antologia polskiego modelingu: marta dyks

Marta opowiada o niespodziewanych zwrotach akcji w swojej karierze, wizji mody w telewizyjnych talent show i plusach mieszkania w Polsce.

tekst Basia Czyżewska
|
16 Marzec 2016, 9:15am

To zaskakujące, że choć dziś jesteś rozchwytywana i twoją twarz możemy oglądać na bilbordach ważnych kampanii na całym świecie, początki wcale nie wskazywały, że czeka cię świetlana przyszłość.
Mój pierwszy kontakt z modą nastąpił, gdy miałam 16 lat i wzięłam udział w konkursie na nowe twarze organizowanym przez magazyn dla nastolatek. Ktoś uznał, że mam potencjał, więc zaczęłam pracować - to były drobne sesje, raczej lookbooki, w ogóle nie myślałam o tym, co robię w kategoriach kariery. Miałam pragmatyczny plan: zarabiałam pieniądze, które były dodatkowym kieszonkowym. Tak mijały lata, dorastałam i okazało się, że te kwoty są za małe, bym mogła się dzięki nim utrzymać. Więc na pierwszym miejscu postawiłam studia i inne hobby, które mogłyby przerodzić się w realny zawód - architektura wnętrz, kryminalistyka, a potem produkcja telewizyjna…

Nie mogę uwierzyć, że tak utylitarnie traktowałaś tę przygodę z modą. Żadnych marzeń, fascynacji czy nadziei?
To nie były moje marzenia. Nigdy też nie fascynował mnie ten świat. Nie miałam żadnych ambicji związanych z branżą. To była praca. Mogłam rozdawać ulotki albo pozować do zdjęć - wybór był dość prosty :)

W ogóle nie pociągał cię ten świat, nie myślałaś, żeby zaistnieć w nim w jakiejś innej roli?
Jako modelka miałam tyle czasu podczas sesji zdjęciowych, że mogłam obserwować pracę każdej osoby z ekipy - od fotografa przez stylistę po asystenta ustawiającego światło. Ja sobie to przełożyłam na pracę w produkcji. Nikt tak jak my, modelki, nie jest w stanie wypatrzeć tylu błędów. Czasami są to rzeczy proste - które jednak wszystko zmieniają, np. to, że ktoś zapomni o wodzie mineralnej na planie podczas 40-stopniowego upału - a czasami bardzo skomplikowane produkcyjne zadania. Straciłam wiarę w modeling i zaczęłam pracę w telewizji, a moją pierwszą produkcją było „Top Model" (śmiech).

Co myślisz o tym programie, w końcu to właśnie takie talent show jak „Top Model" budują wizerunek branży w Polsce.
Bardzo przykre jest to, że tworzy on błędne wyobrażenie na temat naszej pracy. Z drugiej strony rozumiem, że to jest program telewizyjny, który rządzi się swoimi prawami. Musi się sprzedać, więc należy traktować go z dużym przymrużeniem oka. Praca modelek nie jest na tyle fascynująca, żeby ktoś chciał oglądać ją co tydzień, więc trzeba ten świat jakoś ubarwić, podsycać.

Jakie są największe grzechy „Top Model"?
Pokazuje się tam bardzo dramatyczne historie, które w prawdziwym życiu w ogóle się nie zdarzają. Praca modelek nie polega na tym, że leżymy w surowym mięsie, pokazujemy piersi na każdej sesji i awanturujemy się o nie wiadomo co. Prawda jest taka, że jeśli nie chcesz się rozebrać, to się nie rozbierasz, jeśli mówisz, że nie założysz futra, to nikt nie może cię do tego zmusić. Ta drama w każdym odcinku programu buduje nieprawdziwy obraz modelki w społeczeństwie.

Więc znalazłaś nowy kierunek, złapałaś dystans i zaczęłaś realizować nową wizję siebie. Jednak w pewnym momencie prawdziwy świat mody upominał się o ciebie...
Podczas pracy nad finałowym odcinkiem „Top Model" jednym z moich zadań było skoordynowanie planu i opieka nad gościem specjalnym, którym okazał się Joel Wilkenfeld, właściciel i założyciel agencji modelingowej Next Models. Przy jakiejś rozmowie powiedział mi: „Marto, powinnaś być modelką". Odparłam, że trochę się już tym zajmowałam i ta praca nie kręci mnie na tyle, żeby poświęcić się jej w całości. Poza tym - nie oszukujmy się - nie odniosłam większego sukcesu. Wtedy Joel dał mi swoją wizytówkę i poprosił, żebym wysłała mu polaroidy.

