Reklama

jak inspirować się latami 80. i nie popaść w śmieszność

Między pastiszem a nostalgicznym hołdem znajduje się cienka granica. Jak jej nie przekroczyć? Pokazujemy na przykładzie „Stranger Things"

tekst Oliver Lunn; tłumaczenie Patrycja Śmiechowska
|
20 Październik 2017, 11:44am

Nie było mnie na świecie w 1983 — roku, w którym rozgrywa się akcja „Stranger Things". Nie było mnie na świecie, gdy ukazał się album „Porcupine" Echo & the Bunnymen. Nie nosiłem prostych jeansów i wysokich najków. Nie miałem roweru w stylu BMX-a, ani nawet gramofonu. Dlaczego więc zupełnie pochłonęła mnie ejtisowa estetyka? Te kody powinny być mi obce, a jednak nie są.

Dorastałem z Windowsem 95, płytami i jeansami tak szerokimi, by w jednej nogawce można było zmieścić, kogoś dwa razy większego ode mnie, a mimo to obserwując bohaterów serialu czułem miłe ciepełko, którego z początku nie mogłem rozgryźć. Wszystko dotarło do mnie później — oczywiście chodziło o odniesienia do filmów, na których się wychowałem: „E.T." i „Goonies". Właśnie on napędziły moją dziecięcą wyobraźnię i sprawiły, że sam chciałem narzucić na głowę kaptur i ruszyć prosto do ciemnego lasu, jak Elliott.

Odniesienia ze „Stranger Things" były jak echo mojego dzieciństwa. Rowery i krótkofalówki napawały mnie tęsknotą za dorastaniem. Chociaż te filmy nakręcono zanim się urodziłem, są nieodłączną częścią mojego dorastania. Są uniwersalne i przetrwały próbę czasu, jak albumy New Order i obrazy Basquiata z tej samej dekady.

Jednak to miłe uczucie swojskości nie towarzyszy każdemu nowemu filmowi lub serialowi, który stara się odtworzyć ejtisy. Czasami filmowcy przesadzają z fryzurami na czeskiego piłkarza i baczkami, wysokimi skarpetkami i odniesieniami do Pac-Mana. Spójrzmy chociażby na „Od wesela do wesela", w którym Adam Sandler ma na głowie trwałą godną Lionela Richie i jest otoczony przez kolesi w blezerach z podwiniętymi rękawami. Podobne zażenowanie czuję oglądając „Dziś 13, jutro 30", gdy nastoletnia wersja Jennifer Garner zakłada kolczyki w kształcie gwiazdek, jej przyjaciółka ma różowe getry, a jeszcze inny bohater nosi ze sobą keyboard jak gitarę. Ach te lata 80., co nie?

Tak, faktycznie, lata 80. były pełne kiepskich fryzur i archaicznej techniki, ale przesada z tymi elementami na ekranie oddala nas od prawdziwej atmosfery dekady. W ten sposób tylko redukujemy ją do prostych skojarzeń — jakby młodość naszych rodziców składała się tylko z neonowych cieni do powiek i aerobiku. Trudno jest w pełni zanurzyć się w tym świecie, jeśli nostalgia jest podszyta ironią, zredukowaną do formy retro mema.
Właśnie dlatego „Stranger Things" jest tak świetnym serialem: nie znajdziecie w nim prostych skrótów i ironii. Nie poczujecie się, jakby między wami a latami 80. znajdowała się bezkresna przepaść.

Bracia Duffer nie są pierwszymi twórcami, którzy popisali się wyczuciem. W „Donnie Darko" też poszło całkiem nieźle — udało się połączyć garderobę składającą się z bluz z kapturem w stylu „E.T." ze ścieżką dźwiękową z The Cure, Joy Division i Tears for Fears. Najnitisy nie są w filmie przeeksploatowane, nie jesteśmy atakowani armią aktorów z bakami i trwałymi. To samo można powiedzieć o „Rytmie nocy", który opowiada o disco i yuppies w Nowym Jorku. Fryzury i makijaże nie są przestylizowane — do tego stopnia, że oglądając ostatnio film zapomniałem, że jest osadzony we wczesnych latach 80. Ani razu nie zaśmiałem się na widok wąsów czy czeskiego piłkarza. Nie ma przesady — a właśnie tutaj inni filmowcy popełniają błąd.

Przy tworzeniu filmu lub serialu osadzonego w latach 80. należy pamiętać o dwóch kluczowych kwestiach:

1. O włosach

2. O ścieżce dźwiękowej.

Jeśli uda wam się z tymi dwoma rzeczami, będzie z górki. W przypadku muzyki najważniejsza zasada brzmi: za wszelką cenę unikajcie wielkich hitów. Nie wrzucajcie do filmu „Thrillera" Jacksona tylko dlatego, że kojarzy się ze stylówką. To zupełnie jakby w połowie filmu nagle rozległ się głośny klakson, a na ekranie pojawił napis: „AKCJA TEGO FILMU TOCZY SIĘ W 1985 roku.!!!".

„Stranger Things" trafia w dziesiątkę, stawiając na mniej znane kawałki: „I Melt With You" Modern English i „Go Nowhere" Reagan Youth. Co ważniejsze, postaci nie wyglądają absurdalnie. Nancy moglibyście dziś spotkać w Starbucksie, a Jonathan mógłby grać w alternatywnej kapeli (a, zapomnieliśmy — faktycznie gra indie). Właśnie dlatego serial polubiło młode pokolenie: zaprezentowana w nim kultura nie wydaje się obca. Jest w zasięgu ręki, jak w „Donniem Darko". Nawet jeśli nie żyliście w latach 80., to nie jesteście odporni na czar nostalgii.

Jeśli w dzieciństwie oglądaliście „E.T." i „Goonies", prawdopodobnie podczas seansu „Stranger Things" poczujecie to samo, co ja. Zapragniecie wskoczyć do wehikułu czasu i przenieść się do dni telefonów z obrotową tarczą i gry w „Space Invaders". Pewnie nie doświadczyliście tego na żywo, a jedynie w telewizji, 15 lat później. Lata 80. wydawały wam się fajne wtedy i wydają wam się fajne teraz. Niektórzy sądzą, że nostalgia to coś infantylnego, że odtwarzanie przeszłości równa się regresowi. Mam dla nich radę. Niech obejrzą „Stranger Things", przeżyją swoje dzieciństwo na nowo razem z Mike'iem i paczką, a potem spróbują powiedzieć o nostalgii to samo, co wcześniej