jak być grunge'owcem

Cynizm, apatia i tumiwisizm.

tekst i-D Staff
|
20 Lipiec 2015, 1:20pm

Ja swoją subkulturę wybrałem już dawno. Będąc 13-letnim lamusem, którego właśnie zaczynał jarać rock'n'roll, przeszedłem na grunge'ową stronę mocy, nigdy nie odwracając się za siebie. Jest to rzecz absolutnie racjonalna - kształtowanie swego dorosłego wizerunku na bazie muzycznego podgatunku, na zrozumienie którego ówcześnie byłem za młody. W dodatku mieszkałem daleko poza promieniem samego zjawiska. Co z tego, że były lata 90., a telekomunikacja nie odbiegała technologią znacznie od pustych puszek na sznurkach.

Swoje „lepsze czasy" jako dziennikarz muzyczny spędziłem na próbach przeżycia grunge'owego odrodzenia, między innymi z kamienną twarzą zagadując kapele, takie jak Cage the Elephant, która rzekomo miała być kolejnym ważniejszym wydarzeniem w kulturze młodych. Poza tym zbierałem do kupy materiały na specjalne wydania z okazji rocznicy albumu Nevermind.

Podobne natręctwo wzięło się z lęku typowego dla outsidera, jako że będąc niemrawym nastolatkiem z północy Anglii, wrzuconym w otchłań subkultury o wielkim zasięgu za sprawą bomby atomowej w postaci Nevermind, już według samej definicji stanowiłem część problemu. Nigdy nie dało się być wystarczająco grunge'owym. Niby jak? Prawdziwy grunge skończył się na Nirvanie w 1993 roku, a rok później Kurt Cobain strzelił sobie w głowę, bo doświadczał zbyt dużo zainteresowania od ludzi takich, jak ja. Prawdopodobnie grunge był gatunkiem, który zapoczątkował postawę, charakteryzującą się tym, że w momencie, gdy kapela osiąga sukces komercyjny, przestajemy ją lubić.

Portal UrbanDictionary.com [słownik slangu] wymienia postawy charakterystyczne dla grunge'owców, a wśród nich: „dążenie do apatii i przeciętniactwa", „udawanie, że ci nie zależy, nawet jak ci zależy", „zazwyczaj cyniczny i negatywny pogląd na świat", „szanowanie kobiet i gardzenie mięśniakami".

Grunge narodził się, ponieważ tak niewielu ludzi obchodziło to, co działo się wówczas w Seattle, w wyniku czego kapele kisiły się we własnym sosie. Gatunek stanowił hybrydę punkowej energii i polityki z zaściankowością typową dla metalu oraz przestrojonymi gitarami. Mieszał brud typowy dla punka z rytmiczną zawiłością. Kurt pewnego razu określił Nirvanę jako połączenie Black Sabbath, Black Flag i The Beatles. Wynika z tego, że prawdziwy grunge'owiec odziedziczy geny po obojgu rodzicach i ucieleśni mieszankę nihilistycznej apatii z książkową precyzją. Będąc grunge'owcem, możesz przejawiać rozczarowanie absolutnie wszystkim dookoła, jednocześnie układając swoje płyty alfabetycznie. Pieprzyć muzę, oto gatunek, w którym się zakochałem od pierwszego wejrzenia. W moim idealnym świecie jest rok 1993, siedzę sobie w kawiarni w Seattle i zszywam kartki mojego fanzinu, podczas gdy mój najlepszy kumpel występuje właśnie w konkursie poezji, a ludzie w rogu walą herę.

Grunge to idealne rozwiązanie dla tych, którzy nigdy nie byli do końca jego częścią, bo wówczas tak naprawdę nikt nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Basista z Soundgarden, Ben Sheperd powiedział po latach: „To tylko marketing. Nazywasz to rock'n'rollem, nazywasz to punkiem, wszystko jedno. My nigdy nie byliśmy grunge'owcami, byliśmy po prostu kapelą ze Seattle". Można byłoby się spierać, że ten niesamowity dyskomfort związany ze statusem gwiazdy oznaczał, że sam termin „grunge" mógł odegrać swoją własną rolę w samobójstwie Kurta. Ok, lepiej nie zaczynać...

Grunge przybrał formę gatunku, który nigdy nie chciał istnieć. We wczesnych latach 90. podczas wielkiego szału, scena Seattle zyskiwała na popularności dzięki przedstawicielom. Z kolei przedstawiciele cierpieli z powodu rosnącej popularności. To właśnie wtedy nowojorska Siódma Aleja lansowała flanelę i kratę, a Marca Jacobsa okrzyknięto „grunge'owym guru".

Jeden z takich przejawów (nie)mile widzianego zachwytu pojawił się w 1992 roku, w postaci dziennikarza Ricka Marina, który napisał artykuł o najgorętszym trendzie, który „wkrótce zawita i w twoim liceum i centrum handlowym".

Chcąc uszczknąć kawałek grunge'owego slangu, który niewątpliwie istniał, Marin zadzwonił do biura siedziby sceny - Sub Pop Records. Recepcjonistka Megan Jasper nie była szczególnie wniebowzięta wizją popołudnia spędzoną na kompilowaniu listy terminów właściwych subkulturze. Times okazał się bardzo pomocny i umieścił w swojej bocznej kolumnie słowniczek: The Lexicon Of Grunge: Breaking The Code [leksykon grunge'u: łamiemy kod], w której znalazły się między innymi takie określenia jak „lame stain" [lamus], „harsh realm" [koszmar], czy „cob nobbler" [ofiara losu]. Problem tego wyczerpującego spisu polegał na tym, że nikt nigdy tak nie mówił. The Times był wielce oburzony, gdy magazyn The Baffler ich zdemaskował, w dodatku żądając przeprosin za publikowanie błędnych informacji. Autor, Thomas Frank odpowiedział jak prawdziwy gangster: „Gdy szanowany magazyn udaje się na poszukiwanie kolejnego, dużego tematu, a kolejny duży temat siusia mu na stopy, to uważamy to za całkiem zabawne". Czyż świat nie był ciekawszy, zanim pojawił się Google... ?

Jeśli chodzi o stronę muzyczną grunge'u, to jest ona równie niezgłębiona. Mnóstwo kapel, które się chętnie utożsamiają z gatunkiem, jak Pixies, Sonic Youth czy Dinosaur Jr, tak naprawdę miały nim niewiele wspólnego. W rzędzie razem z Nirvaną, Soundgarden i Alice in Chains siedzą Foo Fighters (sama obecność Dave'a Grohla nie sprawi, że będziesz grunge'owy), Bush (brytyjskie popłuczyny po grunge'u), the Presidents Of The United States Of America (no dobra, są ze Seattle, ale nie, no prostu - nie) oraz Cage The Elephant. Chociaż nie, w sumie was lubię, Cage The Elephant, nie zasługujecie na to. Kilka lat temu pojechałem w trasę po Stanach razem z londyńskimi spadkobiercami grunge'u - kapelą Yuck. Zrobiłem to na potrzeby artykułu, bo myślałem, że to będzie sztos. Chłopaki zupełnie nie załapały żartu, co zresztą bardzo wpasowuje się w grunge'owy klimat.

Pieprzyć więc czas i miejsce. Grunge to stan umysłu. Idę się właśnie schlać, podczas gdy wy, lamusy, jesteście udupieni. Jak będziecie mnie szukać, to będę tu i tam.

Kredyty


Tekst: Daniel Martin
Tłumaczenie: Zuza Bień

Tagged:
muzyka