pierwszy concept store na ibizie

Odwiedźcie kwiecisty butik, który zainspirował nową kolekcję Loewe.

|
sie 9 2017, 4:29pm

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

Armin Heinemann nigdy nie planował, że otworzy sklep. Nie miał nawet zamiaru wyjeżdżać na Ibizę. Był wziętym architektem z domem, mieszkaniem i ubezpieczeniem zdrowotnym w rodzinnych Niemczech. Na wyspie znalazł się dopiero po zakończeniu nieszczęśliwego małżeństwa. Zwabił go tam zapach olejku z paczuli i wskazówka jakiegoś kolesia z baru w Kolonii. Ibiza wczesnych lat 70. znajdowała się pod oblężeniem hipisów i wydawało się, że tworzy się na niej nowa cywilizacja. Bardziej uduchowiona i prymitywna, w której włosy były długie, a pantalony szerokie. Było to miejsce, gdzie jednego dnia można było sobie siedzieć na krawężniku, a drugiego nagle dostać ofertę prowadzenia sklepu na starym mieście. Tak właśnie powstał pierwszy concept store na Balearach.

Paula's Ibiza była czymś więcej, niż tylko sklepem. To był cały styl życia, zainspirowany naturą na wyspie. We wnętrzu ściany i sufit były pokryte kwiatowymi materiałami. Masa świeżych kwiatów wisiała pod stropem w wielkich bukietach. Klimat był naturalny i romantyczny, zupełnie jak w bogate, lejące się kreacje na wieszakach. Nad drzwiami wisiała muzealna tabliczka z czerwonym sznurkiem — dodawała tylko smaczku butikowi, który był ucztą dla oczu. Nic dziwnego, że przyciągał wszystkich: gościli w nim Donna Summer, Freddie Mercury, Valentino i Jean-Paul Gaultier.

Paula's Ibiza stała się fundamentem nowej współpracy, której pomysłodawcą był dyrektor kreatywny LOEWE, Jonathan Anderson. Projektant natknął się na butik w dzieciństwie, gdy w trakcie wakacji odwiedził wyspę. Armin podzielił się z nim nie tylko oryginalnymi wzorami i krojami z archiwum, ale także użyczył swojego głosu. Pojawił się na wyprodukowanym specjalnie z tej okazji kawałku „Close to Paradise", napisanym przez belgijski duet DJ-ów Soulwax i nadzorowanym przez reżysera dźwięku Michela Gauberta.

„Dla mnie ważne było, że przybyliśmy na Ibizę jako hipisi", mówi dziś Armin. „Wszystko było oparte na naszym hipisowskim życiu: to, co widzieliśmy, nasz styl życia, sposób funkcjonowania sklepu — po prostu wszystko". Kolekcja już trafiła do sklepów, dlatego czym prędzej przeczytajcie nasz wywiad z samym Arminem Heinemannem.

Jakie wrażenie wywarła na tobie Ibiza we wczesnych latach 70.?
Przypłynąłem łodzią w nocy i niewiele się działo. Prawie nie było samochodów, więc wyspa miała bardzo wiejski klimat, a natura była potężna. To ona wywarła na mnie największe wrażenie. Przybyłem z Niemiec w październiku, więc [w ojczyźnie] liście już opadły, było ciemno i zimno. A na Ibizie panowała wiosna. Wszystko było zielone, kwiaty kwitły. Poczułem pasję, która bardzo mocno porusza. Szczególnie, gdy ma się doła, a tam nagle wszystko jest takie otwarte, wolne, naturalne, kwitnące, powietrze jest czyste, morze szumi. Bardzo przytłaczające doświadczenie.

Jak doszło do otwarcia sklepu?
Jak do tego doszło? Z tego samego powodu, z którego mam wszystko — po prostu zaakceptowałem to, co przyniósł mi los. Siedziałem z jakimiś hipisami na ulicy i ktoś bardzo chciał mi sprzedać sklep. Namawiał mnie z takim zapałem, że w końcu powiedziałem: „Dobra, wezmę go".

