warpaint wracają!

Dziewczyny z zespołu opowiadają o trudnej przyjaźni, nagrywaniu albumu, Dre i „Macarenie”.

tekst Francesca Dunn
|
06 Wrzesień 2016, 4:30pm

Wywiady przez Skype zawsze zaczynają się trochę niezręcznie. Pokazać się czy nie? Jeśli wykonasz połączenie wideo, a artysta wybierze jedynie audio, na wstępie okazujesz się zboczeńcem. Jedyną możliwością jest szybkie rozłączenie się, żeby uniknąć całej godziny wstydu. Jeśli zadzwonisz bez wideo, rozmówca pomyśli, że to tylko rozmowa audio i nie pokaże swojej twarzy, przez co stracisz dodatkową warstwę interakcji, a także możliwość popatrzenia na swojego ulubionego artystę. Na szczęście, Emily Kokal i Theresa Wayman z Warpaint same do mnie zadzwoniły i wybrały wideo. Jest popołudnie, dziewczyny leżą wygodnie na łóżku w nowojorskim hotelu. Emily nakleja sobie plaster na stopę: „W Los Angeles to rzadko się zdarza", zapewnia mnie. „Dużo się nachodziłam". Przyjechały na konferencje prasowe i wywiady, promujące trzeci album „Heads Up", który ukaże się jeszcze we wrześniu. Dziewczyny wróciły do korzeni i zagrały pierwszy wspólny koncert od dawna w Baby's All Right na Brooklynie.

Poprzednie wywiady przedstawiały zespół w innym świetle, jakby chciały się przed czymś bronić, ale tym razem jest inaczej. Czuję, jakbym dołączyła do ich pidżama party. „Przyjaźnimy się od 11 roku życia", rozpromienia się Emily i przytula Theresę. Razem dorastały w Eugene w Oregonie, a wagary spędzały, jeżdżąc samochodem i słuchając hip-hopu. Razem z basistką Jenny Lee grają jako Warpaint od imponujących 12 lat, a perkusistka Stella dołączyła do nich nieco później. Poprzednie single „Undertow" i „Love Is To Die" były hitami, tak jak świetne wideo do „Disco//Very", w którym w zwolnionym tempie tańczą na środku leśnej drogi, a obok nich jeżdżą najlepsi skejci Los Angeles.

Jako dziewczyńska ekipa Warpaint rozumieją wagę przyjaźni. „W tej więzi tkwi poczucie bezpieczeństwa, jesteśmy połączone, jakbyśmy razem odsiedziały wyrok", mówi Theresa. „Jak rodzina". Są wymarzoną drużyną, ale jednocześnie twardo stąpają po ziemi. „Czasami przyjaźnie, które trwają najdłużej, wcale nie są sielankowe...", ze śmiechem przyznaje Emily. „Ale są najbardziej satysfakcjonujące". Miło usłyszeć artystki mówiące tak szczerze o energii w zespole, bo zbyt często uznaje się to za temat tabu. „Zupełnie jakby zespół był drugorzędny, a na pierwszym miejscu znajdował się proces nauki koegzystowania jako ludzie", kontynuuje. „Uczymy się jak być dla siebie lepszymi ludźmi, to nadrzędny cel. Muzyka jest efektem ubocznym". Ich muzyka ma moc, potrafi inspirować, poruszać i przenosić słuchaczy w trans. To chyba najlepszy efekt uboczny na świecie!

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Po roku solowych projektów Warpaint zebrały się w styczniu, by napisać trzeci hipnotyzujący album studyjny, „Heads Up". „Jest nieco bardziej optymistyczny, pozytywny, jakby mówił 'głowa do góry', a nie 'uwaga na głowę', bo rzucam piłkę i możesz nią dostać w twarz!'", śmieje się Emily. „A może jednak?", wtrąca się Theresa. Ciągle się rozbawiają. Gdy skończyły pracować nad swoimi indywidualnymi projektami, zebrały się we czwórkę i obrały wyluzowane, eksperymentalne podejście do nagrywania płyty. „Starałyśmy się połączyć nasze style i lepiej zrozumieć się nawzajem", mówi. „Nie wywierałyśmy presji". Napisały piosenki (czasem wszystkie razem, czasem parami) w przestrzeni do prób w Los Angeles, w której nie polecają nagrywania albumu. Można usłyszeć przebitki metalowego zespołu z sąsiedniego pomieszczenia i kolesia od reggae z końca korytarza. Wynagrodziły im to widoki rozpościerające się przez ogromne okna na całej wysokości ściany, wyglądające na rzekę Los Angeles. Dziewczynom tak się tam podobało, że nawet zrobiły w tym studiu okładkową sesję.

„Chciałyśmy bawić się jak najlepiej", mówi Emily. „Myślę, że na to zasłużyłyśmy". Dziewczyny ponownie połączyły siły z producentem Jacobem Bercoviciem, z którym pracowały też przy debiutanckiej EP-ce, „Exquisite Corpse". Tak powstał nowy album, który jest bardziej taneczny i profesjonalny niż poprzednie krążki. Ich pierwszy singiel „New Song" jest chwytliwy i świeży. Potem wkracza industrialny „By Your Side" - piosenka o przyjaźni pełna harmonijnych wokali: „Teraz wiem, że nie jestem sama, moje dziewczyny są przy mnie, nie jestem sama". Kolejną wyróżniającą się piosenką jest „Don't Let Go", która brzmi jak połączenie nawiedzonego filmu dla nastolatków z lat 90. i Led Zeppelin. Pojawiają się w nim cztery wokale, pięknie nakładające się na siebie. Co ciekawe po „Biggie" z 2014 roku znajdziemy tu kolejny tytuł z hip-hopowym odniesieniem - „Dre". Czy to hołd dla ich nastoletnich czasów? „O rany, masz rację!", krzyczy Theresa. „Stara, to Zachodnie i Wschodnie wybrzeże, zdajesz sobie z tego sprawę?". „Dre" było tytułem roboczym kawałka przez otwierający go bit, ale przypadkowe skinienie do obu gigantów jest miłym akcentem. Cała płyta jest eklektyczna - jak zauważyła Jenny Lee, to bez wątpienia „dojrzalsza wersja Warpaint".

Z wydaniem albumu wiąże się trasa koncertową, którą Theresa i Emily się denerwują. „Na naszym koncercie wczoraj wieczorem panowała strasznie sztywna atmosfera, wiesz? Szczególnie przy nowych piosenkach, musiałyśmy się mocno skupić", wyjaśnia Theresa. Ale gdy już się rozkręcą, nie boją się tańczyć na scenie. Omawiając ulubione ruchy, pokazują kilka z „Macareny" i „YMCA", a potem Theresa wstaje i tańczy Charlestona. Robi wrażenie. „Uwielbiam go, bo nie da się zatańczyć Charlestona i być smutnym", mówi z uśmiechem. Nagle ktoś puka do drzwi i jak rodzic mówi im, że już pora spać - to ich manager. Emily odpowiada mu i rzuca poduszką w laptopa, a potem się żegnamy, jak na prawdziwym pidżama party. Dobranoc!

Przeczytaj też:

Warpaint zapowiadają nową płytę

Nowe utwory Warpaint w sieci

Wszystkie emocje Banks

Kredyty


Tekst: Francesca Dunn
Zdjęcia: Kayt Jones

Tagged:
warpaint
wywiad
Wywiady
zespół
muzyka wywiady