Reklama

śmierć stylu biurowego

Kto chodzi dziś do pracy w dopasowanych garsonkach i wyprasowanych białych koszulach? Biurową etykietę odrzucamy na rzecz komfortu — w końcu żyjemy w złotym wieku wygody.

tekst Wendy Syfret; tłumaczenie Patrycja Śmiechowska
|
25 Wrzesień 2017, 7:43pm

via @sitabellan

Obwieszczenie, że styl biurowy umarł nie jest przełomowe ani odkrywcze. W zasadzie to reakcja z opóźnionym zapłonem. Od lat naukowcy powtarzają, że rozwój internetu i pokolenie Y położą kres tradycyjnemu rytmowi dnia roboczego „od 8 do 16". Granice życia zawodowego i prywatnego stały się płynniejsze: pracujemy dłużej, ale też jesteśmy mniej przywiązani do biur i biurek, a ubrania zmieniają się razem z naszymi potrzebami.

45 % milenialsów na świecie wybiera samozatrudnienie albo pracę freelancerską i na każzdym kroku widzimy tego efekty — także w kwestii stylu. Lata 80. były czasami biurowego szyku: mocne garnitury i garsonki z poduchami, odważne fryzury i dużo cienia do powiek. Z kolei dekada po 2010 należy do ludzi pracujących w jeansach. Najlepiej na kanapie. Nie oznacza to, że teraz wyglądamy jak niechlujni studenci, po prostu do naszych szaf wkradły się wygodniejsze elementy. Komfort to podstawa — i jeszcze nigdy nie wyglądał tak dobrze.

Gdy Ingrid Verner tworzyła kolekcję na jesień/zimę 13, zatytułowaną „Work, Sleep", inspirowała się nowym pokoleniem, które pracuje z łóżka (dosłownie). Jedwabne, przypominające piżamy, luźne ubrania w wyrafinowanych krojach od razu podbiły serca wszystkich. Wkrótce modne dziewczyny chodziły na spotkania w stylizacjach, które wcześniej byłyby zarezerwowane tylko do sypialni. „To była ciekawa kolekcja. Myślałam o pracy i śnie, pracy z łóżka, siedzeniu w łóżku z laptopem. Rozmyślałam o przyszłości siły roboczej, bo coraz bardziej oddalamy się od zorganizowanej formy pracy", powiedziała Ingrid.

„Dużo dziewczyn pisało na Instagramie: 'O rany, zupełnie jakbym nosiła piżamę'. No właśnie!". Ta inspiracja towarzyszyła jej też w kolejnych sezonach. W kolekcji na jesień/zimę 14 zawarła miękki, bawełniany polar, z którego robi się dresy. Jednak detal — wymyślne rękawy z węzełkami — potwierdził wysoką klasę projektu. Dzięki temu nikt nie czuł się w wygodnych ciuchach, jak dziecko idące na sanki. Nie możemy też zapomnieć o jej reinterpretacji turbanu w formie czepka, który przecież od dekad był dodatkiem najbardziej eleganckich dam.

Może nie zrozumieliśmy jeszcze tego, jak odwrót od pracy biurowej wpływa na nasz styl, ale skutki widać wszędzie. Australijski styl uliczny jest w głównej mierze wynikiem kultury, która coraz mniejszą uwagę przywiązuje do marynarek, koszul i prostych linii. Wystarczy przejść się jakąkolwiek ulicą w centrum, a zobaczycie sneakery i bluzy, których ceny równają się tymi na metkach luksusowych szpilek i markowych sweterków.

Tu leży klucz do różnicy między ubraniami inspirowanymi strojami codziennymi, a domowym szlafroczkiem twojej babci — w poziomie wyrafinowania projektu i produkcji. Marki takie jak Per-Tim oparły całą swoją estetykę na luksusie wygody i stawiają na wysoką jakość. Najmilsza w dotyku bawełna czy len dorównują ceną jedwabiowi.

Ciągle zmieniająca się perspektywa prowadzi do nieustannej ewolucji. Jak mówi Bernadette Francis z Per-Tim: „Ciekawie jest obserwować zwrot ku bardziej odpowiednim do wypoczynku strojom. Australijskim rzeczom, które naturalnie pasują do naszego trybu życia — bardziej wyluzowanego niż w gdziekolwiek indziej na świecie. Wyłania się z tego wyraźna estetyka".

Nie tylko australijskie marki idą tą drogą. Globalne trendy, takie jak Nike Roshe, ogrodniczki, boyfriendy i podstępne „brzydkie" buty rozkręcają się na światowych rynkach, od Zary do Céline. Często są mylone z normcorem i chociaż niektóre sukienki i legginsy mogą na pierwszy rzut wyglądać, jak strój, który pozwala rozsmakować się w podwójnym cheeseburgerze. Ale to są ubraniami, którym projektanci poświęcają równie dużo uwagi, co bandażowym sukienkom. W końcu pozornie swobodny styl wymaga największego wysiłku.

Niektórzy mogą patrzeć na to swobodne podejście do mody i opłakiwać koniec stylu. Jednak analizując każdą z dekad widać ewolucję — od perfekcjonizmu formy, aż do funkcjonalności. Luźna talia, przyjemniejsze tkaniny, to przepis na dżersejowe sukienki Coco Chanel. Przeniesienie wcześniej wyłącznie męskich spodni do świata mody damskiej dało nam kultowy damski garnitur Yves Saint Laurent w 1966 roku.

Dlatego koniec z tym, przestańcie postrzegać ortopedyczne buty bez obcasa i workowate sylwetki jako porażkę. Zamiast tego rozkoszujcie się zmiennym obliczem mody i cieszcie się, że możecie ubierać się w złotym wieku wygody!