w cieniu bloków

Na tych zdjęciach nie odróżnisz Warszawy od Moskwy czy Pekinu. Marek M. Berezowski pokazuje grozę i piękno współczesnych miast.

tekst Mateusz Sidorek i Basia Czyżewska
|
05 Grudzień 2017, 4:07pm

„Wychowałem się na wielkim warszawskim blokowisku i właściwie niezależnie od tematu, który realizuje, czy była to historia o powojennym społeczeństwie w Kosowie, czy aktualna wojna w Donbasie, zawsze zwracam uwagę na życie na osiedlach z wielkiej płyty. Myślę, że mój stosunek do blokowisk to połączanie nienawiści i fascynacji”, mówi o Marek M. Berezowski — dokumentalista, który przez cztery lata podróżował pomiędzy Pekinem i Berlinem, żeby fotografować miasta.

Monumentalne wieżowce zatopione w smogu, gigantyczne place budowy, bezludne betonowe przestrzenie wyglądają jak scenografia filmów katastroficznych, ale są znacznie bliżej rzeczywistości, niż byśmy się spodziewali. W cyklu przewijają się też fotografie z Warszawy i Śląska.
Tuż przed polską premierą fotoksiążki „Citymorphosis” rozmawiamy z Markiem o jego niesamowitym projekcie.

Jak wpadłeś na pomysł, że Warszawa, Pekin i Moskwa mogą wyglądać tak samo?
Latem 2012 r. wylądowałem w Chinach, gdzie rozpocząłem prace nad filmem dokumentalnym o polskiej rodzinie, która właśnie przeprowadziła się do Pekinu. A ponieważ często, patrząc z perspektywy swojego życia codziennego, podkreślali różnice, to zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście różnic jest aż tak dużo. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się inne: napisy, ludzie, jedzenie, smog jak mleko. Chociaż z tym ostatnim akurat Warszawa chyba próbuje kopiować Pekin.

W każdym razie uzmysłowiłem sobie, że można spojrzeć na temat szerzej. Z jednej strony jest to w miarę podobne doświadczenie historyczne i urbanistyczne z okresu komunizmu, z drugiej przemiany społeczne i transformacja gospodarcza. Poza przeszłością łączy nas też teraźniejszość i przyszłość, czyli globalizacja i jej wpływ na rozwój miast. I tak naszła mnie refleksja, że na mapie świata można by przeciągnąć taką długą kreskę, od Berlina, przez Warszawę i Moskwę po Pekin.

Jak wyglądała sama realizacja? Co odkryłeś w trakcie fotografowania?
Ponieważ pomiędzy Berlinem a Pekinem jest w linii prostej ponad 7 tysięcy kilometrów, musiałem podzielić pracę na etapy. Pierwsze zdjęcia powstały w Chinach, jeszcze przy okazji kręcenia filmu. Ponieważ zdecydowałem się fotografować tylko w zimniejszej połowie roku, by ujednolicić szarość tej części świata, na następny etap realizacji musiałem poczekać pół roku. Pobyt w Berlinie przypadł na święta. W drodze do stolicy Niemiec byłem jedyną osobą kontrolowaną przez policję w autobusie. Miałem brodę, jak widać niemieccy funkcjonariusze byli podejrzliwi, a może nawet uprzedzeni.

