mogę być piękną kobietą albo potworem

Pat Dudek to queerowy artysta z Warszawy, który kocha oślizgłe kształty i pokazuje, że za fetyszami kryje się miłość. Jest reżyserem, śpiewa, a czasem występuje jako model.

tekst Mateusz Góra
|
27 Czerwiec 2017, 8:30am

Urodził się na warszawskiej Woli, którą uważa za najbardziej romantyczny krajobraz dla dorastania. Wśród cmentarzy i dresów świetnie się odnalazł, równocześnie od dzieciństwa nie czuł związku z żadną z płci i chciał zostać artystą. Skończył liceum plastyczne, nie myśląc w ogóle o robieniu filmów, ale gap year uświadomił mu, że chce zdawać do szkoły filmowej. Teraz rozkręca z kolei projekt muzyczny, Milkbaby, ale jest też rozchwytywanym modelem, ze względu na swoją androgyniczną urodę i długie, rude włosy. Poznajcie Pata Dudka, jedną z najciekawszych osób, o jakich kiedykolwiek usłyszycie. 

Studiujesz w szkole filmowej, tworzysz projekty muzyczne. Kiedy zdecydowałeś, że właśnie tym się zajmiesz?
To zawsze we mnie było, dlatego poszedłem do liceum plastycznego, a później wszystko szybko się potoczyło. Wtedy jednak wydawało mi się, że robienie filmów przekracza moje możliwości ze względu na aspekt techniczny, bo skupiałem się tradycyjnie na malarstwie i rysunku.

Już w liceum za to uczyłem się śpiewać. Zacząłem od jazzu, więc ta edukacja też była klasyczna. Undine było chyba moim pierwszym zetknięciem z muzyką z innej perspektywy. Wtedy po raz pierwszy coś sam napisałem, stworzyłem warstwę wokalną, pokazałem to ludziom.

Kiedy poczułeś, że jednak chciałbyś zająć się robieniem filmów?
Postanowiłem zrobić sobie gap year po liceum. Mieszkałem na Pradze z moją koleżanką. Prowadziliśmy bardzo dziwny tryb życia. Przychodzili do niej ludzie poznani w internecie, którym robiła zdjęcia, żeby zarobić. Często okazywało się, że to zboczeni mężczyźni. To właśnie w tej atmosferze zaczęliśmy robić nasze pierwsze formy filmowe. Wiedzieliśmy, że nie pasuje nam jakość obrazu ze zwykłego aparatu cyfrowego, więc eksperymentowaliśmy z nagraniami. To zaowocowało ważnym wydarzeniem. Wysłałem jeden z filmów, „Krótka Kakofonia brzydoty", do CSW na konkurs.

„Krótka Kakofonia brzydoty" nie jest jednak radosnym projektem nastolatka, to bardziej historia rozpadu.
„Kakofonia…" była odzwierciedleniem mojego życia w tamtym okresie. Spotkało mnie wtedy wiele smutnych wydarzeń, choroby bliskich, musiałem zderzyć się z dorosłością we wszystkim sferach życia. Straciłem też wielu przyjaciół. To był taki rzyg, wyrzucenie z siebie tego, co się działo.

Zajmujesz się też modelingiem, ludzi fascynuje twoja androgyniczna uroda. Pamiętasz, kto był twoją inspiracją, kiedy byłeś dzieciakiem?
Marlena Dietrich jest dla mnie bardzo istotna, już od czasów liceum. Pierwsze zdjęcia, które mi zrobiono w studio, a miałem wtedy 15 lat, były stylizowane właśnie na nią. Ściągnąłem nawet charakteryzatora, żeby mnie pomalował. Wymyśliłem sobie to sam, nikt mnie nie zaprosił do tego projektu. Chciałem pokazać fascynację „Błękitnym aniołem", zresztą tak samo, jak w „Kakofonii…", gdzie widać wpływ Marleny.

Czyli dorastając, wybierałeś raczej stare filmy niż popkulturę?
Moją wielką obsesją były syreny i czarownice. Zawsze mi się bardzo podobały. W przypadku syren podobała mi się ich oślizgła, wężowa forma, obecna wtedy mocno w popkulturze - był film i serial o syrenach. Jeśli chodzi o czarownice, to podobały mi się ich dłonie przypominające szpony, makabryczny wygląd. Moja prababcia rysowała mi często czarownice.

Z internetem miałem regularny kontakt bardzo późno - wcześniej grałem w „Simsy" niż odkryłem sieć. Wydaje mi się też, że duży wpływ na moje wychowanie miała nie wirtualna rzeczywistość, ale Wola, dzielnica, w której się wychowałem. Możesz w niej znaleźć dużo cmentarzy i poczuć romantyczną atmosferę.

Nigdy twoja androgyniczna uroda nie stanowiła problemu dla ludzi wokół?
Poczucie przynależności do jednej z płci nigdy się we mnie nie narodziło. Zawsze wydawało mi się, że jestem płynny, jeśli chodzi o płeć. Wychowałem się z kuzynką w świadomości, że jesteśmy lalkami. Późno zainteresowałem się w ogóle seksualnością. Wcześniej zbudowała się już we mnie tożsamość pozapłciowa. Oczywiście dostrzegasz kontrapunkt społeczny, widzisz normatywnych kolegów i koleżanki. Ja zawsze byłem przygotowywany do bycia najlepszym uczniem, posiadania masy talentów. Byłem trochę małpką na pokaz rodziców, lubili się mną chwalić i szkolić mnie w różnych umiejętnościach. Nigdy nie było we mnie potrzeby dostosowywania się do norm, na przykład marzenia o posiadaniu rodziny. Nie sprawia mi dyskomfortu siedzenia samemu, zajmowanie się sobą. Większość mojego dzieciństwa odbyło się w głowie. Do tej pory czasem uciekam od ludzi. W samotności powstawały wszystkie moje obsesje, postaci, inspiracje. Zdaję sobie sprawę, że w tym czasie moi znajomi lubili się spotykać i socjalizować.

Fascynujące, że mówisz o kategoriach, które dla wielu stanowią problem, z taką lekkością, jakby w ogóle cię nie dotykały. Kiedy ludzie zaczęli zwracać uwagę na twoją inność?
Rzeczywiście, nie mam poczucia, że pojawił się opór, z czegoś zrezygnowałem i musiałem się poźniej znowu wyzwolić. Ludzie zaczęli zwracać na mnie uwagę już na wczesnym etapie, kiedy schudłem w liceum i wyglądałem jak szkielet. To się podobało, co było odrobinę makabryczne. Zawsze byłem drobny i miałem delikatną urodę. Mam dzięki temu dużo fajnych wspomnień. Dużo pozowałem, i choć propozycje wciąż się pojawiają, modeling nigdy nie był dla mnie wartością samą w sobie. Wiem, że jestem za bardzo niestacjonarny do takiej pracy.

A może możliwość niemyślenia o kategoriach związanych z atrakcyjnością to przywilej tych, którzy są uważani przez większość ludzi za pięknych?
Nigdy nie rozróżniałem brzydoty i piękna, to chyba jest bardzo queerowe w moim podejściu. Może to wynika z fascynacji czarownicami, które są piękne i brzydkie na raz? Uświadomiłem sobie, że mogę być piękny jak najpiękniejsza kobieta albo brzydki jak potwór. Wydaje mi się, że mogę być zbiorem cech, nawet fizycznie, jakie sobie wymyślę w danym momencie. Interesują mnie formy takie, jak śluz czy ślimaki. To jest dla mnie naprawdę piękne, tak jak dla niektórych prostowanie włosów czy blond pasemka. Zabiegi kosmetyczne mnie nie interesują.

„Milkbaby", wideo: Tomasz Herman

Interesują cię za to rzeczy, które mogą budzić równocześnie obrzydzenie i zainteresowanie.
Zacząłem sobie z czasem pozwalać na szersze odbieranie pewnych bodźców. Śluz jest obleśny, ślimaki dla wielu też, ale powinniśmy się na to otworzyć. Lateks i ślimaki są interesujące, poczucie śliskość i lepkość jest seksowne.

W tym właśnie tkwi chyba różnica pomiędzy estetyką queerową a tym, jak płeć przedstawiają drag queen.
Zgadzam się, istnieje bardzo wielu młodych twórców, którzy posługują się kosmiczną, „obleśną" estetyką. Kosmos jest ważniejszy niż kulturowe zaczepy, jak szpilki, makijaż czy fryzura. W moim odczuciu to jest właśnie świeże. Nie ma też w takim myśleniu rozróżnienia na płeć ani miejsca na strach przed naturą, organicznością. Nie musisz starać się za wszelką cenę pomalować ust tak, żeby nie wyjść poza ich linię.

Pomimo że pracujesz głównie z ciałem, a ostatnio fascynują cię fetysze, nigdy nie tworzysz sztuki pornograficznej. Dostrzegasz ograniczenia, jakie płyną z tak płytkiego rozumienia seksualności?
Tak, jestem wielkim fanem tego, co można określić słowem „kinky", ale wyrywa się to pornograficznemu spojrzeniu. Pornografia lat 70., Cicciolina, róż i fetysze to moje najbardziej vintage fascynacje. Lubię je łączyć z estetyką neonoir. Seksualność i biologia wprowadzona w ten czysty, laboratoryjny, pozbawiony kształtu świat jest jednak antypornograficzna. Wszystko może wyglądać jak penisy i cipki, ale nie ma tu prostych kategorii.

Jest za to dużo emocji i intuicji.
Nie znajdziesz we mnie matematyki, harmonii, ułożenia. Lubię udawać, że jestem głupszy niż odbiorcy, oczyszczony z myślenia. Teraz rozmawiam z tobą i używam trudnych słów, bo się ich nauczyłem, ale wolę działać intuicyjnie. Brak kompleksów względem wyglądu przekłada się też na brak kompleksów intelektualnych. Nie mam problemów ze swoim ego, nie masturbuję się swoją sztuką.

Zwiastun projektu audiowizualnego „MILKBABY", wideo: Pat Dudek i Tomasz Herman

Czyli nie ma w tobie uczucia, że choćby przez odrzucenie kategorii płci, jesteś w jakiś sposób lepszy albo wyjątkowy?
Jestem świadomy tego, że moja sztuka, twórczośćnie jest dedykowana mnie. Nie mam misji edukowania, ale czuję, że istnieje grupa ludzi, która w to wejdzie. Rozdajesz siebie komuś, świadomość tego, że wielu rzeczy nie trzeba, że można skonfrontować się z ograniczeniami.

Pokazuję siebie jako brzydkiego, zdeformowanego i mówię głosem osoby nie dość inteligentnej, żeby jej słuchać, przemycając to, co mogłaby powiedzieć osoba inteligencja, żeby ktoś to wyłapał i wysłuchał. Mogę być dla kogoś śmieszny i groteskowy, nie przeszkadza mi to. Podchodzę do ludzi nie z perspektywy wykładowcy, ale człowieka, który przyznaje: „jestem od ciebie mniej inteligentny, ale chcę ci coś powiedzieć, może to zmieni twoją perspektywę".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

W Undine odrzuciłeś w ogóle ludzką perspektywę, stając po stronie natury.
Undine to był projekt, który powstał z chęci odrodzenia się. Uciekłem mocno do swojego świata po realizacji „Kakofonii…", rozpadłem się. Potem powstał projekt, w którym robiłem muzykę. Od strony wizualnej, ale też tekstowej, pokazuję siebie jako embrion. Każdy kolejny kawałek to kolejny etap ewolucji. Od gluta osadzonego w czarnej przestrzeni gdzieś w kosmosie, powoli zmieniam się w potwora z głębin, aż do zrzucania pancerza i wchodzenia na ląd. Na końcu tego projektu jestem pięknym, różowym bobasem, który się urodził i ma na sobie elementy płodowe. Czułem, że musimy mówić o tym, że jako ludzie jesteśmy barbarzyńcami, nie jesteśmy lepsi od innych istot, nie powinniśmy posiadać ego. Nie przyjmowałem perspektywy ludzkiej, może to była bardziej wężowata syrena? Wypowiadam się jako ogół natury, a nie człowiek. Muzycznie to także nie jest łatwe i przyjemne w odbiorze. Inspirowaliśmy się w dużej mierze tańcem Butō, a muzycznie Japonią.

A co się zmieniło od czasu Undine do twojego najnowszego projektu, Milkbaby?
Znowu się rozpadłem i urodziłem jako dziecko (śmiech). Milkbaby to nowy projekt, który dał mi popalić. Robiłem go z różnymi ludźmi i część materiału wylądowała w koszu z powodu komplikacji. Od jakiegoś czasu pracuję nad muzyką z Manoidem - producentem, dla którego napisałem i wyreżyserowałem wcześniej dwa teledyski. Na szczęście najpierw powstały wizuale, które realizujemy z Tomkiem Hermanem od dawna - temu współdziałaniu wiele zawdzięczam, na kilku poziomach. Jesteśmy bardzo płodni jako duet, a myślę, że w osobnych realizacjach także czerpiemy garściami z tego, nad czym pracujemy wspólnie. Nasze nowsze, osobne filmy są z całą pewnością związane z doświadczeniem pracy nad naszym projektem.

Milkbaby jest jasnym pastiszem ostentacyjnej seksualności. Chodzi nam o to, żeby to była historia o miłości, mówiąca o podstawowych wartościach. Niegrzeczność tej wizji - lateks symbolizujący przedmiotowe traktowanie seksualności - staje się elementem miłości. To wszystko, co kinky, jest fajne w ramach doznania romantycznego. Zdecydowanie jestem fanem fetyszy, ale bez okropnej pustki i świadomości, że realizują się machinalnie.

Występ na żywo jako MILKBABY podczas wystawy performatywnej „Niedyskrecja: klitoris / kolaż /kontrkultura"

Może to wina tego, że kultura BDSM zaczęła przenikać do mainstreamu, jest łatwo dostępna, ale pozbawiona swojego pierwotnego znaczenia?
Milkbaby od strony muzycznej jest rozrywkowe, może być nawet dziecięco proste. Boję się przeintelektualizowania, bo chciałbym, żeby ludzie patrzyli na mnie z góry. A ja w tym wszystkim przemycam coś, jakąś treść, to sztuka utylitarna. Naszą intencją jest też wprowadzenia tonu romantyczności i normalizacji fetyszu, w tym kultury BDSM. Pokazujemy ją w upiorny sposób, w czarno-białej estetyce, niepokojącej i groteskowej. Jednocześnie chodzi nam o inny efekt, wydobycie świeżego spojrzenia, pełnego nieoczywistej czułości.

Czy pamiętasz konkretną sytuację z czasu pracy nad Milkbaby, która najlepiej pokazuje przecięcie tego, co kinky z tym, co romantyczne?
Staramy się pokazać, że wszystko jest dostępne, a modele zachowań seksualnych są tak różne, że nie w tym leży problem. Ostatnio kręciliśmy klip z łysym dresem pomalowanym przez własną dziewczynę, który wykonywał queerowy taniec wśród rzeźb rąk i rozrzuconych prezerwatyw. To było ogromne nagromadzenie elementów, kiczowate, a jednocześnie mieliśmy świadomość, że jeśli połączymy to z odpowiednią muzyką, wszystko będzie wydawało się normalnym środkiem do zaspokojenia innych potrzeb niż seksualne. Widzisz w tym normalną zabawę, czułość, intencją jest bliskość i miłość. Upiorne zdehumanizowanie przestaje być niebezpieczne.

Zawsze byłeś takim outsiderem?
Tak, ale jestem też bardzo empatyczny i wszyscy się ze mną kolegują. Mam dużo znajomych wśród wolskich dresów, mogę im spokojnie powiedzieć „cześć" na ulicy (śmiech). 

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Dramat

Tagged:
Film
queer
Wywiady
sztuka
mateusz góra
milkbaby
pat dudek
undine