więcej-więcej-więcej, czyli przemysł modowy na krawędzi

Po niedawnym odejściu Rafa Simonsa z Diora i Albera Elbaza z Lanvin świat mody domaga się zmian - przede wszystkim odrzucenia dyktatu pracy i konsumpcji.

tekst Anders Christian Madsen
|
02 Listopad 2015, 10:15am

Raptem kilka dni po zaskakującym odejściu Rafa Simonsa z Diora serwis WWD ogłosił, że Alber Elbaz rezygnuje ze stanowiska dyrektora kreatywnego w Lanvin. Wcześniej Elbaz odebrał nagrodę Superstar na imprezie Fashion Group International's Night of the Stars. W wygłoszonym z tej okazji przemówieniu podkreślił, jak zmieniła się rola projektantów mody. — Na początku byliśmy krawcami; mieliśmy marzenia, intuicję i uczucia. Potem zostaliśmy dyrektorami kreatywnymi, co wiązało się z tworzeniem, ale przede wszystkim z kierowaniem. Obecnie mamy być twórcami obrazków; naszym zadaniem jest sprawić, by rzecz dobrze wyglądała na zdjęciu. Ma być ostro i wyraziście. Dziś zasada jest taka, że obraz ma krzyczeć. [...] A ja wolę szept. Jest głębszy i trwa dłużej — powiedział. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Elbaz zastąpi Simonsa w Diorze. Podczas gdy my próbujemy oswoić się z tą zmianą, przemysł modowy zastanawia się, gdzie się podziało jego ludzkie oblicze.

Media modowe poświęcają tak wiele uwagi decyzji Rafa Simonsa, ponieważ pokazuje ona, że przemysłowi modowemu grozi poważny kryzys. - Wszystko to, co się dziś dzieje, sprawiło, że zacząłem kwestionować wiele rzeczy, zresztą nie tylko ja - oznajmił projektant przed swym ostatnim pokazem dla Diora, który odbył się w październiku. Miał na myśli obecny system, w którym projektanci pracujący dla wielkich marek muszą wymyślić i zaprezentować trzy kolekcje w ciągu jednego sezonu: haute couture, pre-kolekcję i prêt-à-porter. Simons nie zajmował się w Diorze modą męską - to działka Krisa Van Assche — ale gdyby i to należało do jego obowiązków, musiałby wyprodukować jeszcze jedną pre-kolekcję i kolekcję prêt-à-porter. Pomijamy tu jego własną markę dla mężczyzn, w ramach której przygotowuje co sezon osobną kolekcję.

W świecie mody dominuje opinia, że to właśnie ciągła presja na dostarczanie nowych kreacji stała się przyczyną jego odejścia. I nie ma dziś znaczenia, czy tak było naprawdę. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na reakcję opiniotwórczych postaci ze środowiska na decyzję Simonsa: wszyscy ostrzegają, że przemysł modowy czeka Wielki Wybuch, i to szybciej niż nam się wydaje. Jak pisze Sarah Mower z amerykańskiego Vogue'a, pożegnanie projektanta z Diorem to „powód do refleksji nad całym światem mody, który z niewiadomych przyczyn zupełnie stracił nad sobą kontrolę". Z kolei Suzy Menkes z brytyjskiego Vogue'a tak komentuje fakt, że Simons z braku czasu nie pojawił się na zeszłorocznym festiwalu sztuki Frieze: „Nie mieć czasu na jednodniową podróż z Paryża do Londynu, na szukanie inspiracji [...]? Czy naprawdę tak wygląda dziś życie projektanta mody?"

Odsuwając na bok kwestię braku czasu, Rebecca Lowthorpe z brytyjskiego Elle chwali Simonsa za to, że odszedł z Diora na własnych warunkach: „W świecie, w którym powierzchowność stała się kluczową miarą sukcesu, on pozostaje wierny autorskiemu podejściu do projektowania. Podczas gdy jego pionierskie pomysły pchają do przodu świat mody, wszystkich bardziej interesuje to, ile Kardashianek posadziło tyłki w pierwszym rzędzie." Jak widać, modowi arbitrzy dobrego smaku, a także prasa i buyerzy, którzy zmuszeni są przetrawić niemożliwą liczbę wypuszczanych co sezon kolekcji, uznali, że miarka się przebrała.

Wymóg obecności na tygodniach mody prêt-à-porter oraz odbywających się w odległych zakątkach świata pokazach pre-kolekcji (nie mówiąc już o trwających wiele tygodni pielgrzymkach do pracowni pomniejszych projektantów, którzy właśnie tam prezentują swoje pre-kolekcje) sprawia, że przemysł modowy jest dziś zupełnie inny niż raptem dziesięć lat temu, a co dopiero w latach 80-tych czy 90-tych.

