Reklama

intymne portrety squattersów z lat 90.

Fotografka Ash Thayer uwieczniła 8 lat z życia punków mieszkających na skłotach w nowojorskiej dzielnicy Lower East Side.

tekst i-D Staff
|
27 Lipiec 2015, 1:45pm

Photography Ash Thayer

Wcale nie tak dawno temu, budynki Lower East Side, w których obecnie mieszczą się trendy lokale z mrożonym jogurtem, a także „luksusowe" apartamenty o wielkości pudełka do butów, niegdyś stały puste i były bardzo zniszczone. W 1992 roku studentka fotografii Ash Thayer wylądowała na ulicy bez dachu nad głową i pieniędzy, po tym, jak właściciel jej mieszkania wyrzucił ją na bruk, a kaucję zatrzymał dla siebie. Ash nie została jednak na lodzie, bo pomogli jej znajomi punkowcy, którzy przyjęli ją pod dach skłotu [ang. squat - opuszczona nieruchomość zajęta bez zgody właściciela] o nazwie See Skwat. Ash dołączyła do społeczności, która poświęciła lata na sukcesywne odbudowywanie dzielnicy. Przez następne 8 lat, fotografka uwieczniła na zdjęciach domy rodzinne znajomych squattersów, ich życie codzienne i walkę przeciwko gentryfikacji. Zebrane obrazy stworzyły niezwykle poruszający album pt. Kill City: Lower East Side Squatters 1992-2000, wydany w tym roku. Spotkaliśmy się z Ash w publicznej bibliotece w Nowym Jorku, aby porozmawiać z nią o tym, w jaki sposób młodzi ludzie mają szansę zmienić świat za pomocą aktywizmu politycznego, punkowej mentalności i pozytywnego myślenia. 

Jak zaczęła się twoja przygoda z fotografią?
Miałam nauczyciela w liceum w Memphis, Tennessee, który bardzo pomógł wielu swoim uczniom rozpoczęcie kariery artystycznej. Nauczył nas tego, co się dzieje na świecie, jak składać papiery na studia, a także pomógł otrzymać stypendia w bardzo prestiżowych szkołach artystycznych. Wielu z nas była tzw. trudną młodzieżą, włącznie ze mną. Ja byłam wyrzutkiem, najpierw zmieniłam się w metalówę, potem odkryłam punk rock, któremu zawdzięczam wiele pozytywnych rzeczy. Wyprowadziłam się od rodziców jeszcze zanim skończyłam szkołę, a wspomniany nauczyciel zachęcił mnie, żebym zaczęła robić zdjęcia. Na początku fotografowałam swoich znajomych ze sceny punkowej, a kilka pierwszych klisz zdołało wygrać Scholastic Awards [nagrody dla młodych artystów i pisarzy]. Następnie otrzymałam stypendium od School of Visual Arts w Nowym Jorku.

Jak to się stało, że zaczęłaś mieszkać na skłocie?
Przeprowadziłam się do Nowego Jorku na studia i kontynuowałam robienie zdjęć scenie punkowej, zwłaszcza koncerty w klubach Continental i CBGB. Ale byłam wtedy cholernie spłukana. Żyłam z marnych groszy, które mi zostawały z pożyczki studenckiej, pracowałam na pół etatu i było mi strasznie ciężko jednocześnie utrzymywać pracę i studia. Wyrzucili mnie z mieszkania i zatrzymali sobie naprawdę sporą kaucję, więc serio, zostało mi dosłownie zero pieniędzy. Miałam tylko dwie opcje: albo rzucić szkołę i wrócić do Memphis, albo wymyślić rozwiązanie. Poznałam wtedy punków, którzy mnie przyjęli na swój skłot See Skwat. Punki zawsze nawzajem o siebie dbali, pomagali sobie, bo przyjaźnie były wszystkim, co mieliśmy.

Budynek był wtedy w kompletnej ruinie. Zaczęli go powoli naprawiać, ale to wyglądało jak scena z odcinka Dextera: bzycząca żarówka w przedpokoju i rozpadające się schody. Musieliśmy zakrywać okna na noc, żeby nikt z ulicy się nie zorientował, że mamy prąd. Naprawdę trzeba było nauczyć się szacunku i zaufania do ludzi. Mieszkali tam głównie młodzi crust punkowcy, wielu nich miało problem z dragami czy alkoholem, ale każdy poważnie traktował squatting i politykę.

