corinne day, niech to nigdy się nie kończy

Przedstawianie świata z pełnym realizmem zapewniło Corinne Day miano ikony fotografii naszych czasów. Teraz - cztery lata po jej śmierci - jej mąż, Mark Szaszy, opracował album 'May the Circle Remain Unbroken', zawierający niepublikowane zdjęcia...

tekst Suzy Corrigan
|
25 Wrzesień 2014, 1:30pm

May The Circle Remain Unbroken to smutny kawałek zespołu The 13th Floor Elevators, ostatni na albumie Bull of the Woods. To dźwięk coraz krótszych, ale słonecznych, jesiennych dni i pojednania. Corinne Day go uwielbiała. Jej partner, były model i filmowiec Mark Szaszy, tłumaczy znaczenie tytułu, którym nazwał też nowy album i wystawę jej wczesnych prac:

- Wszystko zaczęło się od katalogu na wystawę „Heaven Is Real" w 2011 roku. Pomysł przemienił się w album, który powoli nabierał kształtów.

Ponad 200 zawartych w nim zdjęć pochodzi z wczesnego portfolio Corinne: powstawały od 1985 roku - gdy poznała Marka i po raz pierwszy wzięła aparat do ręki - do 1996, gdy zdiagnozowano u niej guza mózgu, który w 2010 roku odebrał jej życie. Zebrane prace pokazują, jak kształtował się jej styl, jak w jasnych i mrocznych zaułkach Londynu szukała z przyjaciółmi własnej drogi. Kate Moss, którą Corinne odkryła w 1990 roku, ukazuje się tu tylko okazjonalnie.

- Tytuł pochodzi ze starej angielszczyzny, nie obejmują go prawa autorskie - mówi Mark. - Album zaczął się kształtować, dopiero gdy skupił się na ludziach z otoczenia Corinne z czasów jej młodości (np. Tara St Hill czy George Clements). Skojarzyło mi się to z nierozerwalnym kręgiem przyjaciół, który zawsze będzie całością, cokolwiek by się z nimi działo. Z pracami Corinne będzie tak samo, choć ona odeszła - zdjęcia przetrwają.

„Corinne kochała naturalność, nie znosiła makijażu. Wiedziała, że każdy redaktor będzie chciał zobaczyć twarz modelki, a nie dziewczynę pokrytą mazią. Było jej to na rękę, bo chciała po prostu fotografować ludzi".

Z Markiem spotykamy się w najdalej wysuniętym na południe zakątku Londynu, który nazywa teraz swoim domem - przeszedł długą drogę od globtroterskiego życia, które dzielił z Corinne. Neogotycki dom z szarej cegły na ulicy pełnej wysypanych żwirkiem tarasów i zadbanych różanych krzewów jest jak widmo. Jego mansardowy dach wieńczą iglice, niczym w nawiedzonym domu z filmu o Scooby Doo. Między kamiennymi posążkami egipskiej bogini Bastet skrada się kot. Po wejściu do środka, gdy zamykają się drzwi, zapominamy o przedmieściach Londynu. Wydaje się, jakbyśmy siedzieli w gabinecie XIX-wiecznego szarlatana. Mark z zamysłem spogląda na wysoki sufit pokryty gzymsami i bierze głęboki wdech:

- Poznaliśmy się w 1985 roku w pociągu w Tokio. Oboje zajmowaliśmy się modelingiem, dobrze się dogadywaliśmy, ale Corinne musiała wyjechać. Dostała duży kontrakt w Stanach, zdjęcia do reklamy miała w Los Angeles. Została tam kilka lat, znalazła nowego chłopaka, ale przez dwa lata wysyłaliśmy sobie pocztówki. W 1987 roku przyjechała do Melbourne, gdzie składałem portfolio do szkoły filmowej Swinburne. Zostawiła chłopaka i zakochaliśmy się w sobie jeszcze raz.

Później Corinne zaczęła eksperymentować z małoobrazkową Yashicą Marka - robiła zdjęcia miejsc, które odwiedzali razem, i ludzi, których mijali na ulicy. Mark, znany do tej pory ze swojej ogolonej głowy, zapozował jej w świeżo odrośniętych włosach. Gdy Corinne znowu dostała dwumiesięczny kontrakt w Japonii, poprosiła Marka, żeby do niej dołączył.

- Namówiła mnie na zrobienie jakichś zdjęć i powiedziała: „Włóż je do swojej książki i przyjedź do mnie do Tokio, będziemy jeździć po świecie, jeśli tylko chcesz. I zniknęła. Nie wiedziałem, co zrobić: zostać i pójść na filmówkę czy wyjechać? Rzuciłem więc szkołę i pojechałem za nią - wspomina Mark.

Przez następne lata szli razem do przodu. Mark został filmowcem i reżyserem teledysków, Corinne zaangażowała się w robienie zdjęć, gdy tylko świat zaczął doceniać naturalność.

