Jak być sexy po stu latach

Starzejące się kobiety usuwają się w cień. Zdejmują wyszczuplającą bieliznę i wyciągają sole trzeźwiące. Stają się aseksualne, nieludzkie, zmęczone i nudne. Albo przynajmniej tak pokazują je media. Ale nie o tym mowa – a o tym, jak starzeć się z...

tekst Tish Weinstock
|
19 Marzec 2015, 4:35pm

Jako główny concierge hotelu Grand Budapest Monsieur Gustave powiedział: „Będąc młodym, jadasz steki z polędwicy, ale z biegiem lat musisz przyzwyczajać się do tańszych kawałków mięsa. To jednak dla mnie nie problem, bo też je lubię".

Dla Monsieur Gustave'a siwe włosy, głębokie zmarszczki i przezroczysta skóra ucharakteryzowanej Tildy Swinton stanowiły prawdziwy synonim piękna. Poza tym był wesołym, obficie wyperfumowanym żigolakiem, który brylował w towarzystwie pełnym szampana, eleganckich herbatek i etykiety. My jednak żyjemy w czasach szybkiego jedzenia, szybkiego seksu i jeszcze szybszej mody. W świecie, w którym magazyny i agencje modelek wylewają z siebie fontanny młodzieńczego wdzięku. W naszej zakręconej na punkcie wieku kulturze wręcz nieładnie jest być starym.

Nawet pod względem językowym słowo „stary" niesie negatywne skojarzenia, w szczególności użyte w mówieniu o kobietach. Jasne, że zdarzają się jeszcze seksowne mamuśki, ale znajdziesz je prawie wyłącznie w umysłach nastoletnich chłopców o sprawnych nadgarstkach, którzy RedTube'a znają jak własną kieszeń. Jasne, że mama Stacy miała coś w sobie, ale grającą ją Rachel Hunter trudno nazwać emerytką. Jakkolwiek - każda forma piękna zasługuje na uwagę.

Zamiast dać kobietom prawo do godnego dojrzewania, współczesnym dziewczynom wpaja się, że pomarszczona skóra i siwe włosy to najgorsza rzecz, która może je spotkać. A znając przeciętnego konsumenta kierującego się owczym pędem i moc ideologii nowoczesnego marketingu, coraz więcej klientek dołącza do stada baranów, które się faszeruje, marynuje i powoli opieka.

Światowy przemysł kosmetyczny wart ponad 1,7 biliona zł (z których połowa pochodzi wyłącznie z produktów anti-age) poza nakręcaniem strachu przed starością kręci też miliony kremów, które „musisz mieć", żeby „chronić" swoją skórę i „zwalczać" oznaki jej starzenia, jakby były jakąś chorobą. Od pocierania twarzy jądrami martwych byczków, do bycia mrożoną w formaldehydzie i licytowaną na aukcji, kobiety przeszły długą drogę w zachowywaniu na jak najdłużej swojej młodości, która w zachodnim świecie znaczy tyle co piękno. Ale czy to ono uszczęśliwia kobiety?

Jeśli 15 ml kremu na zmarszczki La Prairie potrafi kosztować 600 zł, to na pewno zdziera z nich kasę. Na dodatek, takie produkty są na rynku zbyt krótko, żeby istniały dowody ich działania. Dlatego też wzrasta liczba młodych kobiet, które poddają się inwazyjnym operacjom i wypychaniu twarzy botoksem. W zeszłym roku w samej Wielkiej Brytanii wykonano ponad 50 tysięcy takich zabiegów. I nie mówię tu o chirurgii korekcyjnej albo drobnych poprawkach. Mówię o procedurach, które spłaszczają twarze, pompują policzki, usuwają wszelkie oznaki ludzkiej mimiki. O chirurgii zamieniającej kobiety w figury woskowe, które w pobliżu ognia się topią.

I jeszcze raz: każdy z tych zabiegów jest bardzo kosztowny. W zależności od reputacji chirurga i lokalizacji kliniki, cena liftingu może wynosić od 4 do 20 tysięcy funtów. Na dodatek ich efekty - tak samo jak ładna pogoda w Anglii, Arsenal na szczycie Ligi i nastoletni seks - nie są wieczne. Nawet jeśli twoja twarz wygląda, jakby przejechał po niej walec, grawitacja i tak się o nią upomni. A ciebie zmusi do powrotu do chirurga lub dilera botoksu po kolejną działkę.

Ale przecież jeśli je to uszczęśliwia, kobiety powinny robić, cokolwiek chcą. Dopiero wtedy, gdy robią to zmanipulowane przemyślnym marketingiem i mainstreamowymi poglądami, że stare jest brzydkie, przeciwstarzeniowa pielęgnacja i operacje plastyczne stają się problemem. Szczególnie od kiedy media zaczęły się nimi interesować: od rankingów „najbardziej zoperowanych gwiazd", po Donalda Trumpa, który radzi Kim Novak, by pozwała swojego chirurga. Kobiety krytykowane są już nie tylko dlatego, że wyglądają staro, ale też za to, że starają się wyglądać młodziej.

Jakie jest więc tego rozwiązanie? Dziennikarka Anne Karpf ma dla nas smutną propozycję: kobiety w pewnym wieku powinny po prostu odpuścić sobie starania o wygląd i zająć się ważniejszymi rzeczami, takimi jak zdrowie, emerytura i pamiętanie imion swoich wnuków. Rzeczywiście, kobiety powinny móc wybrać, czy skupić się na zdrowiu, czy urodzie, ale w byciu zadowolonym z własnego wyglądu nie ma chyba nic złego? Czy nie o to chodzi, że ładna skóra jednocześnie poprawia nam nastrój?

Młode kobiety muszą być zapewniane, że starzenie się jest wspaniałym, upiększającym je procesem. Kobiety muszą oswoić swoje zmarszczki i nie bać się ich, bo każda jest jak wers pięknej historii, którą przeżyły. Muszą być świadome wartości, jaką nabiera się z wiekiem: mądrości, akceptacji i wewnętrznego piękna. Powinny też zrozumieć, że siwe włosy nie muszą być wcale krótkie, nudne ani nawet siwe. Spójrz tylko na Jean Woods z „Fabulous Fashionistas", Kristen McMenamy czy Zandrę Rhodes.

Żeby to osiągnąć, musimy częściej pokazywać starsze kobiety w mediach i przedstawiać je w dobrym świetle. Potrzebujemy więcej fotografów jak Ari Seth Cohen z „Advanced Style", którzy szukają po nowojorskich ulicach najmodniejszych staruszków. Więcej takich marek jak Louis Vuitton, który obsadza Catherine Deneuve w swojej kampanii. Większej rozpoznawalności takich modelek jak Jacky O'Shaughnessy (62 l.), Pam Lucas (66 l.), Daphne Selfe (85 l.) i Carmen Dell'Orefice (82 l.), z których wszystkie rozwiewają mit zależności piękna od wieku. Te kobiety pięknymi czyni ich witalność i pewność siebie, które przejawiają się w ich wyglądzie i stylu. Musimy w końcu dorosnąć i zrozumieć, o co w tym starzeniu chodzi. 

Kredyty


Tekst: Tish Weinstock
Zdjęcie: Ronald Stoops
Makijaż: Inge Grognard
Modelka: Catharina

Tagged:
uroda
spoleczenstwo
starość
kosmetyki
wiek
ani-age