pat bogusławski — movement director

W swoim portfolio ma sesje z Victorią Beckham, FKA Twigs,​ filmy modowe dla Helmuta Langa i Issey Miyake. Uśmiecha się i dodaje, że zna tylko trzy inne osoby na świecie, które pracują w jego zawodzie.

tekst Basia Czyżewska; zdjęcia: Tori Ferenc
|
lut 1 2018, 12:13pm

„Wszystko polega na tym, że ustawiam ciało, wymyślam ruch modelom do zdjęć i filmów modowych i robie to inaczej niż choreograf. To chyba wszystko”, mówi o sobie Pat, który jest reżyserem ruchu (movement director), pracującym przy filmach i sesjach modowych. Podkreśla, że to zajęcie wcale nie jest nowym pomysłem — podobno kampanie Versace z lat 90. powstały we współpracy z pierwszymi reżyserami ruchu specjalizującymi się w modzie.

Ta historia jest trochę jak scenariusz filmu o spełniających się marzeniach: Wierz w siebie, kieruj się sercem i bądź wytrwały, a elementy życiowej układanki poskładają się w piękny i zaskakujący obrazek. Ale tak naprawdę jego opowieść jest lepsza, bo jest prawdziwa i udowadnia, że w branży modowej wciąż jeszcze znajdzie się miejsce na śmiałe, absurdalne pomysły.

„Zawsze szukałem siebie gdzieś na styku sztuki i branży kreatywnej”, wspomina Pat. Jeszcze kilka lat temu, gdy jego kariera modela toczyła się wartko, głęboko czuł, że nie zaspokajała wszystkich ambicji. Eksperymentował — zrobił kursy dla tancerzy w LA, tańczył zawodowo, oblał egzaminy na studia szkoły aktorskiej w Polsce, kombinował z muzyką... „ Nosiło mnie, wyprowadziłem się do Londynu i szukałem swojego miejsca chodząc na castingi. Są tacy modele, którzy przychodzą, zakładają ciuchy i wychodzą, a ja musiałem wszystko wiedzieć — co robimy z kim pracuję, jak to powstaje. Czułem, że czasami na castingach moja uroda odstawała od założeń, ale nadrabiałem ruchem i ekspresją, potrafiłem przekonać do siebie ludzi i przechodziłem. Lubiłem ten świat, ale miałem w nim swojego miejsca”.

„Któregoś dnia, mój ówczesny partner, który był choreografem i czasami pracował na sesjach, nie mógł pojechać na zdjęcia. Zapytał mnie, czy może nie znam kogoś, kto mógłby to zrobić. A ja rzuciłem: ‚Tak nazywa się Pat Bogusławski’. Zaczęliśmy się śmiać, ale w tym samym momencie pomyślałem, że ja wcale nie żartuję, naprawdę chciałbym się tym zajmować”. Tak zakiełkował plan, Pat zaczął się do niego przymierzać, konfrontować w rozmowach z ludźmi. W końcu pojawiła się szansa — zadzwoniła FKA Twigs. „Kumplowaliśmy się, lubiła mnie i postanowiła dać mi szansę. Spytała, czy mógłbym jej pomóc na planie sesji, chodziło o ustawienie ruchu dla niej i sześciu modeli. Pomyślałem wtedy: 'O nieeee, ja się boję!'. Byłem na maksa zaskoczony! Ale ona tyle dla mnie zaryzykowała, nie mogłem przepuścić takiej szansy”.

Świat zawirował i kilka zupełnie różnych doświadczeń z przeszłości zaczęło składać się w konsekwentną drogę: taniec, który porzucił kilka lat wcześniej, doświadczenie pracy modela, znajomość branży, zainteresowanie fotografią.

Pat nie czuje się choreografem, podpisuje się jako move director. Jego praca różni się metodą. Nigdy nie przychodzi z gotowym układem, jego przygotowania do zdjęć polegają na dogłębnym riserczu. „Oglądam zdjęcia fotografa, z którym będę pracować, staram się wczuć w klimat. Oglądam prace stylisty. Podsyłam materiały referencyjne. A późnej na planie poznaję modelkę i łącze w głowie te wszystkie elementy: estetykę, światło, ubrania i człowieka. Na końcu improwizuję. Ustawiam się na przeciwko modelki i proponuje jej pozę, którą ona powtarza patrząc na mnie jak w lustro”. To jaki charakter ma dziewczyna, jakie są jej fizyczne możliwości, mocno określa kształt tego, co może się wydarzyć.

