we własnym rytmie: wolfgang tillmans rozmawia z arcą

Wolfgang Tillmans razem z Arcą omawiają proces przemiany smutku w piękno.

tekst Wolfgang Tillmans
|
30 Czerwiec 2017, 7:05am

Właśnie mieliście okazję uczestniczyć w jego niezwykłym DJ secie, który zagrał na Open'erze. Arca na swoich pierwszych dwóch albumach „Xen" i „Mutant" kultywował rzadką wrażliwość w muzyce dance. Jego świat wywoływał w recenzjach lawiny superlatywów i przymiotników; płyty były pełne skocznych i frywolnych rytmów z dodatkiem mocnego basu, gwałtownych dźwięków i wplecionych linii melodycznych. Jego talent potwierdza fakt, że w wieku zaledwie 23 lat współpracował z Kanye Westem, FKA twigs, a co więcej był współproducentem i współautorem płyty „Vulnicura" Björk. Teraz pod skrzydłami wytwórni XL wydał trzeci album, zatytułowany „Arca". To jego barokowa wersja, na której pierwszy raz śpiewa w swoim ojczystym języku - hiszpańskim. Jego pełen smutku i dostojności głos zamienia tragedię we wspaniałość. To odważna płyta, przejrzysta, delikatna i szczera, wypełniona eksperymentalną muzyką elektroniczną. Wolfgang Tillmans, jego bliski przyjaciel i współpracownik, najpierw wykonał zdjęcia, a potem włączył dyktafon, żeby porozmawiać o popie, polityce i zmianie smutku w piękno. 

Co sprawiło, że nazwałeś album swoim pseudonimem?
To nie tak, że chciałem stworzyć taki album; po prostu inne tytuły wydawały się niewłaściwe. Przez cały rok starałem się znaleźć inną nazwę, ale wszystkie brzmiały obco. A, że użyłem swojego głosu w nowy sposób, tytuł „Arca" nie był czymś nienaturalnym.

Co oznacza „Arca" bo przecież znajomi mówią na ciebie Alejandro?
Podchodzę do definiowania tożsamości i osobowości ze zdrową dawką sceptycyzmu, może dlatego, że moje życie jest podróżą. Tożsamość jest bardzo niejasna. Nie mogę powiedzieć, że jedno imię jest bardziej prawdziwe od drugiego, ale w tym samym czasie, potrafię stwierdzić, że Alejandro jest bardziej osobistym imieniem, a Arca mniej… Chodzi o moje emocje, a nie o doświadczenia. Lubię myśleć, że [Arca] bierze się z jakiegoś dzikiego miejsca, gdzie pozwalam sobie pokazywać na scenie wrażliwość. Kiedy tworzę muzykę, nie myślę o moim imieniu. Nie jestem jednym ani drugim. Arca oznacza „pudełko" albo „drewniany" w starym hiszpańskim dialekcie. To odświętna skrzynka do przechowywania biżuterii albo cennych przedmiotów, pusta przestrzeń, którą możesz wypełnić dowolną muzyką lub znaczeniem. Istotne było dla mnie to, żeby nie było to słowo, które już istnieje, ale jakaś próżnia, którą mogę zapełnić od nowa.

Album jest wciągający. To całkowicie nowa muzyka, dźwięki, których wcześniej nie słyszałem. Tytuły piosenek są też interesujące… Jesteś znany z wszechstronności, wielkiego talentu i świetnych współprac, ale to duże odstępstwo od wszystkiego, co robiłeś wcześniej. Dlaczego to jest tak odmienne?
Czas pokaże. Kiedy podzielisz się już z odbiorcami swoją wizją, wtedy możesz lepiej ją zrozumieć, podświadomie. Dlatego moja odpowiedź może się później zmieć, ale obecnie myślę, że to mieszanka rozwoju na różnych polach i może też moja zawziętość. Zawsze staram się, żeby moje płyty różniły się od siebie. Powiedzmy, że tworzę album, który w abstrakcyjny sposób był inspirowany hip-hopem, a przy następnym staram się, by było inaczej. Wszystkie są powiązane moją osobą, ale ważne jest, żebym się nie powtarzał, bo wtedy poprzez pracę mogę nauczyć się czegoś o sobie. 