Weterani zajmujący wówczas te same stanowiska co dziś odczuli tę zmianę bardziej niż jakikolwiek projektant - może z wyjątkiem Karla Lagerfelda — i, jak zauważa Lowthorpe, nie chodzi tutaj tylko o napięty grafik. Choć kultura celebrycka zawsze stanowiła część świata mody, to obecnie przepracowani redaktorzy i buyerzy zmuszeni są koegzystować z przemysłem rozrywkowym i jego nieustającym pędem do uczynienia z pokazu mody „głośnego wydarzenia".

Alber Elbaz na pokazie kolekcji Lanvin wiosna/lato 2014

W takich warunkach prędzej czy później coś musi pęknąć, i nie mówię tu o sławetnym tyłku Kim Kardashian. Celebryci i kultura Instagramu uosabiają nadmierną konsumpcję widoczną obecnie w świecie mody, ale są to zaledwie efekty uboczne nienasycenia i braku zdolności koncentracji, zarówno naszego jak i koncernów, które z radością podtykają nam te treści pod nos. Taka mentalność prowadzi nie tylko do wydrenowania do cna twórczych umysłów, ale i do zaśmiecania całego świata. „Moim zdaniem cykl w jakim funkcjonuje obecnie świat mody ma realny wpływ na naszą planetę. Czy naprawdę potrzebujemy co pół roku nowych ubrań? Wiem, że to biznes, ale czy nie ma innych sposobów na to, by się wystroić bez grzebania w śmieciach? Ja na przykład lubię nosić rzeczy, które były modne w poprzednim sezonie" mówiła Nadja Swarovski w wywiadzie dla zimowego numeru i-D.

Rozwiązanie wydaje się proste: należy ograniczyć skalę produkcji, wypuszczać mniej kolekcji i organizować mniej pokazów, odrzucić dyktat więcej-więcej-więcej. Jest to jednak całkowicie niemożliwe, ponieważ zdrowy rozsądek nigdy nie wygra z pieniędzmi. Możemy co najwyżej uczyć się od tych, którzy mają zdrowe podejście. Np. od Ricka Owensa — jego młoda, organicznie rozwijana firma to obecnie duży biznes, ale ciągły wzrost nigdy nie był dla niego priorytetem. Owens wypuszcza trzy kolekcje na sezon, ale nie ma się poczucia, że jest to w jakikolwiek sposób wysilone. Jego estetyka rozwija się po cichu z sezonu na sezon, podczas gdy on sam odgrywa przedstawienie przed światem mody, przekazując w ten sposób wszystkie kluczowe emocje i komunikaty. Tego właśnie potrzebuje przemysł modowy.

Dries Van Noten jest właścicielem jednej z najważniejszych niezależnych marek modowych, a nawet nie wypuszcza pre-kolekcji. „Osiągnąłem sukces między innymi dlatego, że moje podejście do mody jest zupełnie odmienne od podejścia prezentowanego przez największych graczy, które uważam za mało interesujące. Wiele kolekcji projektuje się wyłącznie ze względów marketingowych. Kwestię sprzedaży załatwia się przez pre-kolekcje; to między innymi dlatego ubrania prezentowane na pokazach nigdy nie trafiają do sklepów. Ludzie szanują moje podejście, bo wszystko co pokazujemy jest potem do normalnie kupienia. Nigdy nie projektujemy niczego z myślą wyłącznie o pokazie" mówił w wywiadzie, który przeprowadziłem z nim w 2011 roku.

Dziś Van Notenowi i Owensowi zazdrości chyba każdy projektant pracujący w przemyśle modowym. Niestety, nie każdemu dane jest stworzyć dużą niezależną markę modową, a stare, wielkie marki zawsze będą potrzebować projektantów. Wydaje się jednak, że dziś, gdy świat mody znalazł się na krawędzi, nadszedł czas, by pokolenie projektantów na stanowiskach dyrektorów kreatywnych zeszło z karuzeli i zażądało zmian, tak jak uczynili to ostatnio Simons i Elbaz. - Chciałbym zrobić coś spokojnego. Spokojnego, pięknego, wrażliwego i romantycznego — powiedział ten pierwszy w wywiadzie dla WWD przed pokazem swej kolekcji na ten sezon. Wypada tylko dodać: amen.

Przeczytaj też:
Wpływ mody na zdrowie psychiczne
Filozofia mody w 35 cytatach
Rozmiar 36 to już za dużo dla przemysłu modowego?

Kredyty


tekst: Anders Christian Madsen
zdjęcia: Mitchell Sams

Tagged:
Dior
Rick Owens
Μόδα
lanvin
Raf Simons
alber elbaz