trzynaście powodów, żeby zobaczyć „trzynaście powodów”

Nowy serial Netflixa unika schematów i przygląda się tematom seksizmu, gnębienia i samobójstwa.

|
kwi 10 2017, 12:20pm

„Trzynaście powodów" to jedyny serial, jaki powinniście teraz oglądać. W szczery sposób pokazuje problemy związane z napastowaniem seksualnym oraz samobójstwami i obala męską perspektywę. Jeśli jeszcze nie zaczęliście go oglądać, pozwólcie, że was do niego przekonamy. A jeśli już jesteście w trakcie, to ostrzegamy — możecie wpaść na drobne spoilery!

1. „Trzynaście powodów" rzuca światło na gnębienie w szkołach w XXI wieku
Wszyscy wiemy, że w erze cyfrowej sposoby gnębienia ewoluowały. Przez media społecznościowe tyrani mogą męczyć ofiary poza szkołą, sprawiając, że nigdy nie będą czuć się wolne od okrutnych komentarzy i powiadomień, przyprawiających o palpitacje serca. Za pomocą jednego ruchu palca kłamstwa (lub, co gorsza, prywatne zdjęcia) mogą roznieść się po całej szkole. „Trzynaście powodów" obnaża mechanizm tych zdarzeń, pokazuje bezmyślne rozpowszechnianie zdjęcia i mrożące krew w żyłach konsekwencje. Jeśli w ciągu ostatnich dziesięciu lat chodziliście do szkoły, albo widzieliście ją w najgorszym wydaniu w zatrważającym dokumencie „Audrie & Daisy", to na pewno wyczujecie w serialu odbicie mrocznej rzeczywistości.

2. Serial delikatnie podchodzi do samobójstwa i depresji
Lista motywów przewodnich „Trzynastu powodów" jest długa i mroczna: samobójstwa, napaść na tle seksualnym, samookaleczenie, depresja, stany lękowe... A jednak jakimś cudem nie są one zrzucone wszystkie na kupę i uproszczone. Różne postacie radzą sobie ze swoimi problemami na różne sposoby. Jessica wybiera wódkę i schodzi na złą drogę. Skye, kelnerka z kawiarni Monet's, okalecza się i broni swojego postępowania słowami: „Tak się robi, zamiast się zabijać". W najmroczniejszych momentach pod koniec (nie chce niczego zepsuć, więc więcej nie napiszę) serial jest szczery, odważny i wyczulony.

3. Obsadzenie Katherine Langford w roli Hanny Baker
Spójrzmy prawdzie w oczy: sukces serialu w dużej mierze opiera się na postaci Hanny Baker. Producenci mogli to łatwo zepsuć i postawić na znaną twarz z powodów finansowych, ale tego nie zrobili. Wybrali australijską aktorkę, Katherine Langford, która wcześniej nie zagrała w absolutnie niczym. I zupełnie tego po niej nie widać. Idealnie naśladuje amerykański akcent i ma w sobie urok przypominający Christinę Ricci koło roku 1997. Ma charakterek, ale jest też delikatna. „Moja skóra jest gładka, miękka i łatwo ją skaleczyć", pisze. Langford bez popadania w melodramatyzm sprawia, że możemy utożsamiać się z buntowniczą postawą Hanny. Jesteśmy pewni, że mimo jej skromnego CV telefony się urywają, od kiedy tylko nadano pierwszy odcinek.

4. Ścieżka dźwiękowa to czyste złoto
Ciężko wczuć się w emocje danej sceny, jeśli nie ma w niej muzyki. Wyobraźcie sobie, że jedna postać zdradza drugiej, że jest zamieszana w morderstwo. Jest noc, bujają się powoli na huśtawkach, a w tle Ed Sheeran delikatne śpiewa o zaglądaniu ukochanej głęboko w oczy. Żartujemy. W tej scenie leci piosenka „Atmosphere" sadcore'owego zespołu z lat 90., Codeine. Jest świetna, tak jak reszta ścieżki dźwiękowej. Wśród innych pozycji znajdują się : The Jesus and Mary Chain, LUH (zespół stworzony z popiołów Wu Lyf), Joy Division, i cover Big Star w wykonaniu Elliotta Smitha.

5. Serial zaciera granice między światami: kujonami i pakerami
Jesteśmy dobrze obeznani z motywami z filmów dla nastolatków z lat 90.: grzeczniutkie królowe studniówek, przytulający beczułki z piwem sportowcy itd. Dlatego tak miło w końcu zobaczyć te stereotypy wyrzucone na śmietnik. Weźmy na przykład takiego Alexa. Jest typowym hipsterem i kujonem: chudy, z tlenionymi włosami i kolczykiem w nosie. Najpierw pije ogromną, gorącą czekoladę w kawiarni, jak przygnębiony wyrzutek, a za chwilę pędzi samochodem pełnym pakerów i pali trawkę, jakby był częścią ich paczki. To koleś z plakatem Joy Division nad łóżkiem! Z kolei Sheri jest najmniej wredną cheerleaderką, jaką kiedykolwiek widzieliście na ekranie. Taylor jest frajerowatym fotografem, który okazuje się zbokiem. „Trzynaście powodów" jest jak wielka, stalowa kula, uderzająca prosto w stereotypy dotyczące nastolatków.

6. W ciekawy sposób podchodzi do zagadnienia męskiej perspektywy
Nie jestem pierwszą osobą, która to zauważyła, ale to bardzo ważne. Gdy Hannah zdobywa tytuł „najlepszego tyłka", kamera nie pożera wzrokiem jej pośladków. Nie skupia się też na zdjęciu, które pod jej spódnicą zrobił Justin (w zasadzie ledwo je widzimy). Zamiast tego punkt widzenia jest trochę oddalony, często pozostaje skupiony na Hannie — ofierze. Z kolei gdy Tyler (wspomniany zbok z aparatem) ją śledzi, widzimy to głównie z jej perspektywy, nie jego. Można to nazwać „bezpłciową" perspektywą, która skupia się na empatii. To kolejna rzecz, na którą producenci serialu są wyczuleni.

7. Sposób, w jaki przedstawia reakcję mężczyzn na przejścia Hanny też jest godny uwagi
Gdy Clay nie widzi problemu w nazwaniu Hanny „najlepszym tyłkiem", odpowiada mu: „Po raz kolejny, ty i sedno sprawy jesteście sobie zupełnie obcy", a później dodaje dosadniej: „Nigdy nie byłeś dziewczyną". Gdy ojciec Hanny również nie dostrzega, że lista jest formą gnębienia, do akcji wkracza jej mama i nazywa rzeczy po imieniu. W tym serialu komentarze usprawiedliwiające brak szacunku do kobiecego ciała nie pozostają bez odpowiedzi.

8. Niektóre odcinki wyreżyserował Gregg Araki, co nie powinno was zaskoczyć
Fani Arakiego, niezależnego filmowca specjalizującego się w pokazywaniu nudy z przedmieść, na pewno zauważyli jego nazwisko w paru odcinkach. Może nawet niektórych zaskoczyło, że reżyser filmów „Doom Generation - Stracone pokolenie" i „Zły dotyk" wziął się za serial Netflixa, ale nie powinniście się dziwić. „Trzynaście powodów" osadzone jest w świecie nastoletnich samotników, okaleczających się ofiar i dwulicowych żmij. Araki pokazuje ten świat już od prawie trzech dekad. Obsada jest świetna, ale równie duże uznanie należy się tym po drugiej stronie kamery.

9. Clay nie jest takim aniołkiem, jak się wam wydaje
Nie mówiłem całej prawdy, gdy stwierdziłem, że sukces opiera się na postaci Hanny Baker. W równej mierze zależy od Claya Jensena. Dylan Minnette („Gęsia skórka", „Nie oddychaj") idealnie nadaje się do roli nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie miłego chłopaka, który czeka całą WIECZNOŚĆ, żeby odsłuchać taśmy, chociaż cała reszta pochłaniała je z prędkością światła. Najpierw myślicie, że jest miły i porządny, wytyka zachowanie innych uczniów, którzy skrzywdzili Hannę. Wkrótce jednak traci niewinność i to nie tylko, gdy nie rozumie jej problemu z „listą gorących lasek". Nigdy nie ufajcie chłopakowi, który słucha „mało znanych, niezależnych zespołów", ale na ścianie ma plakaty Arcade Fire i The Shins.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

10. Prawda jest śliska i nigdy nie wiadomo, komu wierzyć
Serialowi świetnie idzie zwodzenie detektywa z kanapy (czyli ciebie). Nie dajcie się nabrać — Hannah nie jest ostoją prawdy. Ona też kłamie. Jest narratorką, na której nie można polegać. A może po prostu ma zamglone wspomnienia? Jak np. gdy mówiła, że Zach wyrzucił jej uczuciowy list. Wcale tego nie zrobił i pokazał Clayowi niepodważalny dowód. Do Claya dociera to, gdy wreszcie odsłuchuje taśmę. Wszyscy, łącznie z Hanną, mają swoją wersję tego, co się wydarzyło. Podążanie różnymi ścieżkami prawdy jest trochę jak rozplątywanie świątecznych lampek, tyle, że o wiele przyjemniejsze.

11. Hannah jest ofiarą, ale twórcy serialu nie pławi się w jej cierpieniu
Największym błędem, który popełnia większość seriali pokazujących depresję, jest przesadna dosłowność. Wszyscy są zasmarkani, stoją przed lustrem albo słuchają w łóżku „Everybody Hurts" R.E.M. i patrzą w sufit. Taka karykatura. Jestem pewien, że gdy niektórzy widzą wspomnienia z Hanną, oczekują oczywistych, widocznych znaków, pokazujących jej równię pochyłą. Nic bardziej mylnego — wszystkim z otoczenia Hanna wydaje się zwykłą dziewczyną. Uśmiecha się i nawet czasem śmieje. Z zewnątrz wszystko może wydawać się w porządku, ale wcale tak nie jest. „Trzynaście powodów" bada te niuanse.

12. „Czy w okolicy jest jakieś KFC, bo czuję tu kurczaka?"
Mianem kurczaka w Stanach określa się tchórza. Zatrzymajmy się więc na chwilę, by docenić piękno tej kwestii, wypowiedzianej beznamiętne przez Jessicę, która ma wszystko w nosie. Wiecie, że gdy następnym razem ktoś z waszych znajomych nie będzie chciał wspiąć się przez ogrodzenie do opuszczonego budynku, wystarczą wam tylko te słowa.

13. Tony jest największym dziwakiem
Tony jest dziwną postacią, prawda? Jeśli nie pucuje swojego czerwonego Mustanga, śledzi Claya ze zmartwioną miną. A jednak Tony, którego Clay nazywa „mało pomocnym Yodą" (czyżby cios wymierzony w jego wzrost?), też skrywa mroczną stronę. Gdy ktoś zadziera z jego siostrą, tłucze go na kwaśne jabłko, bo tym dla niego jest sprawiedliwość. W szkole Tony jest jeszcze bardziej tajemniczy. Wygląda, jakby nie pasował do reszty, jakby parę razy nie zdał. No i ta jego niezwykła, ulizana fryzura, niczym z klocków Lego. Nie mogę go rozgryźć. Jest najdziwniejszą postacią i go uwielbiam.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Oliver Lunn