- Imponowała jej władza, którą mogli zdobyć fotografowie mody - mówi Mark. - Zaczęła robić testy swoim przyjaciółkom modelkom w tanich mediolańskich pensjonatach. Tylko w Mediolanie można na tym zarobić, bo przyjeżdżają tam dziewczyny z całego świata, często nie mają zdjęć w portfolio i nie mogą dostać żadnych zleceń. Agencje zauważyły, że modelki, które fotografowała Corinne, nagle zaczynały kariery. Była genialna w dobieraniu im ubrań, korzystała z używanych rzeczy i sprawiała, że proste zdjęcia były naprawdę piękne. Przez całą swoją karierę to robiła: torbami wynosiła ciuchy z lumpeksu na sesje do „Vogue'a" i próbowała przemycić je na zdjęcia, gdy styliści nie widzieli. Zazwyczaj jednak widzieli - ona była tego świadoma - ale pozwalali jej na to. Nawet tam nadawała zdjęciom realizmu.

Dzisiaj Mark twierdzi, że życie jego partnerki bywało zbyt trudne do zrozumienia dla branży, która teraz ją podziwia. Prywatnie Corinne bała się, że będzie tracić zlecenia, bo przypięto jej łatkę zbyt trudnej i przekornej. Jej rodzice rozstali się, gdy była mała, na przedmieściach Londynu wychowywała ją babcia Mary.

- Jak na kogoś, kto został porzucony, Corinne nigdy nie cierpiała na brak pewności siebie lub problemy emocjonalne - opowiada Mark. - Mary za nią szalała, a Corinne nie bała się niczego. Ale z drugiej strony, rzadko okazywała emocje, szczególnie gdy usłyszała już diagnozę. Potrafisz sobie wyobrazić, jak to jest mieć raka mózgu i być przez to tak osłabionym, żeby trzymać to w tajemnicy? Martwiliśmy się, że branża nie chciałaby pracować z kimś, kto jest chory. Corinne czuła, że nie mogłaby o tym powiedzieć nawet przyjaciołom, i przez lata tego nie zrobiła, siedziała cicho. Chciała być po prostu traktowana normalnie.

„Wszyscy wiedzieli, że Corinne jest chłodna i oschła, ale jej charakter krył dużo więcej. Mawiała, że może nam tu być jak w niebie, że wokół jest tyle piękna. Corinne je dostrzegała. I robiła mu zdjęcia".

Wiele osób wie, że przeszła operację wycięcia guza, ale niewielu jest świadomych tego, że ta operacja się nie powiodła: Corinne przez resztę życia walczyła z atakami epilepsji. Zmagając się z chorobą, swoją energię ładowała w pracę i podróże, tak długo jak tylko mogła.

- Przez ostatnie lata jej życia ukrywaliśmy się - przyznaje Mark. - Ciężko było jej widywać ludzi, nikt miał nie wiedzieć o jej chorobie. Chciała zarobić jak najwięcej, żeby kupić dom i zapewnić sobie chociaż trochę bezpieczeństwa. Skupiała się na pracy, to ją kochała najbardziej. To ona pozwalała jej żyć.

To zrozumiałe, że modelki stają się później świetnymi fotografkami. Flagowym przykładem jest Lee Miller, która zaczynała jako muza Mana Raya, a skończyła jako jedna z najwybitniejszych fotografów swojej ery. Dzięki temu, że Corinne potrafiła umalować i ubrać swoje modelki sama, miała przewagę nad wyrobionymi w branży facetami - zależnymi od zastępów fryzjerów, makijażystów i stylistów.

- Corinne potrafiła bardzo szybko pracować. Zdarzało się, że robiła kilkanaście sesji jednego dnia - zdumiewa się Mark. - Kochała naturalność, nie znosiła makijażu. Wiedziała, że każdy liczący się w branży redaktor będzie chciał zobaczyć twarz modelki, a nie dziewczynę pokrytą mazią. Że chcieli zobaczyć jej naturalne włosy, to, jakie są, żeby wiedzieć, z czym mogą pracować. Corinne to rozumiała. I było jej to na rękę, bo chciała, żeby zdjęcia wyszły jak najbardziej spontanicznie. Chciała po prostu fotografować ludzi.

Naturalność jest jak nić, która łączy zdjęcia Corinne, niezależnie od okoliczności, w których były zrobione, albo przedstawionych na nich bohaterów. Szczególnie widoczna jest we wczesnych projektach zawartych w albumie. Gdy oglądamy ich surówki na ekranie starego PowerBooka Corinne, co chwilę widzimy prawdziwe okazy piękna: George Clements rozłożony w pociągu jak Thomas Chatterton na obrazie, londyński squat jako jaskinia pełna gołębi, Tara St Hill śmiejąca się do rozpuku, pusty salon, brytyjska wieś, australijska puszcza czy mała dziewczynka na chodniku w Mediolanie. Mark myśli, że te skrajności wiele mówią o pracy Corinne.

- To nieprawda, co ludzie o niej myśleli, nie była efekciarą i ćpunką - mówi Mark. - Wszyscy wiedzieli, że jest chłodna i oschła, ale charakter Corinne krył dużo więcej i właśnie to chciałem pokazać: wcześniej w „Heaven Is Real" i ponownie teraz. Corinne mawiała, że może nam tu być jak w niebie, że wokół jest tyle piękna. Dostrzegała je. I robiła mu zdjęcia.

Kredyty


Tekst: Susan Corrigan
Zdjęcia: Corinne Day
Opublikowane w The Creative Collaborators Issue, i-D No. 327, Jesień 13 

Tagged:
wywiad
Kultura
corinne day
mark szaszy