Reklama

neneh cherry podbija wielkie jabłko

Muzyczna ikona spotkała się z nami przed pierwszym w życiu koncertem w Nowym Jorku. Rozmawialiśmy więc o wszystkim, co wiąże się z tą metropolią.

tekst Emily Manning
|
12 Styczeń 2015, 12:10pm

„Dla mnie to niesamowicie szalona sprawa - i kładę tu akcent szczególnie na słowo szalona - że nigdy nie zagrałam pełnoprawnego koncertu w Nowym Jorku. Zwłaszcza, że przecież częściowo stamtąd pochodzę" - wytłumaczyła i-D Neneh Cherry. I nie chodzi tu o to, że odczuwa jakąś czysto duchową więź z tym miastem. Artystka dorastała w Nowym Jorku w samym środku renesansu jego środowisk twórczych. W tej straconej bezpowrotnie epoce, kiedy Patti Smith mogła być równie dobrze uznawana za de facto burmistrza miasta. Gdy żaden turysta nie odważył się postawić stopy na Times Square. Dziewiątego stycznia, przed jej wieczornym koncertem w Highline Balroom, spotkaliśmy się z Cherry. Chcieliśmy poznać jej refleksje na temat Miasta, Które Nigdy Nie Śpi.

Czy możemy zacząć od tego, że opowiesz nam o dorastaniu w Nowym Jorku?

Mieszkaliśmy w lofcie w Long Island City. W tej okolicy żyło już sporo ludzi. Jednak my należeliśmy do grupy osadników, którzy po raz pierwszy spróbowali przejąć duże, poprzemysłowe pomieszczenia. Ziemię niczyją. Wprowadziliśmy się do budynku, który był kiedyś fabryką. Stał przy samej rzece. Zadomowiliśmy się tam koło 1977 roku, miałam 13 lat. Tina Weymouth z Talking Heads, jej brat John i jego przyjaciółka Julia ulokowali się w tym samym budynku. Byli bliskimi przyjaciółmi naszej rodziny. A Ernie Brooks z Modern Lovers mieszkała drzwi obok. Dopiero trzy lata temu ten loft przestał być moim domem. Świętowaliśmy wtedy Boże Narodzenie i jednocześnie planowaliśmy przeprowadzkę. Musieliśmy spakować wszystko i rozebrać historię całego piętra, a to wydawało się karkołomnym zadaniem. I mówię to dosłownie, chodzi mi o rozbieranie historii, którą opowiadało to mieszkanie! Moja mama była artystką. Przez to ten loft stał się prawdziwą instalacją, wycieczką w przeszłość i zapisem dziejów 1977 roku. Powolne zdejmowanie z niego warstw okazało się niezwykłym doświadczeniem. Prawdziwą podróżą.

Ostatniego dnia byłam też ostatnią osobą, która została w lofcie. Na dole czekała na mnie taksówka. Miałam jechać na samolot, polecieć z powrotem do Londynu. Ale nad Manhattanem wypatrzyłam cudowny zachód słońca. Zimowe niebo, jedno z tych głębokiej barwy. Widziałam je pomiędzy drapaczami chmur. I odrobinę promieni zachodzącego słońca. Odbijały się od paneli podłogowych, które moja mama pomalowała na biało. Światło zniknęło dokładnie w momencie, gdy zamykałam drzwi. Zupełnie, jakby mieszkanie zasypiało. Niemal złamało mi to serce. Mimo wszystko ten loft i epoka, kiedy tam mieszkałam, na zawsze w nim pozostanie. Jak również w moich myślach.

Jak to było być 13-latką w Nowym Jorku w 1977 roku? Kim byli ludzie, którzy robili wtedy najciekawsze rzeczy w tym mieście?

Do Nowego Jorku podróżowałam z mamą, przez Londyn. A w drodze odkryłam punk. Praktycznie w jedną noc. Zaczęłam bywać często w miejscach takich jak Pier 3. Chodziłam tam z Natashą, moją najlepszą przyjaciółką z czasów dorastania. Punk zaczął się wtedy rozchodzić w różne kierunki. Zderzać się regularnie z innymi gatunkami muzycznymi. To była era zespołów pokroju Bad Brains i Television. Chodziłyśmy też do różnych klubów, jak choćby Mudd Club czy Danceteria. Bardzo fajnie, że wpuszczano nas wtedy, mimo że byłyśmy tak młode. Nie było nawet mowy, żebyśmy nie mogły się stać częścią tego wszystkiego. Oczywiście bywalcy tych lokali uznawali nas za dzieciaki i młodziaków. Nie przeszkadzało nam to jednak. Nic nie mogło nas powstrzymać! To tak naprawdę były pełne wolności i kreatywności czasy, bardzo inspirujące. Nasze zespoły grały fatalnie, ale to się nie liczyło. Stanowiłam część czadowej rodziny niezwykle twórczych ludzi.

Czy tę rodzinną atmosferę przywiozłaś ze sobą do Londynu, gdzie dołączyłaś do wpływowego środowiska tworzącego się wokół modowego plemienia Bufallo pod dowództwem Raya Petriego?

Jeszcze zanim spotkałam Raya, Mike Lebona i innych członków kolektywu Bufallo, mieszkałam w Londynie przez jakieś cztery lata. Tak więc dołączyłam do tej rodziny już jakiś czas po przyjeździe do Anglii. Tym czasom przyświecała zasada Do It Yourself. Ludzie kochali wyrażać siebie. Na pewno miałam swój własny styl, ale od Raya sporo się nauczyłam. Zresztą, jak my wszyscy. To była nowa szkoła. Nowe środowisko. Acz moje nowojorskie doświadczenia stanowiły dla mnie ogromną inspirację. Kręciłam się po Wielkim Jabłku, kiedy na scenie pojawił się Afrika Bambaataa i Fab Five Freddy. Widziałam narodziny hip-hopu i ruchu z nim związanego. Dlatego tak interesująco współpracowało mi się z Rayem i jego Bufallos. Korzystali z tego rodzaju ekspresji, którego byłam częścią. Własnej ekspresji, ale wyglądającej ulicznie, żyjącej ulicą. Uważam, że Ray swoją twórczością przyczynił się w wielu aspektach do wyzbycia się szablonowego myślenia. To, czego dokonał w tamtej epoce we współpracy z i-D czy The Face, jest nadal na czasie.

Twoja piosenka Bufallo Stance znakomicie oddawała to, jak wyglądało życie młodych londyńczyków w tamtych czasach. Jakie rady przekazałabyś obecnym pokoleniom młodzieży?

Starajcie się być prawdziwi. Kultura internetowa ma to do siebie, że wszystko w niej może być nieco powierzchowne i sztuczne. Spójrzmy w przeszłość, powiedzmy 10 lat wstecz. Wtedy znaleźliśmy się właśnie w punkcie, kiedy wszystko zaczęło się trochę powtarzać. Trendy karmiły się zjawiskami kulturowymi. Każda moda odchodziła troszkę za szybko, nowe prądy same się pożerały. Gdy patrzę naokoło, to wydaje mi się, że powracają czasy DIY. W powietrzu unosi się tyle kreatywnej energii. Dzieją się naprawdę fajne rzeczy. Ludzie tworzą dokładnie tak, jak tego chcą. Dokładnie to, co pragną wykreować. Dla mnie to świetna sprawa. Dla tych osób mam tylko jedną radę. Oby tak dalej i róbcie swoje!

Co najbardziej ekscytuje cię w twoim powrocie do Nowego Jorku?

Pierwszego ranka mojego pobytu w Nowym Jorku wyjdę na spacer. Znajdę jakiś lokal. Zjem dobre śniadanie. I będę po prostu słuchała dźwięków miasta. Lubię właśnie taką codzienność. Na przykład zwykłą jazdę metrem. Tylko po to, żeby przypomnieć sobie, jak to jest tutaj być.

Co dalej? Masz już jakieś plany na przyszłość?

Dokładam wszelkich starań, żeby wypuścić następny album. Nieco szybciej, niż to było w przypadku poprzedniego! Czuję, że złapałam dobrą passę. I naprawdę świetnie mi z tym, czym obecnie się zajmuję. Są takie przełomy w życiu człowieka, kiedy nagle wszystko zaczyna układać się w całość i nabiera sensu. Takie przemiany chwytasz mocno w garść i podążasz z ich nurtem. Mam wrażenie, że właśnie tu, właśnie teraz doświadczam takiego przełomu. To dopiero jest ekscytujące!

@misscherrylala

Kredyty


Tekst Emily Manning
Zdjęcia Mark Lebon
Stylizacja Judy Blame