„Uwielbiam spotkania z modelkami albo artystami którzy pracują od wielu lat, oni wiedzą kim są, mają świadomość swojego ciała. Kiedy pytam jak połączyć kreatywne podejście z autentyzmem, czyli nowym kierunkiem świata mody, odpowiada od razu: „Ja to nazywam ping-pongiem. Coś pokazuje, ona to interpretują — oddaje mi coś innego, ja znów na to odpowiadam. Razem idziemy w określonym kierunku. Właśnie o to mi chodzi!”.

Pat chce, żeby jego ruch był wartością dodaną w sesji a jednocześnie pozostawał niewidoczny. „Choreografom, którzy na codzień pracują w studiach tańca, często zarzuca się, że traktują modelki, jak tancerzy, efekt ich pracy jest za mocny. Pozy są przerysowane”. Tancerz musi zwracać na siebie uwagę, wypełnić scenę, a fotografii wystarczą delikatne gesty. „Chodzi o budowanie nastroju, współgranie z innymi elementami zdjęcia”, dodaje.

Do każdej sesji podchodzi jak do otwartego eksperymentu. Czasami jego ingerencja jest subtelna innym razem wywraca wszystko do góry nogami. „Chyba najtrudniejsze są dla mnie bliskie portrety. Nie mam dużego pola do popisu. Wtedy ustawiam kręgosłup, barki, szyję. Z ubrań nie znoszę zimowych płaszczy i ciężkich butów — w takich ciuchach nic się nie da zrobić”.

Czasami zdarzają się też momenty zupełnego szaleństwa. „Uwielbiam pracować z Lily McMenamy. Kiedyś wymyśliłem, że na zdjęciach do filmu modowego zagram jej cień, stanę z tyłu wymalowany czarną farbą, jak w scenie z horroru. Lilly miała na sobie niesamowitą sukienkę, zrobiony make-up i włosy. Zaczęliśmy naszą grę — dawałem jej wskazówki, ona słuchała, a póżniej zobaczyłem, jak się rozkręca i j-e-d-z-i-e! Nie miała żadnych barier. W pewnym momencie załapała mnie za ręce i cała się wymazała — twarz włosy, ubranie — wszystko rozwalone. Zachowywała się jak w transie. Ekipa była przerażona, a ja zachwycony. Przecież wcale nie kazałem jej tego robić, ona sama poczuła! To było coś. Mieliśmy świetne zdjęcia”.

Pat pracuje jako movement director od ponad dwóch lat, sam jest zdziwiony, że sprawy potoczyły się tak szybko. „Jestem szczęściarzem”, kokietuje. Kiedy pytam go plany w perspektywie kilku lat mówi, że nie ma na to czasu. Teraz żyje w intensywnym rytmie kolejnych zdjęć i projektów, później zobaczy.

Jego energia i pomysł na drogę inspiruje innych. Pat ma już fanów i naśladowców. „To zabawne, ale dostaje dużo pytań o swoją pracę od dzieciaków, które piszą, że tez chciałby by 'robić coś takiego'. Dziewczyna, która jest instruktorką jogi , chciała zostać moją asystentką, żeby się uczyć. To miłe, myślę, że ten zawód jest bardzo potrzebny i ma przyszłość, ale na pewno też sporo wymaga”. Poza tańcem i znajomością mody chodzi też o charakter. „Trzeba być cierpliwym i otwartym. To praca zespołowa. Osoba, z którą pracujesz, musi ci zaufać, wiedzieć, że tu nie chodzi o twoje ego. Ty widzisz coś z boku i wiesz, co można zrobić, żeby było lepiej. Grasz z nią w tej samej drużynie, tak jak fotograf, makijażysta, czy stylista. Współtworzysz te zdjęcia”.