czy internet jest w stanie zabić pokazy mody?

Każdy pokaz mody możemy dziś obejrzeć dzięki live streamingowi. Czy w takim razie możemy już nie zjawiać się na nich osobiście? Anders Christian Madsen, Fashion Features Director magazynu i-D, jasno odpowiada na to pytanie... Streamu nie da się...

tekst Anders Christian Madsen
|
19 Marzec 2015, 10:45am

Ekipa i-D wyznaczyło mnie na swoją redakcyjną wtyczkę na pokazach. Dlatego jestem pierwszą osobą, do której należy się zwrócić w sprawie obrony tej instytucji. Jestem gościem praktycznie wszystkich dużych tygodni mody w sezonie. A kiedy zacząłem pisać te słowa, uświadomiłem sobie, że nigdy nie oglądałem żadnego live streamu pokazu. Dwa tygodnie temu kursowałem po paryskich wydarzeniach ze świata odzieży damskiej. Wtedy na moją pocztę spłynął mail z biura. Poproszono mnie, bym napisał właśnie ten artykuł. I muszę przyznać - praktycznie sam się napisał. „Jak live streamowanie pokazów zdemokratyzowało branżę mody?" - wyczytałem w briefie. „Wszyscy możemy mieć w naszych pokojach taki widok, jak Anna Wintour z pierwszego rzędu. W jakiej pozycji stawia to pokazy mody? Jeśli nie dostałeś miejsca w pierwszym rzędzie, czy jest sens zjawiać na nich osobiście?".

W tamtej chwili byłem w samym środku bardzo emocjonalnego pokazowego maratonu. Nie miałem wątpliwości co do odpowiedzi na te pytanie. Jak powiedział mi kiedyś Heider Ackermann, chodzimy na pokazy „ponieważ nie ma nic piękniejszego, niż obecność na défilé. Niż możliwość usłyszenia muzyki we właściwy sposób. Niż to, że czujesz jak obok ciebie oddycha druga osoba. Niż to, że widzisz na własne oczy jak poruszają się tkaniny". Heider jest w tej kwestii równie bezwstydnie staroszkolny, jak ja. Pamiętam jego inną wypowiedź. „W każdym pokazie mody chodzi o ruch. Myślę, że żeby zrozumieć co ta osoba ma do powiedzenia, musisz znaleźć się w tej przestrzeni. To może cię wzruszyć". Po pokazach jesień/zima 15, których niedawno doświadczyłem, wiem to na pewno. Ta zwięzła wypowiedź jest w stu procentach trafna.

Coś wisiało w powietrzu. Przyczyną był z pewnością atak terrorystyczny w Paryżu z początku tego roku. Wszechobecna atmosfera zmieniła pokazy na bieżący sezon w emocjonalny rollercoaster. Tego nigdy nie uchwyciłoby się w internetowej transmisji. Nie oddałaby w żaden sposób tej nawałnicy uczuć. Towarzyszących na przykład „ceremonii oddzielenia" Rei Kawakubo. Starcia pokrytych ochronnymi poduszkami tytanów na środku wybiegu. Tańczących w ciszy wokół siebie na moment przed tym, jak ich drogi się rozeszły. Przy akompaniamencie dramatycznie przejmującej ścieżki dźwiękowej autorstwa Maxa Richtera. Albo widokowi modelek Valentino, przypominających rzeźby w swych biało-czarnych szatach. Lewitujących z gracją nad wybiegiem, zupełnie jakby były duchami. Co podkreślał upiorny temat muzyczny Shigeru Umebayashi z filmu 2046. Żaden materiał filmowy nie wywoła wrażenia poruszenia w żołądku. Które pojawia się, gdy armia pięćdziesięciu modelek Driesa Van Notena rusza marszem w finałowej paradzie prosto na ciebie.

Te momenty można oczywiście nagrać i odtworzyć. Ale będzie to przypominało oglądanie na wideo koncertu pop czy wykonania symfonii. Ekran nigdy nie zapewni ci tego przeładowania zmysłów, które wiąże się z przebywaniem na występie. Zgoda, zdarza sięwiele pokazów, które live streamowane zapewnią ci wiele z tych wrażeń. Albo, patrząc na to z innej strony, tylko tyle. Przyjmijmy jednak, że pokaz jest świetny. A projektant pragnie, by wywoływał reakcje podobne do przedstawienia teatralnego. W takim przypadku naprawdę nie ma porównania. Takich pokazów nie zastąpi się live streamem. Transmisja odbierze im całą magię. Sądzę, że właśnie dlatego nigdy nie wpadłem na pomysł streamowania sobie modowych wydarzeń. Z tego samego powodu nigdy nie oglądałem klasycznego nagrania wideo pokazu, na którym byłem. Przy odtwarzaniu show wypada bardzo płasko. To jakoś zanieczyszcza moje wspomnienia z nim związane.

Rozumiem naturalnie, że live streamy to ważny wynalazek. I powinno udostępniać się je tym, którzy nie mają możliwości obejrzeć pokazu na żywo. Mnie poproszono jednak o napisanie artykułu odpowiadającego na inne pytanie. Czy branża może sobie darować oglądanie pokazów osobiście? Albo zostawić je małej grupie osób, dla których zarezerwowano pierwszy rząd? To prawda, że nie wszyscy goście mają dobry widok na wybieg. Ale właśnie ten wybieg potrzebuje odpowiednio dużej widowni. Jak zresztą każdy rodzaj teatru. Bez niej nie da się wytworzyć atmosfery podekscytowania unoszącej się w pomieszczeniu. Ktoś z trzynastego rzędu może nie dostrzec butów. Ale jego obecność jest równie ważna dla całego przedstawienia, co osób z pierwszego rzędu. Publika jako całość kreuje to wspólne doświadczenie.

Następnie mamy dość przekonujący argument. Że redaktorzy lecą do Nowego Jorku, Londynu, Mediolanu i Paryża by zobaczyć - we własnej osobie i na własne oczy - ubrania, o których będą pisali przez cały długi sezon. A także, czasem, zobaczyć je ponownie, w odpowiedniej oprawie. Na pokazach odbywają się też kluczowe spotkania branżowe . Redaktorzy zajmują się tam różnymi niuansami modowego biznesu. Wyobraźmy sobie, że tylko pierwsze rzędy tego świata zjawiają się na tygodniach mody. Branża rozpadła by się zaraz wyłącznie z powodu braku siły roboczej. Ale odsuńmy na bok poważne interesy. Jeśli chodzi o utrzymanie przy życiu pokazów mody, bardziej przemawia do mnie wyłożony w akapitach powyżej, romantyczny argument. Moda potrafi wcielić się w role idącej po trupach, nastawionej na robienie pieniędzy światowej potęgi. Jednak właśnie dlatego potrzeba jej tego elementu teatralnej, kojarzącej się z marzeniami sennymi, emocjonalnej prezentacji. Żeby wszystko nie sprowadzało się do dolarów i centów.

Nad modą unosi się reputacja zimnej i cynicznej branży. Lecz to właśnie na pokazach wyczuwasz tak naprawdę bijące serce tego świata. Weźmy za przykład powrót Johna Galliano z kolekcją ready-to-wear dla Maison Margiela. Wydarzenie, które miało miejsce na tegorocznym Paryskim Tygodniu Mody. Nie ma takiego live streamu, który uchwyciłby atmosferę panującą wtedy na sali. Mógłby wam pokazać trzy modelki wbiegające na wybieg. Pochylone do przodu i rozwścieczone. Ewentualnie reakcje widowni na ich pojawienie się. Ale żadna kamera czy mikrofon nie zarejestruje nastrojów rozchodzących się po całym pomieszczeniu. Gęsiej skórki, której dostałem w momencie, gdy fotografowie zaczęli chóralnie wykrzykiwać nazwisko Johna. Intensywnych dyskusji, które rodziły się już podczas opuszczania budynku. Te doświadczenia są istotą tego, co daje nam bywanie na pokazach.

Kredyty


Tekst: Anders Christian Madsen
Zdjęcia: Mitchell Sams

Tagged:
Internet
FASHION WEEK
Streaming
pokaz mody