Ta historia brzmi jak bardzo wyrachowany plan.
Tak, wieloletni i realizowany z zimną krwią (śmiech), tylko że te polaroidy nigdy nie zostały wysłane. Dwa miesiące później przyjechał do Warszawy agent z mediolańskiego oddziału Nexta i zobaczył się ze mną w mojej rodzimej, warszawskiej agencji Rebel. Usłyszałam wtedy, że mam rzucać wszystko i jechać do Mediolanu. Miałam 21 lat i pracę, która była dla mnie ważna. Pomyślałam, że już to przerabiałam, ale mogę wziąć urlop od szkoły i pracy, zrobić sobie dwutygodniową próbę, która rozstrzygnie tę sytuację ostatecznie. Pojechałam do Mediolanu bez większej wiary, ale chciałam to odkreślić grubą kreską. Dałam sobie i tej pracy ostatnią szansę. A później - dosłownie i w przenośni - nigdy już nie wróciłam.

Pojawiłaś się wtedy na pokazach bardzo różnych domów mody: Louis Vuitton, Céline, Just Cavalli, ale też haute couture Diora czy Armani Privè. Dziś robisz kampanie popularnych marek, m.in. Pepe Jeans, Cos, Topshop, Zara. Czy umiesz określić swoją charakterystykę jako modelki, swoją specjalizację?
Rzeczywiście robię bardzo różne rzeczy. Dawniej częściej chodziłam w pokazach, bo młode modelki najpierw wyrabiają sobie nazwisko w high fashion, a dopiero później dostają propozycje dobrze płatnych komercyjnych kampanii. Takie są droga i cel. Moja twarz nie jest szczególnie charakterystyczna, chyba pasuje do różnych marek i koncepcji. Więc mam to szczęście, że robię dużo kampanii bardzo różnych firm. Nie jestem ani świetlistą blondynką, jak część polskich modelek, ani klasyczną pięknością czy też osobą dziwną i charakterystyczną. Może to mój atut, że jestem normalna i uniwersalna? Takich dziewczyn jak ja chodzi po ulicy dużo i przez to mogą poczuć do mnie nić sympatii. Wpisuję się chyba w szeroki nurt nowoczesnej młodej kobiety.

Czy po tych pierwszych mediolańskich exklusivach poczułaś wreszcie, że weszłaś na dobre tory, że możesz w końcu skupić się na modzie?
Jestem pragmatyczna, wiedziałam, że jeden sezon nie czyni modelki. Dziewczyny znikają po bardzo dobrym debiucie. Dużo widziałam, sama tkwiłam w tym przez dobrych kilka lat. Scenariusze są najróżniejsze. Miałam w sobie nutkę ekscytacji, ale gasiłam ją kubłem zimnej wody. Dopiero po dłuższym czasie oswoiłam się z sytuacją. Poczułam się stabilna.

Ta dobra passa trwa już prawie pięć lat, ale ty nadal mocno sterujesz swoim życiem, np. podjęłaś decyzję, że będziesz rozwijać karierę, mieszkając w Warszawie…
Staram się tu przezimować, ponieważ zimy w Nowym Jorku są dla mnie nie do zniesienia. Latem też mieszkamy z Borysem w Warszawie z uwagi na miłość do tego miasta. O tej porze roku nasza stolica ma niesamowity urok. „Miasto moje, a w nim… moi ludzie" :) Pozostałe miesiące spędzamy w NJ. Jednym słowem: mamy dwie bazy i krążymy pomiędzy nimi. Niezależnie od tego, w którym z tych miast akurat przebywam, to i tak latam do pracy w różne zakątki świata. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że z Warszawy jest to o wiele łatwiejsze. Polska leży w sercu Europy, wystarczy więc, że wylecę rano, a wieczorem po pracy wracam samolotem do domu.