To pierwszy album, na którym słyszymy twój głos.
Tak, po raz pierwszy - użyłem materiałów z tradycyjnymi efektami wokalnymi, jak spowolnienie czy pogłos, zamiast zmiany tonacji. Mój stosunek do głosu jako instrumentu był jak ten z tańcem. Jest obecny i nieobecny. To dziwne, to dla mnie coś nowego, też w prywatnym znaczeniu, jakbym ponownie obcował ze swoim nastoletnim wcieleniem. Lubię takie sprzeczności. 

Doskonale to rozumiem, często używam swoich nastoletnich doświadczeń w pracach artystycznych. Kiedy jesteś nastolatkiem, masz energię i niewinność, które są wiele warte - ale zdajemy sobie z tego sprawę dopiero później. Większość ludzi uważa, że nie można traktować nastolatków poważnie, ale kiedy przypominasz sobie, jak mocno wszystko przeżywałeś, wtedy widzisz, że to dziwne.
I jeszcze jak mocno odczuwałeś to jako dziecko. Znalazłem stary dziennik, który pisałem, gdy miałem 9, a po 4 latach wróciłem do niego i dodałem komentarze. Moje 9-letnie wcielenie było bardzo podekscytowane i emocjonalne, a 13-letnie bardzo krytyczne, coś w stylu - „Ugh! Kim jest ten dzieciak". Teraz mam 27 lat i otworzyłem swój dziennik 9-latka. Utożsamiam się z tym chłopcem, który nie jest znużony, który pokazywał wszystkie swoje uczucia. 

Jak powstały teksty z ostatniego albumu?
Są bardzo świeże i - poza jedną piosenką - improwizowane. Nigdy nie napisałem tekstu, żeby potem zmienić słowa na lepsze. Nagrałem wiele melodii i tekstów, jeśli są wystarczająco prawdziwe, to zostawiam je w takim stanie. Nie pozwalam swojemu krytycznemu umysłowi na przerywanie tego procesu.

Czy któreś fragmenty cię zawstydzają? Czy czułeś, że mogłeś zrobić coś lepiej, ale zostawiłeś to i tak w pierwotnym stanie?
Oczywiście. Nie tylko jeśli chodzi o teksty, ale też o interpretację. Wiele z [nagranych piosenek] to pierwsze podejścia. W ogóle ich nie edytowałem, więc musiałem pogodzić się z tym, że będą tam słyszalne moje problemy: dziwne dźwięki śliny albo astmatyczne dyszenie. Przy wielu piosenkach zaczynałem płakać, więc płaczę z astmą i jestem zupełnie bezbronny.

Dużo mówisz o bezbronności. Zanotowałem także słowo „melancholia", bo bezbronność nie ma pozytywnej ani negatywnej wartości, nie ma tekstury ani smaku.
Gdy byłem młodszy, nie mówiłem, że robię muzykę, ale że oczyszczam się z emocji. Dla mnie bezbronność to akt odsłonienia się, zdjęcia zbroi i pozwolenia bólowi na wejście do środka. Na tej płycie komunikuję się z oceanem smutku, który we mnie drzemie. Nie chcę być zbyt freudowski, ale może wiąże się to z tym, co nas kształtuje w młodości, gdy zaczynamy rozumieć, że jesteśmy autonomicznymi jednostkami, oddzielnymi od rodziców. Wydaje się, że w tym świecie jest dużo smutku i czuję się zobowiązany, by zrobić z niego coś naprawdę pięknego. Dla mojej muzyki i dla siebie jako człowieka.

Sposób, w jaki mówisz o smutku nie jest całkowicie negatywny. Brzmi, jakby jakiś jego element sprawiał ci przyjemność.
Oczywiście. Dawno temu zrozumiałem, czym jest smutek i czuję się z tego powodu uprzywilejowany, zamiast udawać, że on nie istnieje. Jeśli przez wasze życie przewija się smutek, musicie spróbować przestawić się na częstotliwość, w której się z nim zharmonizujecie, bo on nigdy was nie opuści. Nie można zabić uczucia, które w was drzemie. To jak próba stworzenia ze swojego życia akordu, z tą częstotliwością jako podstawą. To właśnie goi rany - nie wypieranie czegoś ani zapominanie o tym, ale zsynchronizowanie się z tym.

