pozdro zdechno

Pisarka Dominika Dymińska zastanawia się nad tym, gdzie się podziały tamte techno prywatki?

tekst i-D Polska
|
15 Listopad 2016, 1:15pm

Pamiętacie, jak umierał dubstep? Szybko i młodo. Nie było co zbierać. Pewnie powiecie, że nie, no co ty, co to w ogóle jest dubstep, nikt tego nigdy nie słuchał. Nieprawda. Ludzie słuchali. Jarali się nim do łez i piszczeli, kiedy serca skakały im od absurdalnego basu. Miałam wtedy 19 lat i od tego zaczęła się moja tzw. przygoda z klubami. Z dnia na dzień dubstep stał się synonimem największego obciachu, spychając część swoich najwierniejszych orędowników na klubowy margines, a resztę zmuszając do rewizji gustu muzycznego. Jak będzie zdychało techno? I dlaczego?

W Europie zamyka się coraz więcej klubów. W porównaniu z 2005 rokiem, obecnie w Holandii jest ich o 30% mniej, a w Wielkiej Brytanii o prawie połowę mniej. W 2016 roku zamknął się słynny londyński Fabric. Warszawa pożegnała się z 1500. I ku mojemu własnemu zdziwieniu spytana o najlepszy klub w Warszawie zastanawiałam się nad odpowiedzią dobrych parę minut. Klub zasadniczo trudno jest otworzyć ze względu na problemy z uzyskaniem milionów pozwoleń, a jeszcze trudniej utrzymać, bo publika jest mało lojalna, szybko się nudzi, wymaga dużej różnorodności i ciągle chce czegoś nowego, choć nie wiadomo czego.

Co się stało z genialnymi muzycznie imprezami i atmosferą wskazującą na to, że uczestniczą w nich ludzie, którzy wiedzą o co chodzi? Teraz albo chodzi o to, żeby się wygrzać tym samym co zawsze („mordo, masz coś pomóc?", „mordo, dzwonię po typa"), w tym samym miejscu co zawsze do tej samej muzyki, co zawsze, w grupie godnie ubranej na czarno (#allblackeverything) lub ewentualnie w błyszczący dres. Teraz już wszyscy są didżejami, (mój telefon już sam zmienia „ej" na „dj": „DJ stary, DJ co tam"), producentami, promotorami albo przynajmniej afterowiczami. A słuchawki noszą na szyi, głównie dla ozdoby.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Gdzie się podziały tamte prywatki? Może zatonęły w zalewie panoszącej się po mediach społecznościowych jak zaraza imprezowej retoryki reklamowej. Organizatorzy zarzucają fanpejdże memami i śmiesznymi obrazkami zachęcającymi do odwiedzania kolejnych nowych miejsc na klubowej mapie Warszawy. Nie lada gratka dla fanów muzyki elektronicznej (i miłośników białego szaleństwa przy okazji). Save the date! Stay tuned! Nie bierzemy jeńców.

I tak przeciskamy się przez spocony tłum ściagając z siebie przyklejone po drodze łapska i odpierając zaczepki. Cześć, jak masz na imię? A skąd jesteś? A jak się bawisz? A jesteś tu pierwszy raz?. Albo moje ulubione: Taka ładna, a taka smutna! Taka ładna, a te papierosy tak pali!

Czy problem imprezowej hałastry rozwiązałaby selekcja? Nie sądzę. W odpowiedzi na liczne historie o bezksutecznych próbach wejścia do Berghain po wielogodzinnym staniu w kolejce internet zalały poradniki podpowiadające jak zrobić dobre wrażenie na selekcjonerze. Klub Smolna postanowił chyba podchwycić koncepcję tworzenia aury elitarności i hermetyczności, wprowadzając podobną random door policy. Nie tędy, moim zdaniem, dla warszawskich klubów droga. I tak są już wystarczająco nieprzyjazne i odpychające. I tak ludzie nie chcą do nich już chodzić. Nie ma sensu zamykać drzwi przed nosem tym, którzy jeszcze chcą. Ach, i zakaz robienia zdjęć. Żeby się przypadkiem nie okazało, że to taki sam klub jak każdy inny.

Problem w tym, że ludzie chodzą do klubów albo z przypadku, albo dla beki, albo na śmiertelnie serio. W tym ostatnim przypadku wypowiadają z namaszczeniem zaklęcie jestem na liście. To nie zabawa, to poważna sprawa, taka przynależność do grupy jakże oryginalnej, bo ubranej na czarno, w czapkach na głowach mimo ściekającego po czole potu i gotowej wytrzymać do zamknięcia, niezależnie od okoliczności, bo tak przewiduje technoetos, podczas gdy inni, maluczcy, potrafiliby tylko powiedzieć: „ej didżej, zmień tę nutę, puść coś szybkiego, puść coś do tańca, mojej dziewczynie się nie podoba".

Lepiej od cotygodniowych imprez mają się festiwale, które z roku na rok zyskują na atrakcyjności. To pewnie za sprawą atmosfery muzycznego święta i takiego też podejścia publiczności. Na festiwal się nie jedzie przypadkiem. Dodatkowo robotę robią odpowiednia aranżacja i oprawa wizualna oraz przede wszystkim wyraźny na to wszystko pomysł organizujący nadmiar bodźców w konkretne doświadczenie. Dotyczy to zarówno zorganizowanego z wielkim rozmachem Nagle nad morzem, jak i poczciwego kochanego Up to date. Podobną oryginalność i dbałość o szczegóły można by przełożyć na imprezy klubowe, czego przykładem jest połyskujący brokatem Move Mózg, ale jakoś się to nie dzieje.

Trochę szkoda tego techno, bo to jest naprawdę mądra muzyka. Rzecz w tym, że średnio się jej słucha na domowych głośnikach, a poza domem to szkoda czasu i zdrowia. Bo ile można? Miejmy nadzieję, że moda na techno podzieli los mody na burgery - entuzjazm trochę opadnie, ale dobry produkt utrzyma się na powierzchni na długo. I oby nie zrobił się z tego kolejny fast food. Czego sobie i wam życzę.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Dominika Dymińska
Zdjęcie: Lola Benet

Tagged:
muzyka
Kultura