Czy wcześniej projektowałeś ubrania?
Nigdy. Wcześniej byłem architektem. Byłem architektem i zostawiłem wszystko w Niemczech. Wszystkie moje szkice. Ostatnie pieniądze wydałem na zakup sklepu. Pomyślałem, że wiosną będę mógł znów go odsprzedać za trochę większą sumę. Później znalazłem pod drzwiami pocztówkę od kobiety z Niemiec, która prosiła o jakieś bluzki. Poszukałem materiału i uszyłem jej trzy bluzki. Pomyślałem: „Cóż, może powinieneś spróbować czegoś nowego?". Za to, co zarobiłem na bluzkach, kupiłem więcej materiału i tak to się zaczęło. Zacząłem dosłownie od zera.

Jakie inspiracje kryły się za ubraniami, które tworzyłeś?
Natura i proste życie. Szczerze mówiąc moje pierwsze projekty były pomyłkami. Popełniałem błędy tłumacząc rzeczy krawcowej, a ona opacznie rozumiała mój kiepski hiszpański. Rezultaty różniły się od tego, co miałem w głowie, ale myślałem sobie: „Kurczę, to wygląda nieźle". Sukienki były krótsze z przodu i dłuższe z tyłu. Ciągle do tego dochodziło.

Jaki był sam sklep?
Same dekoracje były bardzo, bardzo bogate. Było pełno kwiatów. Przyczepiliśmy materiały w kwieciste wzory do ścian, sufitu i szaf. Wszędzie były prawdziwe kwiaty, małe laleczki i śmieszne gadżety z pchlich targów. Na początku pracowała tam pewna angielka. Była bardzo miła, nazywała się Angela, miała duże piersi i świetne ciało. Była bardzo otwarta i dużo mówiła. A do butiku przychodzili tylko mężczyźni. Pomyślałem, że Stuart [Rudnick, współzałożyciel] byłby o wiele lepszy, bo był przystojny, czarujący i miał niesamowite wyczucie podczas rozmowy, potrafił przekonać ludzi do tego, w co powinni się ubrać. Wykształcił sposób stylizowania ich w niezwykły sposób.

Kim byli wtedy twoi klienci, jakimi byli postaciami?
Na samym początku to byli dziwacy. Nasze ubrania były bardzo tanie, więc przychodzili ludzie, których znaliśmy i którzy nas odkryli spacerując po starym mieście. Później staliśmy się trochę bardziej znani i oczywiście zmieniła się klientela, stała się bardziej międzynarodowa i artystyczna. Ludzie z telewizji i kina. Donna Summer, słynna piosenkarka, przyjechała tam w latach 70. i kupiła jedną z naszych pierwszych sukienek. Wieść się rozniosła. W końcu przybył do nas Gaultier. Boy George. Freddie Mercury. Przyszedł kilka razy i kupił różne rzeczy. Nigdy się nie reklamowaliśmy, wszystko rozniosło się pocztą pantoflową.

Z perspektywy czasu co najbardziej zapadło ci w pamięć?
Nie pojechaliśmy tam, żeby dobrze się bawić i czuć. Pojechaliśmy tam, bo byliśmy zrujnowani. Mieliśmy nadzieję odnaleźć miejsce bez presji, w którym mogliśmy spróbować zebrać się do kupy, coś zrobić. Dotyczyło to nie tylko mnie, ale wszystkich, których tam poznałem. Tak wyglądała nasza społeczność, to nas łączyło — potrzeba wspierania się nawzajem, żeby się wziąć do kupy. W końcu mogę powiedzieć, że to się udało.

Soulwax's Close to Paradise (Współpraca Gaubert/Loewe) jest już dostępna w sprzedaży.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Matthew Whitehouse