Na zdjęciach, które zrobiliśmy razem, namalowałeś sobie podbite oko. Czy zrobiłeś to tylko dla dramatycznego efektu czy wyraziłeś w ten sposób emocje?
Przyciągają mnie rzeczy, które sugerują przemoc. Nie interesuje mnie kręcenie teledysków ani robienie zdjęć, które uwznioślają odbywającą się przemoc. Bardziej interesuje mnie co człowiek robi już po fakcie. Czy stosuje tę samą przemoc wobec kogoś innego czy mierzy się z nią twarzą w twarz, uznaje smutek i krzywdę, jaką wyrządza i zmienia ją w coś innego? Kręci mnie to wizualnie i nie przeszkadza mi, jeśli może to zostać źle zrozumiane jako gloryfikacja przemocy. To mnie nie martwi. Jestem gotowy podjąć to ryzyko. Myślę o płycie jak o kolorze, bardzo słodkim, cukrowym i delikatnym. Przyciąga mnie postać, która też taka jest, ale przy tym krwawi. Jak przepiękna piosenka, wydobywająca się ze zranionego stworzenia. To interesujący obraz. Jak łabędzi śpiew, mityczna idea najpiękniejszej piosenki, którą śpiewa się tuż przed śmiercią. Nie wiem czemu, ale uwielbiam tę ideę.

Wróćmy do muzyki, chcę porozmawiać o albumie. Kto go wyprodukował?
Nagrałem go, zmiksowałem i wyprodukowałem. Mnóstwo wkładu wniósł również mój najlepszy przyjaciel, Jesse Kanda oraz Björk. Nie wiem czy w ogóle bym zaśpiewał na tej płycie, gdyby nie ona. Byliśmy po prostu w samochodzie i śpiewałem sobie dla zabawy. Odwróciła się do mnie i zapytała, czy myślałem kiedyś o śpiewaniu do swojej muzyki. Wtedy to zignorowałem, ale potem wziąłem to sobie do serca, bo bardzo szanuję ją jako wokalistkę. Dała mi wiele rad, więc chcę to uczcić, mówiąc o tej płycie. To było dla mnie wielkie wydarzenie. W ciągu całego procesu była bardzo opiekuńcza i nie wiem, czy bym się na to odważył, bez takiej przyjaciółki.

Czy masz więcej powierników poza Jesse i Björk, do których zwracasz się po rady lub którym puszczasz nowe utwory?
Jesse i Björk są z pewnością dwoma osobami, których opinii zawsze chętnie wysłucham, nawet na wczesnym etapie produkcji. Później puszczałem album moim bliskim przyjaciołom. Ale nie, gdy dopiero powstawał, to dla mnie bardzo delikatny etap.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Skąd wiesz,  że album jest już gotowy i pora przestać? W moim studiu [fotograficznym] wisi tabliczka z napisem „wiedz, kiedy przestać", ale w przypadku muzyki, tak jak ze sztuką, możliwości ulepszenia są nieskończone...
To prawda i nigdy nie przyszło mi to trudniej, niż w przypadku tej płyty. Kończyłem i potem myślałem: „O, mam nową piosenkę". Przy niektórych utworach od razu wiadomo kiedy skończyć, a inne wymagają cierpliwości - trzeba dać im więcej czasu. To jak z gotowaniem, czasem jakieś danie powstaje błyskawicznie, smażysz rybę albo coś i już. Przy innych trzeba coś zamarynować, sfermentować. Potrzeba chemicznej reakcji, by stworzyć emocjonalny produkt. Nierobienie muzyki to najlepsza metoda na stwierdzenie, kiedy przestać ją robić. Robienie sobie przerw i dni wolnych jest bardzo ważne. Inaczej decyzyjna część mózgu się męczy. Pozwalam sobie nie słuchać ich przez dwa tygodnie, a potem do nich wracam i nagle wszystko staje się jasne. 

