staram się stawiać przed sobą wyzwania

Michał Szulc opowiada nam o swojej nowej kolekcji i o tym jak widzi polską modę.

tekst i-D Staff
|
05 Czerwiec 2015, 8:55am

fot. Agata Wrońska

„Nigdy nie wejdziesz dwa razy do tej samej rzeki. Ani rzeka nie będzie tą samą rzeką, ani ty nie będziesz tym samym człowiekiem" - tak w wolnym tłumaczeniu brzmiała maksyma na zaproszeniu na pokaz nowej kolekcji Michała Szulca.
I rzeczywiście było inaczej. Luźny, lekko oversize'owy styl Szulca odpłynął w nieznane, zamiast charakterystycznych koszul i kurtek oglądaliśmy całą serię taliowanych płaszczy, dopasowanych sukienek, spodni z wysokim stanem… Były odsłonięte brzuchy i gorsety na sukienkach. Na samym środku sceny (pokaz odbywał się w teatrze Imka) za dekami stanęła Natalia Zamilska, która zagrała specjalnie skomponowany na tę okazję utwór.
W przeddzień pokazu spotkaliśmy się na chwilę z Michałem, żeby porozmawiać o polskiej modzie i jego najnowszej kolekcji.

Słyszałam, że scenografia do pokazu nie jest skończona, nie możecie zrobić próby świateł, paczki z butami jeszcze nie dotarły… Krótko mówiąc: nic nie idzie zgodnie z planem, a ty masz czas na spotkanie z nami i jesteś bardzo spokojny.
Robię pokazy od 10 lat i szczerze mówiąc - tak samo jest za każdym razem, zdążyłem się już przyzwyczaić. (śmiech) Na końcu zawsze się udaje.

10 lat! Biorąc pod uwagę, że wypuszczasz kolekcje bardzo regularnie, masz dwie linie… to ogromne ilości. Jak uciekasz przed schematem w projektowaniu?
Staram się zajmować rzeczami, których nie lubię (śmiech), stawiać przed sobą wyzwania. W ostatniej kolekcji skupiłem się na kolorze, którego nie znosiłem, moje kolekcje od zawsze były bardzo monochromatyczne. Teraz zajmuję się dopasowanymi, kobiecymi fasonami. Poza tym inaczej traktuję materiał, np. skóra, która pojawiała się w moich rzeczach w formie kurtek, tym razem posłużyła do projektu spodni.

A myślałeś kiedyś o kolaboracji? Często dla projektantów to właśnie twórcza współpraca z kimś zupełnie oderwanym od mody staje się największym wyzwaniem…
Nie, ale zawsze bardzo ściśle pracuję ze stylistami. Marcela Stańczyk, która wystylizowała ten pokaz, obserwowała powstawanie kolekcji od etapu rysunków. Dużo rozmawialiśmy, zwłaszcza o sylwetkach, które były dla mnie ważne jako rozwinięcie koncepcji, ale z punktu widzenia odbiorców czy rynku nie były już istotne.

Poza tym, że projektujesz, od lat uczysz też na łódzkiej ASP i w MSKPU, obserwujesz studentów i młodą polską modę. Kto z początkujących projektantów robi na tobie wrażenie?
Duet Sowik Matyga - za kolor, zabawę modą i świadomość formy. Bardzo lubię też Domi Grzybek. Ale gdy się mówi o młodych, trzeba podkreślić cały eksperymentalny nurt, który jest chyba najlepiej widoczny w warszawskiej Katedrze Mody. To fajne zjawisko - musimy nim nadrobić to, czego nie robiło ani moje, ani starsze pokolenie. Eksperyment to nasza lekcja do nadrobienia. Ale fajnie jest też zwracać uwagę na kogoś, kto kontynuuje tradycyjny nurt odzieżowy. Kiedyś mieliśmy projektantów celebrytów, którzy wypuszczali tylko kolekcje kiecowe [suknie - red.]. Odpowiedzią na nie są teraz bardziej odzieżowe, prȇt-à-porter. Wreszcie można normalnie sprzedawać ubrania, zobaczyć je na ulicy.

A streetwear?
W Polsce nie ma dobrego streetwearu. Są to najczęściej bardzo proste ubrania podciągnięte pod rangę mody ulicznej. Bo projektowaniem nadruków nie da się ogarnąć projektowania ubrań. Co z formą i konstrukcją? Może wyjątkiem są UEG i… MISBHV. Właśnie MISBHV jest marką to watch - zupełnie nie wiadomo, co wypuści za chwilę!

Wydziały projektowania mody przeżywają teraz prawdziwe oblężenie. Niektórym wydaje się, że to świetny pomysł na życie.
Co roku w całym kraju przybywa około 180 absolwentów projektowania i rynek jest w stanie wchłonąć każdego. Funkcjonują wielkie firmy i mnóstwo małych marek, gdzie mogą oni projektować na zlecenie. Tam są budżety.

Ale to inna wizja, anonimowa praca, ograniczona kreatywność i analiza sprzedażowych słupków.
Tak, ale ja robię to samo. Pieniądze tam zarobione inwestuję we własną markę. Dzięki nim mam wolność, regularne kolekcje i showroom z ubraniami, które nie muszą się od razu sprzedać. Rzeczy, które widzisz na wieszakach dookoła, czekają na kogoś, kto się w nich zakocha. Moje klientki to kobiety po 30. Zazwyczaj jest tak, że znają markę, ale stosunkowo późno przychodzą do showroomu. Gdy już tu trafią, wybierają naraz kilka rzeczy z różnych kolekcji.

W nowej kolekcji pokazujesz dużo ciała, wykorzystujesz biały jeans i niewiele robisz sobie z faktu, że to sezon jesień/zima.
Trochę tak jest. Bo czy dzisiaj istnieją jeszcze pory roku? Mamy długą wiosnę, która kończy się w grudniu! Sezon stanowi dla mnie jedynie pretekst do tego, by wypuścić nowe rzeczy.

Poza tym, że uczysz studentów, piszesz również doktorat. Czy pracując w branży twórczej, potrzebujesz tytułu naukowego? Co to zmienia?
Jeśli mówimy o branży mody w Polsce - to nie, nie potrzebuję doktoratu. Ale tytuł stanowi przypieczętowanie kilku lat pracy na ASP w Łodzi, podsumowanie przemyśleń.

Czego dotyczy twoja praca doktorska?
Sprawdzam, czy można wskrzesić łódzkie tradycje przemysłu odzieżowego i wrócić do miasta z pełną produkcją. Od poziomu produkcji autorsko zaprojektowanych tkanin.

I da się?
Tak, fabryki nadal działają, ale się przebranżowiły. Wchłonął je przemysł wnętrzarski. Stare tkalnie produkują np. piękne i świetne jakościowo materiały na… kanadyjskie leżaki. Są też firmy specjalizujące się w ekologicznych tkaninach z recyklingu. Więc da się, ale potrzebne są duże zamówienia od wielkich marek, które obecnie wszystko zlecają azjatyckim fabrykom. W mojej nowej kolekcji jakieś 30 proc. tkanin pochodzi z Polski. Jednak największy problem stanowi to, że brakuje rąk do szycia. Jakiś czas temu zniknęły szkoły zawodowe, na ogłoszenie o pracy dla szwaczek odpowiadają 60-letnie panie. Posiadają wielkie doświadczenie, ale nie ma ich kto zastąpić.

Kto szył twoją nową kolekcję?
Mała łódzka szwalnia, z którą współpracuję już od trzech lat. Panie, które tam szyją, zawsze komentują projekty - to zabawne. Usłyszałem, że jest to najlepsza z moich kolekcji. Z wyjątkiem białych jeansowych rzeczy, które tak wam się podobają (śmiech).

Uwielbiam je - frędzle przypominają najntisowe pocięte jeansy, są świetne!
To kolejny z moich eksperymentów, zawsze dokładnie wykańczałem ubrania, teraz mają być surowe.

Jakie wyzwania stawiasz przed sobą na kolejny sezon?
Trochę ich jest, ale najpierw trzeba się zastanowić, czy te, które wziąłem na tapetę w tym sezonie, zostały już wyeksploatowane.

Przeczytaj rozmowę z Robertem Kupiszem.

Kredyty


Tekst: Basia Czyżewska
Zdjęcia: Agata Wrońska
Modelka: Zosia / Model Plus
Wszystkie ubrania pochodzą z kolekcji Michała Szulca „HOLD THE RIVERS"