Dlaczego tak cenisz sobie mieszkanie w Warszawie?
Tu mam znajomych, poza tym bardzo lubię to miasto, to jego nieustabilizowanie. Jest trochę chaotyczne jak ja. Wiecznie coś się tu dzieje. Wystarczy, że wyjeżdżam na kilka miesięcy, a po powrocie widzę, ile się zmieniło. Na ulicach, ale też w ludziach, w ich poglądach i mentalności. To fascynujące.

Twoja kariera rozwija się świetnie, to chyba pora na odważne ruchy. O czym marzysz? Jakie szczyty chciałabyś zdobyć jako modelka?
Apetyt rośnie w miarę jedzenia, na początku starasz się okiełznać ambicję, a po chwili widzisz, że ona hula i galopuje przez pole (śmiech). Mam taką listę fotografów, o pracy z którymi marzę od zawsze, został mi jeszcze jeden - Peter Lindbergh.

Chciałabyś wydobyć z siebie klasyczną, drapieżną kobiecość?
Jestem fanką modelek z lat 90. Uwielbiam seksowne, trochę zagrane zdjęcia na tle Nowego Jorku albo bardzo sensualne czarno-białe fotografie z plaży. Ale tak naprawdę, to chciałabym go po prostu poznać. Jestem ciekawa ludzi.

Modelki z lat 90. to fenomen. Naomi Campbell czy Kate Moss wciąż królują w branży. Jak myślisz, jaki status wypracowują dziewczyny dzisiaj?
Teraz przez branżę przewija się cała masa dziewczyn. Wystarczy, że jesteś wysoka, młoda i szczupła, a wcześniej czy później odezwie się do ciebie jakaś agencja z propozycją współpracy. Zauważyłam, że na szczęście przesunęła się granica wieku. Gdy po raz pierwszy zetknęłam się ze światem mody, liczyły się tylko nastolatki. Gdy wróciłam i okazało się, że na nowo muszę budować portfolio, mój wiek - 21 lat - nie stanowił dużego problemu. Dziś ta granica leży pewnie jeszcze dalej, bo teraz najważniejsza jest osobowość. Oczywiście, że lepiej zacząć jako nastolatka, masz wtedy więcej czasu - dziewczyna zaczynająca w wieku ok. 22 lat ma go o wiele mniej, ale to nie znaczy, że jest skazana na porażkę. I to jest fajne. Na pokazach widzimy w większości bardzo młode, nowe dziewczyny - ale to nie tylko trend, to również budżety i prawa tej branży. Jednak magazyny i kampanie robią już modelki z trochę większym stażem.

A jakie największe zmiany czekają branżę w ciągu najbliższych 10 lat?
Sama jestem najlepszym przykładem, że ta branża potrafi zaskoczyć. 10 lat w modzie stanowi niewiarygodnie długi czas, którego nie da się wziąć w obrazek i ocenić - tym trudniej prorokować. Był już kult piękności o superkształtach, potem przyszła moda na chłopczyce i androgyniczną sylwetkę, mieliśmy też skrajnie szczupłe modelki. Teraz zauważam, że modne są dziewczyny szczupłe, ale wysportowane. Nie chude, lecz fit. Za chwilę wszystko może się odwrócić o 180 stopni. Historia lubi zataczać koło, więc na pewno będą tendencje, które już obserwowaliśmy. A może modelki w ogóle przestaną być potrzebne? Technologia zastępuje człowieka na różnych płaszczyznach, może wkroczy też w świat mody?

A ty za 10 lat?
Mam dużo planów i marzeń dotyczących zarówno modelingu, życia prywatnego, jak i zawodowego, które wykracza poza modeling. Jednak 10 lat to dla mnie abstrakcja. Teraz planowanie i wybieganie tydzień w przód to już luksus, na który rzadko mogę sobie pozwolić. Gdybym miała wskazać, kto mnie inspiruje, byłaby to Małgosia Bela, która jest dojrzałą, mądrą kobietą, ma rodzinę - choć pojawia się w sesji tylko raz na kilka miesięcy, wciąż jest ikoną. Chciałabym się realizować na wielu różnych polach, ale nie będę odrzucać ciekawych propozycji związanych z modelingiem. Zobaczymy, co będzie…

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Basia Czyżewska
Zdjęcia: Przemek Dzienis / Photoby