​galerie w mieszkaniach: śmierć nudnej sztuce

Odwiedzamy dwie warszawskie domowe galerie i pytamy ich założyciela, Kamila #2, o to, jak własny pokój zamienić w przestrzeń dobrą do wystawiania sztuki.

tekst Mateusz Góra
|
28 Kwiecień 2017, 2:50pm

Muzea, których kuratorzy decydują o tym, czyje prace zasługują na rozgłos, często nie dostrzegają młodych artystów, wyznaczających nowe kierunki rozwoju sztuki. Finansowane przez państwo instytucje kultury są też ograniczone różnymi czynnikami, odbierającymi możliwość ryzykownych decyzji i eksperymentów. W jaki sposób można realnie zbuntować się przeciwko temu skostniałemu, konserwatywnemu systemowi? Najlepiej sięgnąć po sprawdzoną formułę „zrób to sam" i otworzyć galerię w swoim domu. Tak zrobił założyciel warszawskich miejsc Śmierć CzłowiekaLaboratorium Antropologii Wizualnej, które znajdują się w jego pokoju. Co kilka tygodni Kamil #2 wynosi swoje łóżko, chowa w pokoju współlokatorów ubrania i zaprasza ludzi, żeby zobaczyli prace artystów, których nie znajdziecie w największych muzeach.

W twoim mieszkaniu istnieją dwie galerie, ale zaznaczasz, że to dwa zupełnie różne projekty. Co różni Śmierć Człowieka i Laboratorium Antropologii Wizualnej (LAW)?
Tak, chociaż te galerie funkcjonują w jednym miejscu, są zupełnie różne i wolałbym nie miksować tego, co znajduje się w jednej i drugiej. Moja droga toczy się na dwóch torach - zacząłem interesować się fotografią i to otworzyło mnie na obserwację świata. Z drugiej strony zacząłem po kilku latach zajmować się grafiką komputerową. W tym wypadku chodziło mi o czystą sztukę, uciekającą od rzeczywistości, intuicyjną, bo w fotografii zazwyczaj chcesz opowiadać historię. Zacząłem studiować antropologię kulturową, która mi bardzo dużo dała. Poszerzyłem umiejętność badania rzeczywistości, a równocześnie interesowało mnie rozszerzanie świata na zupełnie innym, wirtualnym poziomie.

Chciałem stworzyć miejsce, gdzie można pokazać czystą sztukę, działającą na płaszczyźnie estetycznej, która nie wymaga szerokiego wprowadzenia, a z drugiej strony jej odwrotność - rzeczywistość społeczną przez pryzmat dzieł. Dla wielu artystów samo dzieło jest pretekstem do mówienia o własnych doświadczeniach. Powstał projekt dwóch galerii: Laboratorium Antropologii Wizualnej (LAW) i Śmierci Człowieka. Działają na zasadzie magnesu, w którym istnieją dwa różne bieguny. Wzajemnie się do siebie nie odwołują, żeby zachować naturalne relacje występujące w rzeczywistości.

Większość życia spędziłeś we Wrocławiu. Czy tam też próbowałeś otworzyć swoją galerię?
Znalazłem świetne miejsce we Wrocławiu za małe pieniądze i starałem się zdobyć fundusze w ramach Europejskiej Stolicy Kultury. Niestety nie mam zdolności do zdobywania środków, bo posługuję się metaforycznym językiem nawet we wnioskach (uśmiech). Połączenie pracy i studiów, a tworzę dużo, nie zostawiało czasu na takie formalności. Nie udało mi się stworzyć tej galerii, a potem ze znajomym pojechałem zarobić trochę pieniędzy do Norwegii. Kiedy jesteś wśród natury, odcięty od świata, to zaczynasz mieć różne pomysły, co zrobić dalej, kiedy wrócisz. Zarobiliśmy tam trochę, stwierdziliśmy, że czas w końcu otworzyć galerię. Przeprowadziliśmy się do Warszawy, znaleźliśmy miejsce i tak się to zaczęło.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Pamiętasz pierwszą wystawę zorganizowaną w swoim mieszkaniu?
Chyba trzeba zacząć do tego, że pretekstem do powstania naszych galerii była inna galeria w mieszkaniu. Poznałem kiedyś we Wrocławiu Karola Komorowskiego. Raz się spotkaliśmy tam, a drugi w warszawskim CSW. Szukaliśmy wtedy z koleżanką przestrzeni do wystawienia się i okazało się, że on ma galerię w mieszkaniu. Bardzo spodobał mi się ten pomysł, bo zapraszał ludzi od 14 do 21. Ludzie nie przychodzili na raz, na wernisaż, ale wpadali w ciągu dnia. Można było posiedzieć i porozmawiać. W takiej przestrzeni łączy się swobodna twórczość z atmosferą dobrą do spotkania ludzi.

W mojej galerii jako pierwszy wystawiłem się ja. Zazwyczaj poruszam się w obrębie sztuki wizualnej, tym razem zrobiłem instalację dźwiękową. Na strychu znalazłem pustaki, płyty ceramiczne i stwierdziłem, że będą dekoracją. W samej instalacji użyłem „Music for 18 Musicians" Steve'a Reicha, prekursora muzyki repetytywnej. Chciałem przenieść ideę repetytywności w całości na maszyny. Wykorzystałem 5 laptopów, na których puściłem album w pętli, obciążając je maksymalnie, przez co każdy z nich przerywał muzykę w inny sposób. Spowalniał ją albo zacinał.

Jacy ludzie przyszli ją zobaczyć?
Bolało mnie serce z nerwów, kiedy pojawili się pierwsi ludzie (śmiech). Okazało się, że przyszła jakaś rodzina. Nerwowo przedstawiłem im koncepcję. Potem jednak stwierdziłem, że muszę dowiedzieć się, kim ci ludzie są, poznać ich. Przyszło może z 15-18 osób. Większość to nie byli moi znajomi, co mnie ucieszyło.

A jak to jest otwierać swój dom, miejsce, w którym się odcinasz od świata, na obcych ludzi?
Każdy ze współlokatorów najpierw musiał wyrazić zgodę i stwierdziliśmy, że drzwi do ich pokojów będą zamknięte w czasie wystawy. W naszej mentalności dom jest przestrzenią, która pozwala się odciąć od świata. Myślę, że to też obrazuje nasz stosunek do kultury - lubimy przebywać w swoim domu. Nie chodzimy na wystawy, bo wracamy do mieszkania i mamy spokój. Może dlatego też ciężko połączyć go z miejscem kontaktu ze sztuką.

Czujesz, że rośnie moda na mieszkania, które zamieniają się co jakiś czas w galerie?
Nie wydaje mi się, żeby zaszła jakaś rewolucja. Takie miejsca pojawiają się i znikają. Sądzę, że my też nie będziemy długo funkcjonować, bo to nie nasz dom, wynajmujemy go. Poza tym trudno jest znaleźć odpowiednią przestrzeń w Polsce. Z reguły studenci żyją w strasznych klitkach. Tymczasem jeśli chcesz otworzyć galerię, potrzebujesz dużego, jasnego i wysokiego pomieszczenia, żeby można było w nim złapać oddech.

Co daje pokazywanie sztuki w swoim domu w stosunku do wystawiania jej w instytucji kultury?
Jestem artystą, a w przypadku tych galerii bardziej uważam się za nadzorcę niż kuratora. Nie mamy żadnych środków, chociaż oczywiście wydajemy jakieś za każdym razem, żeby przygotować wystawę. Wystawiają się u nas często twórcy przypadkowi, co nie ma miejsca w instytucjach kultury. NIe musimy mieć pewności, kogo pokazujemy, co stanowi zarówno wadę, jak i zaletę. Zauważyłem, że czasem prace same się bronią, a niekiedy coś trzeba do nich jeszcze dodać. Wtedy trochę zaczynam czuć się jak kurator.

Czy istnieje jakiś kodeks zachowania w domowej galerii?
Jednodniowe wydarzenia mają w sobie energię, żeby się spotkać, pogadać, nawiązać kontakt z innymi i artystą. To prowokuje interakcję i oddaje chyba najlepiej klimat internetu z jego natychmiastowością i spontanicznością. Idąc do muzeum, musisz zachować odpowiednie konwencje, w tym przypadku nie ma etykiety, zanurzasz się w nieznane. Być może z czasem taka etykieta zacznie się pojawiać. Warszawa na pewno ma duży potencjał, jeśli chodzi o przestrzenie, więc pewnie będą powstawały nowe galerie, a wraz z nimi zasady zachowania.

Czy są ludzie, którzy przychodzą na te wystawy bardziej ze względu na to, że są organizowane w czyimś domu niż dla samych prac?
Nie, nie podkreślamy, że to galeria w domu, dlatego pierwszy kontakt z ludźmi przy drzwiach zawsze jest interesujący. Czasem są zaskoczeni, że to mieszkanie. Najpierw zauważają naszą kuchnię, która jest cała w drewnie, jest w niej dużo kwiatów i przyciąga uwagę. Początkowo niektóre osoby czują może zmieszanie, ale dla mnie to bardzo naturalne i szybko przenosimy się w przestrzeń wystawienniczą, żeby porozmawiać o pracach.

Jak zmienił się twój stosunek do własnego pokoju, odkąd stał się też galerią?
We Wrocławiu zawsze miałem bardzo dużo rzeczy, a tu musiałem się ograniczać, co jest bardzo dobre. Nie mam nawet żadnej swojej pracy na ścianie. Podoba mi się, że jest tu niewiele rzeczy, a kiedy prace wiszą, to kładę w kącie swoje łóżko i znajduję się w przestrzeni pomiędzy swoim życiem intymnym, a obecnością tych prac.

Kiedy odwiedziłem waszą galerię po raz pierwszy, powiedziałeś, że mogłem przyjść później, bo zazwyczaj pod koniec rozkręca się tam impreza...
Tak, zazwyczaj zostają ludzie, którzy mają tam swoich znajomych. Pijemy alkohol, zamawiamy jedzenie, mamy oddzielne pomieszczenie na zewnątrz, żeby zapalić. Mieszkanie jest podzielone na cztery przestrzenie - domową, zamkniętą część moich współlokatorów, kuchnię, galerię i palarnię. Poruszamy się nieustannie pomiędzy nimi, co stwarza fajny klimat kameralnej imprezy.

A dlaczego właściwie potrzebna jest ci ta przestrzeń?
Patrzę z perspektywy artysty, więc cały czas poszukuję miejsca, żeby pokazywać prace. Kiedyś myślano, że jak raz wrzucisz informacje do internetu, one zostaną tam na zawsze. Teraz już chyba rozumiemy, że tak naprawdę to trwa kilka sekund, może ludzie to polubią, ale zaraz zniknie. To ogromny wybuch, po którym nic nie zostaje. Innym ważnym czynnikiem jest ciekawość odbiorców. Twórca pokazuje swoje prace i może zobaczyć, kto przyjdzie, żeby je zobaczyć. 

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Główne zdjęcie: Karol Grygoruk
Zdjęcia galerii dzięki uprzejmości Kamila #2 (@smiercczlowieka@galerialaw)

Tagged:
law
warszawa
Śmierć Człowieka
mateusz góra
galerie w mieszkaniach
kamil#2