenta w Hiszpanii?
Po doświadczeniach systemu edukacyjnego w Polsce jestem bardzo miło zaskoczona. Wszyscy są tu dla mnie nadzwyczaj mili, w mojej szkole (IEFC) czuję, że profesorzy są osobami powołanymi do nauczania swojego fachu, sprawia im to przyjemność i satysfakcję. Nie uczą jedynie fotografii, ale szeroko pojętej kultury.

Barcelona znana jest z ruchu anty-turystycznego. Doświadczyłaś go? A może sama go popierasz?
Myślę, że mieszkając tutaj, trudno go nie doświadczyć. Co chwilę na ulicach natykasz się na ulicy na napisy ,,tourists go home” etc. Ja to rozumiem i popieram. Sama jestem ofiarą gentryfikacji będącej skutkiem turystyki, drożejących czynszów i zamykania lokalnych kawiarni. Jak tak dalej pójdzie, to Barcelona ulegnie tak głębokiej globalizacji, że zostanie odarta z resztek miejscowego kolorytu, a na mieszkanie tu będzie stać jedynie turystów. Nie wspominając o Gaudim, którego budynki uległy komercjalizacji na tak ogromną skalę, że z trudem na nie patrzę.

Co z barcelońskiego stylu życia wzięłaś dla siebie?
Nie wiem, czy istnieje dla mnie coś takiego jak ,,barceloński styl życia”, na pewno odkąd tu mieszkam dużo nauczyłam się o sobie. Staram skupiać się na swojej osobie i tym, co chcę osiągnąć, realizować swoje projekty. Tak naprawdę dużo czasu spędzam w samotności i to, czego się nauczyłam, to umiejętność osiągania w tej samotności stanu harmonii i spełnienia, nieoglądanie się na innych i nieprzejmowanie się zbyt wielką ilością rzeczy, na które nie mam wpływu. Ten rodzaj indywidualizmu chyba właśnie wzięłam stąd dla siebie.

Jakie masz plany na przyszłość?
Myślę, że zostanę tu na dłużej.

Marcel Dawid

W jakich okolicznościach przeprowadziłeś się do Barcelony?
Aplikowałem do Royal Academy of Arts i do Institute of Advanced Architecture of Catalunya. Razem z dziewczyną czekaliśmy na odpowiedzi ze szkół na walizkach. Padło na Barcelonę. Mój magister z zaawansowanej architektury był niesamowitą przygodą. Roczny interdyscyplinarny kurs łączący projektowanie, technologie, robotykę czy hodowanie materiałów. Studiowałem, a teraz pracuję w postindustrialnej dzielnicy Poblenou, która jest lokalnym startupowym miasteczkiem i centrum innowacji.

Wcześniej pracowałeś w Tokio. Jakie różnice odczułeś między japońską, a katalońską dynamiką?
W Japonii nikt nie buntował się i nie kwestionował poleceń przełożonego. Liczyły się długie godziny pracy, nawet w weekendy. Dało się odczuć hierarchię. Aktualnie pracuję w teamie międzynarodowym, zbazowanych w 3 miastach na świecie, kulturę mamy bardziej anglosaską. Z innych doświadczeń mogę powiedzieć, że decyzje w lokalnych firmach podejmowane są bardziej emocjonalnie, co ma dobre i złe strony. Wszyscy bardzo szanują swój czas po 18 przerwa na jedzenie jest święta. Jesteśmy wyluzowani i otwarcie przedyskutowujemy argumenty z szefem. Warszawa chyba jest gdzieś pomiędzy tymi ekstremami.

Co cię zaskoczyło?
Brak sjesty. Oczywiście styl pracy jest luźny, jednak gdy trzeba przyznać, że Katalończycy bardzo ciężko pracują.

Jakie są plusy, a jakie minusy Barcelony?
Oczekiwałem miasta dynamicznego i aktywnego, ale i bez presji która idzie w parze ze statusem międzynarodowej metropolii, no i taka Barcelona rzeczywiście jest. Łatwo jest tu cieszyć się z małych przyjemności. Kawa w barze na rogu, tapasy ze znajomymi. Ciągle dziwi mnie ilość wolnych dni i świąt, które naprawdę nie wiem skąd się biorą. Z drugiej, dla osób nie mówiących chociaż po hiszpańsku sprawy administracyjne mogą być wyzwaniem. Wyrobienie lokalnego numeru podatkowego potrafi przeciągnąć się do kilku wizyt w urzędzie dla cudzoziemców.

Na czym polega wyjątkowość miasta?
Otwartość na ludzi. Dzieje się tu naprawdę dużo. Reakcją zarówno na sukcesy, jak i potknięcia jest uśmiech.

Sprawdź też: