Reklama

dlaczego kochamy nienawidzić „titanica”?

O co chodzi z tymi memami, bluzami Vetements i miłością Drake’a do Celine Dion? 20 lat po premierze „Titanica” badamy jego nieustający wpływ na kulturę.

tekst Douglas Greenwood
|
25 Maj 2017, 10:20am

Oglądanie „Titanica" po raz pierwszy jest jak utrata dziewictwa: gdy będzie już po wszystkim, nigdy o tym nie zapomnisz. To film wpisany w naszą wspólną, kulturową świadomość i nie da się przed nim uciec, nawet 20 lat po premierze. Nie powinno nas zaskakiwać, że w ciągu tych lat film nabrał nowego znaczenia — zarówno ironicznego, jak i poważnego. W końcu jesteśmy pokoleniem kochającym kulturowe przewroty: to my zmieniliśmy w satyryczny obiekt pożądania mody wysokiej coś tak prozaicznego, jak torbę z Ikei. Spędziliśmy całe życie obsesyjnie obserwując sztuczność reality show i celebrytów z mediów społecznościowych. Dla starszego pokolenia to tak zwane grzeszne przyjemności, ale u nas nie wywołują poczucia winy — jesteśmy z tego dumni, to kluczowe elementy, które nas inspirują. Nic dziwnego, że tak mocno do nas przemówił przesłodzony i kiczowaty hit kinowy o miłości na śmierć i życie, zrealizowany z hollywoodzkim rozmachem. Gdyby w słowniku pojawiła się definicja terminu „przeciwieństwo kina studyjnego" to „Titanic" byłby idealną ilustracją. Nadal coś w nim widzimy — wystarczy przejrzeć internet i zobaczyć, ile memów z podpisem „narysuj mnie, jak jedną ze swoich francuskich dziewczyn" wciąż zalewa sieć.

Przytaczanie fabuły kultowego filmu wydaje się niepotrzebne. Historia jest wypalona w mózgach wszystkich, którzy ją widzieli — albo i nie (lamusy). Dla pewności szybko odświeżymy wam pamięć. W 1912 roku Jack — lekkoduch o dziecięcej twarzy (młody Leonardo DiCaprio) wygrywa bilet najtańszej klasy na pokład Titanica, niezatapialnego „Statku Marzeń". Pewnej nocy, gdy płynie już przez Ocean Atlantycki do Nowego Jorku, poznaje Rose (Kate Winslet), inteligentną kobietę, która dryfuje ku nowemu, smutnemu życiu u boku mściwego, bogatego narzeczonego. Przerażona myślą swojego przypieczętowanego losu, dziewczyna wychyla się zza barierki — jeśli spadnie, czeka ją pewna śmierć. Wystarczy jednak kilka słodkich jak landrynka rad od Jacka, żeby przekonać ją do powrotu na bezpieczny pokład. W tej chwili zaczyna się ich pełna pożądania love story. W ciągu trzech godzin i piętnastu minut para walczy do utraty sił, aby być razem. Gdy tytułowy statek uderza w górę lodową, ich miłość zostaje wystawiona na próbę.

W teorii „Titanic" był spełnieniem marzeń dla hollywoodzkiego reżysera, ale siedmiomiesięczne zdjęcia i budżet w wysokości 200 mln dolarów (ówcześnie najwyższy w historii) nie wystarczyły, żeby wszystkich zadowolić. Mozolna produkcja rozgniewała wiele gwiazd, a Winslet podobno powiedziała, że już nigdy nie chce pracować z Jamesem Cameronem. Dwa studia, które wyłożyły na niego pieniądze, stały przed perspektywą ogromnej straty finansowej. Sądzono, że ponad trzygodzinny film zniechęci widzów do zakupu biletu.

Okazało się jednak, że „Titanic" odniósł wielki sukces. Ludzie wychodzili z kina i opowiadali przyjaciołom o skali widowiska, jakie właśnie widzieli, a bilety sprzedawały się jak świeże bułeczki. Przez prawie trzy miesiące zajmował pierwsze miejsce w rankingu najbardziej kasowych hitów i stał się najlepiej zarabiającym filmem w historii (ponad 1,8 mld dolarów, czyli 6,7 mld złotych). Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej lgnęła do niego, jak ćmy do światła. „Titanic" zgarnął 11 nagród na 14 nominacji i stał się najbardziej uznanym filmem od „Ben-Hura" z 1959 roku. Niespodziewanie film skazany na porażkę stał się najlepszym filmem wszech czasów.

Jeśli urodziliście się w latach 90., to możliwe, że widzieliście „Titanica" nie w kinie, lecz na wytartej taśmie VHS, wyciąganej z szafy na różne święta. Dla nas Jack i Rose są ikonami miłości wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Byliśmy dzieciakami, a nasza idea miłości ukształtowała się na wzór wzlotów i upadków ich związku na pokładzie „Titanica". James Cameron pokazał nam chwile pełne rumieńców i przyspieszonego bicia serca — nową miłość tak radosną, że sami pragnęliśmy ją przeżyć. Łatwo krytykować fabułę za tandetę i przewidywalność, ale jego struktura jest perfekcyjna, podobnie jak produkcja dopięta od strony technicznej na ostatni guzik. Jasne, to modelowy przykład produkcji filmowej, ale jak zgrabnie ujął to krytyk filmowy Roger Ebert: „Nie wybiera się najdroższego filmu w historii na okazję, by wynaleźć koło na nowo".

Moglibyśmy uznać „Titanica" za łabędzi śpiew ery taśmy 35 mm i kaset VHS, która sprawiła, że oglądanie filmów było bardziej pamiętnym, kolektywnym i namacalnym doświadczeniem. Mimo całej nostalgii, wielu z perspektywy czasu postrzega go jako przereklamowany przykład przerostu formy nad treścią. Regularnie nazywa się go najgorszym zdobywcą tytułu najlepszego filmu w historii Oscarów. Dlaczego tak wielu ludzi ma problem z „Titanicem" , który kiedyś był najbardziej uznanym filmem świata? Dzieła Camerona regularnie mierzą się z podobną krytyką (jak np. „Avatar"), ale dziedzictwo „Titanica" jest tak potężne, że temat aż prosi się o zgłębienie. Czy chodzi o kreacje aktorskie, tak przekonujące, że zebrały mnóstwo nominacji i sprawiły, że miliony widzów utożsamiły się ze starą bajką o miłości? A może to obsesyjne odtwarzanie wyglądu słynnego statku sprawiło, że ludzie tak znienawidzili Camerona? Argumenty są tak słabe, że nasuwa się tylko jedno możliwe rozwiązanie. „Titanic" zyskał złą reputację nie dlatego, że jest złym filmem, ale dlatego, że tak wielu ludzi go uwielbia.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Czyli jeśli coś staje się popularne, to przestaje być sztuką? Jeśli przyjrzymy się sprawie dokładniej, okazuje się, że współczesne odrodzenie legendy filmu dokonuje się za sprawą największych i najbardziej wpływowych fanów. „Titanic" nigdy nas nie opuścił, ale teraz o rozkochanych bohaterach i technicznym rozmachu przypominają nam wielcy twórcy ze świata mody i kina. Demna Gvasalia nadrukował monochromatyczny portret Jacka i Rose na bluzę Vetements z kolekcji wiosna/lato 16. Przez zestawienie ikonicznych bohaterów z takimi symbolami jak logo DHL czy twarzą Justina Biebera, Gvasalia pokazał, że film stał się nieodzownym elementem popkultury, a jego wpływ przekracza granice medium, w jakim został zrealizowany. W tym tygodniu Celine Dion zaserwowała nam kolejny przykład ponadczasowości dzieła. Na rozdaniu nagród Billboard zaśpiewała „My Heart Will Go On", a niegdyś wszechobecna, wyświechtana piosenka znów chwyciła wszystkich za serce. Drake nawet przyznał, że jeszcze chwila i wytatuuje sobie Celine na żebrach.

Nawet Xavier Dolan, uznany kanadyjski reżyser takich filmów jak „Wyśnione miłości" i „Na zawsze Laurence", otwarcie wyznaje swoją miłość do „Titanica". Podczas wywiadu w kanadyjskiej telewizji powiedział, że amerykańscy filmowcy, tacy jak Cameron, opowiadają historie w spektakularny sposób. Z kolei europejscy twórcy są zdeterminowani, by „tworzyć kino". Ma rację: czy pragnienie stworzenia sztuki powinno mieć pierwszeństwo i wykluczać możliwość opowiedzenia ciekawej historii? Skromne filmy Dolana są przyćmiewane przez ogrom „Titanica", chociaż również są pełne emocji. Jednak zarówno dzieło Camerona, jak i filmy Xaviera, balansują na granicy pomiędzy sztuką, a przystępnością, szukają złotego środka, nawet jeśli dzieli on widzów.

Pompatyczny, pełen rozmachu i znany z ckliwej historii miłosnej „Titanic" jest najgorszym koszmarem staroświeckiego cynika. Być może dlatego film tak mocno przemawia do pokolenia, które pragnie marzyć coraz śmielej. Pomaga nam zapomnieć o codziennych obowiązkach i zamiast tego pozwala rozmyślać, co by było gdybyśmy tak jak Jack i Rose postanowili pójść za głosem serca, a nie rozsądku.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Douglas Greenwood
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska