Reklama

matki za kratkami

Zdjęcia Cheryl Hanny Truscott opowiadają historię rosnącej liczby kobiet w więzieniach Ameryki.

tekst Alice Newell-Hanson
|
25 Wrzesień 2015, 11:55am

„Gdy myślę o kruchych i bezbronnych społecznościach, to wydaje mi się, że ekstremum stanowi ciąża w więzieniu", mówi Cheryl Hanna Truscott. Z zawodu położna oraz specjalistka w zakresie pomocy dzieciom, które padły ofiarą znęcania, Truscott jest również wolontariuszką w jednym z niewielu więziennych żłobków, gdzie przez ostatnie 12 lat, dokumentowała m.in. więźniarki, tatuaże i ząbkujące dzieci.

Projekt Cheryl pt. Protective Custody [opiekuńczy areszt] zwraca uwagę na rosnący odsetek kobiet trafiających do więzień w Stanach Zjednoczonych. Między 1980 a 2010 rokiem, nastąpił wzrost w wysokości 646%, o 1,5 większy niż ten dotyczący mężczyzn. Projekt dokumentuje również analogiczną, wysoką liczbę więźniarek w ciąży lub świeżo upieczonych matek w więzieniach. Jako że większość z nich (bo o trzy razy więcej w stosunku do ojców) deklaruje, że są jedynymi, prawnymi opiekunkami ich dzieci, to skazanie na więzienie w przypadku młodej lub oczekującej dziecka matki, jest tragedią zarówno dla tych kobiet, jak i ich dzieci. W takich przypadkach, do najczęstszych wyborów należy rodzina zastępcza, adopcja lub aborcja.

W 1991 roku Washington Corrections Center for Women [WCCW - zakład karny dla kobiet w Waszyngtonie], leżący w odległości 10 minut drogi od domu Truscott, stał się jednym z czternastu więzień w kraju, które zapoczątkowały tzw. Residential Parenting Program [program przewidujący wychowywanie dzieci w warunkach mieszkalnych]. „Inne bloki wyglądają jak z [serialu] Orange Is The New Black", opowiada Truscott o więzieniu. „Mają piętrowe łóżka, a pokoje rzadko są podzielone. Ale oddział J [do którego przydzielone są matki będące częścią programu] zamiast typowych cel więziennych posiada pokoje podobne do tych w akademikach, są też opiekunki-wolontariuszki, które wcielają się w rolę niań, podczas gdy matki są na zajęciach albo w sądzie". Wprawdzie nie wszystkie kobiety kwalifikują się do pobierania korzyści programu, bo wymogi dyktują, że wyrok matki musi być przyznany za czyn niezwiązany z przemocą i kończyć się maksymalnie w przeciągu dwóch i pół roku od narodzin dziecka. Kobiety, które lądują na oddziale J, dostają, jak same mówią - drugą szansę. A co najważniejsze, rodząc podczas odbywania kary, unikają traumy związanej z natychmiastowym odebraniem dziecka z ich ramion.

Rozmawiamy z Cheryl Hanną Truscott o tym, z czym muszą borykać się kobiety odbywające karę wiezienia, o rosnącym odsetku karanych oraz o tym, dlaczego na zdjęciach nie pokazuje śladów po strzykawkach.

Czy urodzenie dziecka w więzieniu daje kobietom inną perspektywę dotyczącą odsiadywania wyroku?
To, co często od nich słyszę, to że program dał im drugą szansę. Niektóre z nich straciły dzieci już wcześniej, tkwią więc w wielkiej żałobie. Więc jakkolwiek bardzo nie chcą się do tego przyznać, czasami mówią mi: „Jestem bardzo wdzięczna za to, że tu jestem. To tak, jakby Bóg dał mi drugą szansę". Program oferuje matkom również możliwość udziału w inicjatywie pt. Early Headstart [wczesny, łatwiejszy start], który uczy je o kolejnych fazach rozwoju ich dziecka. Wiele z nich nie otrzymało dostatecznej edukacji, aby być matkami, więc to bardzo podnosi ich kwalifikacje jako rodzica.

Jakie są największe trudności, z jakimi muszą borykać się matki w więzieniach?
Istnieje proces aplikacyjny do programu, więc niektóre z nich dostają się do niego dosłownie na parę tygodni przed rodzeniem. Oznacza to, że przez bardzo długi czas tkwią w wielkim niepokoju i stresie, a to na pewno nie sprzyja ciąży. Poza tym więzienie to ogólnie stresujące środowisko. W ramach programu matki otrzymują wsparcie, ale pojawia się dużo wątpliwości z ich strony, niepokój związany z bycia matką: „Czy robię to dobrze? Czy robię wystarczająco dużo?"

A jakie są szersze problemy, jakim muszą stawiać czoła kobiety w więzieniach, bez względu czy są matkami, czy nie?
Po pierwsze, na zewnątrz zazwyczaj jest rodzina, co tworzy patologiczną sytuację. Następnie w więzieniu istnieje społeczna hierarchia, często bardzo niezdrowa. Oglądałaś kiedykolwiek Orange Is the New Black? Są przysługi i „przyjaciółki", które tak naprawdę nie są twoimi przyjaciółkami, to się dzieje. Poza tym wiele kobiet przeżyło traumę. Niektóre mają trudności z uczeniem się, niektóre nigdy w życiu nie miały nikogo, kto by za nie w jakikolwiek sposób poręczył, w efekcie nie mają edukacji ani żadnych umiejętności. A to oznacza trudności ze znalezieniem pracy, gdy już wyjdą. Gdy zostają wypuszczone, [byłe więźniarki] dostają po 40 dolarów, jeden zestaw świeżych ubrań i bilet autobusowy. Z tym wszystkim muszą ułożyć sobie na nowo życie, a te, z którymi ja pracuję - dodatkowo jeszcze z dzieckiem.

Poza tym bardzo trudno załatwić sobie na zewnątrz mieszkanie, bo ludzie zazwyczaj nie chcą wynajmować przestępcom. Wiele kobiet ma także problemy z narkotykami, którymi nikt zbytnio się nie przejmuje. Uważam, że więzienie mogłoby być dla nich terapią, ale brakuje po prostu funduszy.

Za co została skazana większość kobiet objętych programem ze żłobkiem?
Przeważnie za sprawy związane z narkotykami. I niekoniecznie za zażywanie czy handlowanie, często przestępstwo pośrednio wiązało się z nałogiem. Na przykład potrzebowały pieniędzy, więc ukradły albo pod wpływem spowodowały wypadek samochodowy i ktoś został ranny. Bardzo się dziwię, bo pomimo że istnieją programy od uzależnień, to niektóre kobiety się nie kwalifikują, bo ich wyrok nie dotyczył narkotyków w bezpośredni sposób. Rozmawiałam z kobietą, która chciała otrzymać leczenie, ale nie dostała się do programu.

Czy utrzymujesz kontakt z jakimikolwiek matkami, które wyszły na wolność?
Tylko nieformalnie, czasem pytam pracowników, jak one się miewają. Niektóre z nich, które niezwykle dobrze radziły sobie w więzieniu, mają potem wielkie trudności, a inne, które nie budzą żadnych nadziei, potem nagle stają na nogi. Nie jest zawsze tak, jak się oczekuje. Na początku myślałam, że ten program to „remedium dla wszystkich", ale nie zawsze tak jest. Ale myślę, że dzieci mają się dobrze, a chodzi też przecież o danie szansy właśnie im.

Co było twoim głównym celem, gdy zaczęłaś robić zdjęcia tym kobietom?
Zwiększenie świadomości. Pomyślałam: „O tym się nie słyszy". Program jest czymś, w co naprawdę mocno wierzę, zarówno ze strony osobistej, jak i zawodowej. Po drugie, takie wyzwanie fotograficzne jest bardzo interesujące. Wcześniej krytykowano mnie za to, że moje zdjęcia były „za słodkie", nie miały wystarczającego pazura, nie pokazywały zepsutych zębów i śladów po igłach. To tylko mnie utwierdziło w moim zamyśle. Takie ostre zdjęcia więźniów widuje się non stop. Nigdy za to nie widzi się kobiet, które ze wszystkich sił próbują pokochać swoje dzieci.

protectivecustody.org

Zobacz też: Zdjęcia z psychiatryka.

Kredyty


Tekst: Alice Newell-Hanson
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia: Cheryl Hanna Truscott