Co się stało w momencie, gdy zaczęli się rozprawiać ze skłotami?
Giuliani wydał miliony, żeby się pozbyć squattersów. Chodziliśmy na wszelkie spotkania, gdzie podejmowano ważne dla nas decyzje. Urządzaliśmy marsze i demonstracje, żeby podnieść świadomość ludzi w okolicy, robiliśmy też imprezy, na które zapraszaliśmy sąsiadów. Większość rzeczy służyła byciu częścią społeczności, pojednaniu i integracji. Jako że w Lower East Side było tyle pustych budynków, wielu squattersów mieszkało obok siebie, co pozwalało nam się nawzajem wspierać. Jeśli pojawiały się problemy, pomagało się tym, którzy tego potrzebowali. Wytworzyła się bardzo ciasna i silna społeczność, gotowa do walki o budynki, co zresztą miało miejsce. 

Gdy zaczęłaś fotografować, celem było uwiecznienie twojego życia z dnia na dzień, czy chodziło bardziej o szerszy zamysł kulturowy?
Szczerze to nie miałam żadnego konkretnego planu, przede wszystkim robiłam zdjęcia ludziom obecnym w moim życiu. Na pewno w okolicy było wiele innych rodzin i ludzi bardziej zróżnicowanych etnicznie, ale ja trzymałam się z punkami, bo z nimi się utożsamiałam, poza tym lubiłam punk. Jednak wtedy nie wszyscy mieli aparaty, a squattersi potrzebowali oficjalnej dokumentacji dot. postępów z odnową budynków i oddzielnych mieszkań. Wiedzieliśmy, że nadejdzie ten dzień, najprawdopodobniej w sądzie, kiedy będziemy potrzebowali dowodów naszej ciężkiej pracy.

Kobiety na twoich zdjęciach wydają się bardzo silne i niezależne. Jak wyglądała dynamika płci w squatterskiej społeczności?
W sumie to jest kultura raczej zdominowana przez mężczyzn przez całą tę szorstkość, ale dynamika płci zależała przede wszystkim od budynku. Niektóre miały były dosyć zbilansowane, to zależało też od tego, kto był w danym skłocie pierwszy. Inne nadawały się bardziej dla dzieciaków, więc było tam więcej rodzin. Wszyscy nosiliśmy robocze ciuchy, więc środowisko było bardzo praktyczne, ale przede wszystkim, nikt nikogo nie uprzedmiotowiał ani nie traktował jako obiekt seksualny.

Patrząc wstecz, czego nauczyłaś się nie jako fotografka, ale jako osoba?
Jako fotografka, nauczyłam się wielkiej wrażliwości w dokumentowaniu subkultur i społeczności, wyczuliłam na potrzeby ludzi i na to, żeby zdjęcia przede wszystkim były za zgodą tych, których się fotografuje. To doświadczenie nauczyło mnie też wartości grupy - jak ludzie mogą osiągać różne rzeczy dzięki bezpośredniej akcji. Zazwyczaj istnieje apatia w stosunku do rządu. Bardzo łatwo jest się czuć bezsilnym, ale ja nauczyłam się tego, jak ważne jest, by właśnie aktywnie angażować się w lokalne kwestie. Poprzez upór, masę krytyczną jako zjednoczona grupa i stawianie się za tym, na czym nam zależało, wywalczyliśmy aż 11 budynków.

Myślę, że to jest przesłanie dla następnych pokoleń: nie musisz być punkowcem czy squattersem, nie musisz nawet podejmować żadnych nielegalnych działań (no ok, czasami trochę trzeba), ale masz potencjał działania. Ten album pokazuje, że młodzi ludzie, nawet ci spłukani i pozornie bez żadnych szans, mogą wiele zmienić.

ashthayer.net

Zobacz również: Skoro punk nie umiera, to jak się starzeje?

Kredyty


Tekst: Emily Manning
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia: Ash Thayer

Tagged:
punk
NY
lower east side
Ash Thayer
squat
nowy jork
squatting
Kultura