Gdy występujesz jako DJ, ile grasz swojej muzyki?
90 procent to remiksy, które zrobiłem z prac innych muzyków albo manipulacje i nagrania, których nie znajdziecie nigdzie indziej. To jest dla mnie ekscytujące. Lubię chodzić do klubów i nie znać ani nie poznawać niczego, co leci. Do tego dążę. Wymaga to wielkiego wysiłku, ale to świetna zabawa.

Zabrzmię przez to jak staruszek, ale gdy byłem w zeszłym roku na niesamowitej imprezie w Berghain, na której grałeś, wszyscy ruszali się do muzyki, chociaż nie było bitu. Było słychać jakąś perkusję, ale brakowało równomiernego bitu 4/4. Jednocześnie muzyka była niesamowicie rytmiczna. Co ten rozłam znaczy dla dzisiejszych 20-paro latków?
Panuje teraz kolektywne zamiłowanie do dekonstrukcji. Takie luki w klubie są odświeżające, bo mniej dźwięku płynącego z wielkich głośników to bardzo ekscytujące zjawisko. Pojawia się pewna reakcja sensoryczna. Myślę, że po raz pierwszy usłyszałem to w pracy Shayne'a Olivera na GHE20G0TH1K. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktoś tak DJ-ował. On i Total Freedom wywarli na mnie wielki wpływ. U nich słyszałem to po raz pierwszy, nikt na świecie tego nie robił. Nowy Jork zawsze kultywował punka i dekonstrukcję w bardzo chaotyczny sposób. Gdybym miał wskazać wyjątkowy moment w historii muzyki klubowej, który przeżyłem, to wybrałbym te lata, w których Shayne grał na GHE20G0TH1K. Nie jestem w stanie wyrazić, jak wielki wpływ to na mnie miało.

O jakiej dacie konkretnie mówisz?
Myślę, że to było pięć, sześć lat temu. Jeden rok był złotą erą, czyste szaleństwo. Shayne dekonstruował muzykę w sposób, w jaki nie robił tego nikt wcześniej, a wielu ludzi zwróciło na to uwagę. Potem postanowił, że przestanie i będzie robił swoje z Hood By Air. Co dziwne, historia nigdy nie jest tak łaskawa dla DJ-ów, ale to ich kultura klubowa jest inkubatorem idei, na które nikt nie wpadłby w studiu. Muszą się dziać pod wpływem presji, zaryzykowania przed całą widownią. Dzięki naciskowi można stworzyć diamenty.

Kultura klubowa zawsze wywierała na ciebie wielki wpływ.
To wymiana kulturowa, która nie odbywa się w żadnym innym ruchu intelektualnym. Nie ma formalności. Jest jak zwierzę. Tempo z jakim odbywają się wymiany kulturowe i konceptualne jest o wiele bardziej przyspieszone niż w jakimkolwiek magazynie literackim czy poświęconemu sztuce. Nie da się za tym nadążyć, to wyjątkowy twór. Istnienie przestrzeni, w której w nocy wszyscy się odprężają, otwierają umysły i jednoczą z ciałami po całym dniu pracy, jest wyjątkowe. To połączenie ducha i ciała jest jedyne w swoim rodzaju.

Trzeba to chronić.
O to w ogóle się nie martwię. Nawet, gdyby świat się rozpadał, odbywałyby się podziemne imprezy. Gdyby nadeszła apokalipsa, na świecie odbywałyby się imprezy. Nie sądzę, że trzeba ich bronić - dopóki będzie istnieć muzyka, będą istnieć imprezy. Kultura klubowa jest bardziej uparta od polityków, starających się ją zburzyć. Nie mają szans.

Mam nadzieję, że twoje słowa się sprawdzą i że będę na tej ostatniej imprezie!
Do zobaczenia!

Przeczytaj też:

Kredyty


Wywiad i zdjęcia: Wolfgang Tillmans
Wstęp: Felix Petty