Zaraz po miałem operacje stopy, więc przez 3 miesiące byłem uziemiony. Oglądając relacje z Kijowa „zazdrościłem” koleżankom i kolegom fotoreporterom, że mogą relacjonować styczniowe i lutowe protesty. Ale w kwietniu poleciałem już do Rosji i leciutko kuśtykając, szwendałem się po blokowiskach Moskwy i Petersburga. W Moskwie zatrzymało mnie FSB. Oficjalnie powodem było fotografowanie tajnego budynku. Nie chcieli jednak wskazać, którego to budynku nie mogę fotografować. Okolica była tak tajna, że znalazłem ją wcześniej przez Google Street View i jest na nim do dziś. W każdym razie straciłem rolkę negatywu i ostatnią setkę zdjęć z aparatu cyfrowego. Policja zabrała mnie na komisariat, gdzie funkcjonariusze przywitali mnie żartobliwe okrzykiem „szpion” (ros. szpieg). Natomiast ci z FSB, zadzwonili do mojego hostelu i wypytywali, kim jestem i co właściwie robię. Petersburg też był ciekawy, w hostelu trwał wieczny remont, a pierwszego dnia doszło do bójki między gośćmi, nie do końca wiem, o co im poszło… Zdjęcia w Polsce były w międzyczasie, bez jakiś konkretnych ram co, moim zdaniem, jest najtrudniejsze. Do Chin wróciłem raz jeszcze na koniec. Miałem problem z wjazdem, bo pogranicznicy na lotnisku przez jakiś czas nie potrafi rozpoznać mnie w paszporcie. Potem w Pekinie, Tianjinie i Chongqingu starałem się wchodzić nielegalnie na budowy i do zamkniętych wieżowców. I tak właściwie powstało „Citymorphosis”.

Prawie zupełnie wyciąłeś ludzi.
Susan Sontag pisała o sojuszu fotografii i turystyki. Ja bardzo podobnie rozumiem konsumowanie rzeczywistości przez fotografujących, w którym to, co inne, atrakcyjne wizualnie, ale z drugiej strony już znane i zdefiniowane jako to „orientalne” przyciąga uwagę fotografującego.

W projekcie „Citymorphosis przyjąłem odwrotną strategię. Interesowało mnie to, co typowe i nieoczywiste zarazem. Parafrazując Edwarda Stachurę, obłędem jest przymykać migawkę na to, co skacze do oczu, żeby być zobaczone.
Brak ludzi ma więc tutaj podwójne znaczenie: z jednej strony, pozwala to na uniknięcie prostego skojarzenia z miejscem, miastem, krajem. Dzięki temu widz traci łatwy punkt odniesienia, może się zgubić w przedstawionej rzeczywistości, a przez to skonfrontować się ze swoimi wyobrażeniami o niej. Z drugiej strony krajobrazy miejskie bez ludzi albo takie, w których ledwo dostrzegamy sylwetkę człowieka, pokazują znaczenie pojedynczego mieszkańca, jego minimalny wpływ na planowanie i rozwój miasta czy najbliższego otoczenia. Jeśli już pojawiają się ludzie, to zazwyczaj są to obserwatorzy miejskiej rzeczywistości, wpatrzeni w szklane pomniki kapitalizmu.

Które zdjęcie z cyklu lubisz najbardziej?
Generalnie to raczej nie lubię tych zdjęć, bo pokazują rzeczywistość, która mi się nie podoba (uśmiech).

Największą satysfakcję mam wtedy, kiedy widz, oglądając zaczyna się gubić w tym, co widzi, gdzie jest. Lubię, gdy fotografia przełamuje, a nie utrwala, stereotypowe widzenie rzeczywistości.

Na czym jeszcze, poza architekturą, polega uniwersalizm rozwoju miast?
Spójrzmy na to tak, dziś prawie nie ma obszarów odizolowanych od reszty świata. Stopień powiązania konkretnego miejsca z globalną gospodarką zależy od jego „przydatności” w danym momencie. W dużych miastach, a zwłaszcza w metropoliach, ogniskują się wszystkie transnarodowe powiązania, przepływ ludzi, kapitału, towarów. Miasta na tym korzystają, ale też ponoszą wysokie koszty, które de facto obciążają przeciętnych mieszkańców. Takie zasady obowiązują i zgodnie z tą logiką będą rozwijać się miasta w najbliższym czasie. Oczywiście, niektóre oddolne projekty zostaną przez aktywistów czy mieszkańców przeforsowane, uda się zablokować jedną czy drugą inwestycję, ale nie zmieni to przyjętego kierunku rozwoju. Zmiany w miastach są po prostu lokalnym efektem globalnych tendencji. Być może brzmi to pesymistycznie, ale to czysty realizm.
Rzeczywistość nie jest czarno biała. Jest bardziej szara jak w „Citymorphosis".

Polska premiera „Citymorphosis” odbędzie się 6 grudnia w Faktycznym Domu Kultury w Warszawie
@Marek M. Berezowski

Sprawdź też: